jasno nowy wygląd
Słowo
<
Rankor — część 24
>
Tagi: #rankor #postapo #sciencefiction #ritha #las

Rankor — część 25

 Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 Biegła przez las, ile sił w nogach. Raz za razem trampki uderzały o wilgotne podłoże. Podnosiła stopy z energią niepozwalającą pnączom na unieruchomienie. Była naprawdę szybka. Gdy gąszcz zacieśnił się na tyle, by zdołać ją spowolnić, skręcała, zmieniając trasę. Starała się jak najdłużej odwlec moment, w którym las zmusi ją do walki. W plecaku miała tasak. Kiedy robiło się już naprawdę źle, wówczas dwoma zwinnymi ruchami wydobywała broń i nie przestając przeć naprzód, cięła wszystko, co tylko zdołała zniszczyć.

 Nie pozwól się ujarzmić, Hannah. Nie oddawaj nikomu swojej wolności. To jedyne, co masz.

 Wiedziała, że jeśli się zatrzyma, las ją pochłonie. Wciągnie, wessie, wedrze się w głąb niej. Las będzie nią i ona stanie się lasem. Coraz bardziej śmierdział. Na początku, zaraz po Wielkiej Zmianie, jego zapach nadal był taki jak kiedyś. Ściółka, kora drzew, wilgoć. Jeśli trzeba byłoby określić ten zapach kolorem, byłaby to zieleń. Leśna woń. Teraz ten kolor to brunatna czerwień wpadająca w brąz, a las śmierdzi ludzką padliną, truchłami poległych śmiałków, strachem, moczem i krwią.

 Była już blisko, gdy z gęstwiny wyskoczył na nią dziki pies. Wylądował w chaszczach tuż obok. Nie mogła uwierzyć, rzadko atakowały we własnej enklawie. Mimo, że las stanowił ich dom, to właśnie rośliny stanowiły ochronną zaporę. Zwierząt trzeba było szukać, polować na nie. Pies odwrócił się w stronę Hannah i ruszył w pościg. Las spowalniał też jego, nie wybierał celu, uaktywniał się, wyczuwając obecność człowieka. Dziewczyna zwiększyła częstotliwość ruchów, dając z siebie wszystko i jeszcze więcej. Przez głowę przebiegła jej myśl, że on, ten dziki pies, wiedział. Że wyczuł Anthony’ego.

 Dobiegła do polany i rzuciła się na trawę, dysząc ciężko i spazmatycznie.

 – Żyjesz? – Jackie siedział w swym zwyczajowym miejscu nad brzegiem rzeki.

 – Drobne komplikacje… – szepnęła, z trudem łapiąc oddech.

 Odczekał kilka minut, podczas których bacznie obserwował wschód słońca – jego tarczę wyłaniająca się nad linią lasu. Robił to od tygodni. Gdzieś w głębi duszy irracjonalnie martwił się, czy również ten proces w okresie długofalowym może uznać za pewnik. Gdy Hannah doszła do siebie, spojrzał i wyartykułował wszystko, czego pragnął lakonicznym:

 – Chodź.

 Podeszła i usiadła tuż obok, tak blisko, że ich łokcie dotknęły się. Poczuła rozgrzaną skórę Jackiego i wiedziała, że za moment będą razem, że nie powtrzyma tego, tak jak nie powstrzymała własnej inicjatywy przy pierwszym spotkaniu. Tym razem on wykonał startowe ruchy i nie minęła minuta, a zlepieni w jedno oddawali się pocałunkom na wciąż zroszonej trawie poranka. Otoczeni lasem, który przepuszczał przez swój gąszcz tylko największych desperatów, za jedyną publikę mieli linię drzew. Jackie był czuły, delikatny i nienastawiony na pośpiech, gdy błądząc dłonią po wilgotnej skórze, zanurzył ją w Hannah. Dziewczyna wygięła się w łuk z pulsującą w głowie myślą, że kimkolwiek, skądkolwiek i jakikolwiek jest ten człowiek, ona już należy do niego. Chce, żeby był obok, zawsze. Doszła z cichym krzykiem, oplatając dłońmi jego kark i opadając bezwładnie na jego tors. Zabrzęczał pasek spodni i Jackie po chwili był już w niej. Zmienił pozycję, przygniótł Hannah całym ciężarem swojego ciała powodując, że przez moment musiała się skupiać, by złapać rytm oddechu. Oplotła go nogami, zanurzyła palce w jego włosach i wsłuchiwała się w odgłosy, jakie wydawał. Nie pamiętała, by słyszała kiedyś seksowniejszy dźwięk. Odpłynęli daleko we własny świat.

