online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
Siedem żyć
<
Bliscy ludzie cz. 10
>

Bliscy ludzie cz. 11

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 Ciemno. Milles City, wcześniej spokojne, nocą wyglądało jak wyrodny skrawek niechcianej części Montany, a on, Logan Harris, żyjący od kilku dni w bylejakości idealnie się do niego wpasowywał.

 Brak perspektyw na rychły prysznic i świadomość, że będzie musiał spędzić dzisiejszą noc w samochodzie sprawiała, że przez moment rozważał w głowie słowa Kurta Sandlera o głupich, detektywistycznych zapędach. Miał jednak wrażenie, że powinien zostać. Czuł to. Wjechał w Steel Street, odnalazł hotel i zaparkował w miejscu dla gości. Nienawidził hoteli. Rzadko marnował pieniędze na nocleg w pokoju, w którym nawet świeża pościel nie była w stanie zamaskować smrodu poprzednich lokatorów, ale pomysł przecumowania przed budynkiem wydawał się rozsądny.

 Sięgnął po telefon i podłączył do ładowarki. Wystukał kilka słów. Dwa beznamiętne, puste równoważniki zdań, które wysyła się raczej znajomym, niż kobiecie, ale miał za sobą ciężki dzień. Tak to wytłumaczył.

  Wszystko dobrze. Spokojnej nocy, Rose.

 Chciał jeszcze coś dodać, ale w momencie, kiedy migający kursor wiadomości minął pierwsze znaki, usłyszał huk. Samochód drgnął, maska uniosła się, a Logan czuł, że ktoś uderza czymś ciężkim w tył auta. Z jego ust wyrwało się przeciągłe, zlepione w jeden wyraz:

 — Coodokurwyy?

 Wyszedł i zerknął na tył pojazdu. Spore wgniecenie, odpryski, kanciasta twarz, uśmiechającą się półgębkiem.

 — Nie pochwaliłeś się jeszcze odznaką. — Jack założył ręce za siebie. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu Duży podsumował: — Zrobiłeś ze mnie idiotę, ale ja zrobię z ciebie większego. Przestań tu węszyć. Gów... n-no jesteś, nie detektyw. — Beknął. — Samozwańczy policjancik z prukawką dla obrony. Nie istniejesz. Nie ma cię, typie, rozumiesz? — Machnął jakimś żelastwem i podszedł bliżej. Śmierdział tanią whiskey.

 Logan Harris chłonął każde słowo. Spijał z ust głoskę po głosce, fokusując uwagę na ostatnim zdaniu. Jack miał rację. Istniał tylko wtedy, kiedy na linii pojawiało się coś spoza prawa. Głupi wielkolud uderzył w czuły punkt.

 Całe życie był policjantem. Facetem, który szpera po ludzkich mieszkaniach w poszukiwaniu odcisków palców, albo ogląda bebechy innych, z nadzieją, że sprawcy zbrodni oberwie się mocniej. Dopóki nie poznał Rose. Dopóki nie pojechali na pieprzone wzgórze, a jemu puściły nerwy. Pierwszy raz. I chciałby powiedzieć, że sam odszedł, że nie strzelił w gardło obcemu typowi w geście udawanej samooobrony, ale tak nie było. Strzelił. A tamten z tego nie wyszedł. Nigdy już nie wrócił do policji, chociaż Rosemary zeznała, że jest niewinny, chociaż żadnego wyroku nie było.

 Odszedł, ale to cały czas w nim siedziało. Rosło jak grzyby po jesiennym deszczu i czekało na to, żeby o sobie przypomnieć. Tym czymś było sumienie.

 Teraz, kiedy Penny leżała już w grobie, a do niej dołączali inni, czuł obowiązek oczyszczenia dawnych grzechów. Równało się to więc nie tylko z odnalezieniem sprawcy, ale i kopaniem dużo głębiej.

 Co mógł zrobić Jackowi? Wyjąć broń i strzelić dokładnie tak, jak kilka lat temu? Chciał tego. Chryste, jak bardzo tego pragnął. To była najbardziej irytująca kupa mięsa, jaką spotkał.

 — Wystraszyłeś mnie, Jack. — Harris był pzupełnie opanowany.

 — O to chodziło.

 — Znasz się trochę na logice?

 — Chuj ci do tego, psiarzu. — Zachwiał się.

 — Bo widzisz, ty masz w rękach to wiezione kilka mil tatałajstwo, którego użyłeś tylko po to, żeby mi, hym, niech pomyślę pokazać, że mam sobie pójść, bo jesteś w stanie rozbrabrać mi samochód....

 — I łeb — wcisnął między zdania.

 — Taaa. A ja mam pistolet, z którym się nie rozstaję, a dzięki któremu ty możesz zobaczyć jak logika wszechświata śmieje się z ciebie i po raz kolejny wychodzisz na durnia. Trochę to skomplikowane. Rozjaśnię. Strzelę teraz gdzieś w okolicę stopy, a ty będziesz kuśtykać do domu, jakbyś brał udział w wyścigach w worku. Szybko, szybciutko. Im szybciej, tym lepiej, bo jeśli dotrę przed tobą, zabiorę twoją Catherine na wycieczkę po Deadwood. Byłeś kiedyś w mieście drzew?

 — Nie zrobisz tego.

 — Nie oglądałeś zbyt wielu filmów. Albo przeciwnie, oglądałeś i zapamiętałeś tylko ten naiwny tekst. To na pewno wiesz, co stanie się dalej.

 — To proszę. Strzel. — Jack upuścił przedmiot i rozłożył ręce jak ktoś, kto się poddaje, Harris zaś wykorzystał moment i po prostu wsiadł do samochodu. Cofnął. Chrzęst miażdżonej stopy zmieszał się z rykiem silnika. Słyszał jęki Jacka, a we wstecznym lusterku widział jego bezwarunkowe, komiczne ruchy. To wszystko.

 Spojrzał tylko raz, a potem odjechał w kierunku Catherine. Wglądało na to, że musiał poszukać sobie innego portu. Zerknął na swoje ręce. Trzęsły się tylko trochę. Zupełnie jak wtedy w Black Hills.

 Był blisko. Zapukał. Kobieta nie wyglądała na układającą się do snu, jednak widok Harrisa sprawił, że mimowolnie zakryła się, jakby przyłapał ją w samej koszuli.

 — Twój Jack zniszczył mi auto. — Darował sobie ponowne powitania. — Dostał zapłatę i domyślałam się, że nie taką, jakiej oczekiwał, ale przynajmniej nie wsiądzie do auta pod wpływem. Posłuchaj mnie. Frank opisał ludzi, którzy zabili twoją matkę. — Pokazał zdjęcie w telefonie. — To rysopis, dość dokładny jak na pamięć starszego pana, ale ja nie o tym. Przyjrzyj się. Czy to mogą być tamci chłopcy? Jeśli tak, będziesz musiała złożyć zeznania.

 — A jeśli nie?

 Chciał powiedzieć, że i tak ma co do tego pewność, ale nie byłby sobą, gdyby nie sprawdził wszystkiego. Stali w progu. Wiatr hulał między oknami i trząsł suchymi gałęziami w ogrodzie. Brzydka, jesienna pogoda w brzydkim mieście deszczu. W końcu spojrzała na ekran.

 — Nie — rzuciła krótko.

 — Na pewno?

 — To dorośli mężczyźni, ale ten tutaj ma bliznę, a oni — zatopiła się we wspomnieniach — obaj mieli okrągłe znamię koło karku. Tylko to pamiętam. Gdzie Jack?

 — Poszedł zebrać trochę złomu. W jakim szpitalu urodziłaś?

 — Nie rozumiem.

 — Nie każ mi powtarzać.

 — To było 15 mil od Deadwood, w Spearfish. Główna ulica. Tam widziałam ich.... pierwszy i ostatni raz.

 Przytaknął. W dziecięcym pokoiku mrugnęło światło. Minutę później tłuściutki chłopiec bez skarpet przydreptał pod nogi Catherine. Na oko cztery, może pięć lat.

 — Mamo, spać.

 Kucnęła i wtuliła twarz w jego pucołowatą buzię. Długo szeptała coś do ucha, aż w końcu dzieciak wrócił do siebie.

 Logan Harris patrzył na ten obrazek w skupieniu. Dobra, kochająca mama, pomyślał i poczuł złość.

 — Proszę tu nie przychodzić. Nie mam wiele do powiedzenia, ale gdybym chciała, żeby przeszłość weszła z powrotem do mojego życia, nie przeniosłabym się tutaj. Jack też nie chce, żeby nas nachodzono.

 — Chyba przeceniasz swojego faceta.

 — Nigdy mnie nie uderzył, jeśli o to chodzi — powiedziała otwarcie. I Bóg mu świadkiem, wyglądało na to, że nie kłamie.

 — Do dziś. — Zawyrokował chłodno, a potem wyszedł. Wiedział, że jeśli mężczyzna ją tknie, wyładowując frustrację, to będzie tylko jego wina. Najgorsze było w tym jednak to, że współczucie, które miał dla kobiety na początku, ulotniło się wraz z ckliwym obrazkiem sprzed kilku chwil. A może było całkiem inaczej? Może poczuł złość, bo, jego też oddano jak wadliwy towar.

 Logan Harris nigdy nie poznał matki. Poznał za to wszelkie odcienie goryczy i zrozumiał, że w pewnych przypadkach trzeba uciszyć ludzkie odruchy. Nawet gdyby to było skurwyństwo. Nie zaczekał aż Jack wróci do domu, nie zaczaił się gdzieś w krzakach, obserwując przez okno sytuację, żeby móc przyjść z pomocą. Zaszył się na stacji i tam przespał do rana. Nie spotkał już Dużego Jacka. Nie odwiedził Catherine, ale zrobił coś, że wyrzuty sumienia w końcu ją dopadły.

 

 

 

 

 

7707 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: kryminal

Liczba wejść: 52

Opis:

Dodano: 2021-02-24 20:17:33
Komentarze.
*Ritha 2 m.
Łooo, pięknie ciśniesz!
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
z dużym wykopem
"Ciemno. Milles City, wcześniej spokojne, nocą wyglądało jak wyrodny skrawek niechcianej części Montany, a on, Logan Harris, żyjący od kilku dni w bylejakości idealnie się do niego wpasowywał" - bardzo dobry start

"Sięgnął po telefon i podłączył do ładowarki. Wystukał kilka słów. Dwa beznamiętne, puste równoważniki zdań, które wysyła się raczej znajomym, niż kobiecie, ale miał za sobą ciężki dzień. Tak to wytłumaczył.
Wszystko dobrze. Spokojnej nocy, Rose.
Chciał jeszcze coś dodać, ale w momencie, kiedy migający kursor wiadomości minął pierwsze znaki, usłyszał huk. Samochód drgnął, maska uniosła się, a Logan czuł, że ktoś uderza czymś ciężkim w tył auta. Z jego ust wyrwało się przeciągłe, zlepione w jeden wyraz:
— Coodokurwyy?" - bardzo dobre i bardzo obrazowe

"— Wystraszyłeś mnie, Jack. — Harris był pzupełnie opanowany" - zupełnie*
"— Bo widzisz, ty masz w rękach to wiezione kilka kilometrów tatałajstwo" - mil, madame, mil
"— I łeb — wcisnął miedzy zdania" - między*
"— Taaa. A ja mam pistolet, z którym się nie rozstaje" - rozstaję*

Lubię Harrisa, świetna część, dobrze się fabuła splata, zakończenie też świetne, jestem więc na bieżąco i czekam na kolejne
Odpowiedz
~jotka 2 m.
Ritha


Dzięki, dzięki. Łatam jak Ty to mówisz, ale na razie pod górę ;D
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
jotka trzymam kciuki
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.