 Kwadrans później, leżąc na plecach, przyglądali się sunącym po niebie obłokom. Obydwoje, a zarazem każde osobno zatopione w swoich własnych myślach. Jackie sięgnął po zapalniczkę.

 – Dużo palisz…

 Wzruszył ramionami.

 – Ostatnio więcej palę, niż jem. Jesteś już moja, nie pozwolę się wodzić za nos.

 – Nie mam takiego zamiaru.

 – Pierwsze dwa spotkania sugerowały co innego – stwierdził, nie odrywając wzroku od chmur.

 – Potrzebowałam kontroli, bo się bałam. Bałam się, a zarazem… – szeptała – zarazem chciałam cię… mieć.

 – Masz.

 – Ok. Jesteś sam?

 – Tak. – Przez moment milczał, po chwili jednak zdecydował się wyczerpać ten temat od razu. – Moja dziewczyna została zastrzelona – zawahał się – na moich oczach.

 – Przykro mi…

 – Kto to Anthony? – Tym razem przeniósł wzrok na jej twarz, doszukując się oznak szczerości lub jej braku.

 – Anthony to mój psiak.

 Chłopak podniósł się na łokciach.

 – Psiaaak?

 Zaśmiała się gorzko, a on nie drążył. Pomyślał, że jeszcze zdąży wrócić do tematu. Martwiły go natomiast inne, bardziej bieżące kwestie. Zapytał o rodzinę, o to, gdzie mieszka i jak jej się żyje, a gdy wspomniała o Henrym, o Fayetteville, zaproponował, żeby pojechała z nim do Fort Smith, samochód zostawił przy drodze, jakieś dwieście jardów od polany. Widział w jej oczach, że miała ochotę. Przez krótki moment był przekonany, że tego właśnie chciała – pójść z nim. A potem z minuty na minutę zamknęła się w sobie. Pokiwała przecząco głową i wydukała, że powinna już iść.

 – No chyba sobie kpisz… Przestań ciągle uciekać! To raz, dwa, nie możemy tak żyć, Hannah, z tego, co mówisz, wynika, że mój przyj… – zawahał się na wspomnienie złości, jaka nim targała w ostatnim czasie – że człowiek z mojej grupy, Charles, i twój ojczym Henry weszli w niemały konflikt. Ba! Wszyscy ludzie, którzy są ze mną, nie zgadzają się z polityką, jaką próbujecie uskuteczniać. To eskaluje, nie straszę, po prostu to wiem. Nie mogę wybierać, to byłoby nie fair.

 – Nie każę ci wybierać! Spotkajmy się jutro, potrzebuję jeszcze jeden dzień.

 – Co zmieni się do jutra?

 – To dzieje się za szybko! – krzyknęła. – Widzieliśmy się raptem trzy razy!

 – I dwa razy uprawialiśmy seks.

 – Jackie, nie mogę tak po prostu dołączyć do twojej grupy i walczyć z Henrym, jest moją rodziną, po śmierci rodziców zaopiekował się mną i robi to od lat. Mimo Wielkiej Zmiany zawsze mam co jeść…

 – A więc o to chodzi – wtrącił. – Z góry zakładasz, że nie umiałbym zapewnić ci bezpieczeństwa, zadbać o ciebie, tak jak on.

 – Niczego z góry nie zakładam. Po prostu chcę żyć! Nie znam cię, nie wiem, kim jesteś i z kim się zdajesz, sam powiedziałeś, że twoja dziewczyna…

 – Co? – przerwał jej po raz kolejny. – Powtórz.

 – Nie musiałabym powtarzać, gdybyś mi nie przerywał. Sam powiedziałeś, że twoja dziewczyna zginęła – zawahała się, czując ciężar kierunku, w jakim galopowała ta wypowiedź – na twoich oczach.

 Cisza.

 – Idź już, Hannah.

 – Jackie…

 – Po prostu już idź. Tak, jak masz w zwyczaju. – Spojrzał prosto w błękit jej oczu. – Powinnaś już iść.

 Kobieta poczuła wzbierające w niej pierwsze łzy.

 – Przepraszam, ja nie chciałam…

 Przysunął się i musnął jej policzek.

 – W porządku. Będę jutro o tej samej porze. Idź.

 Wstała przepełniona niepewnością sytuacji, jaką zostawia za sobą. Schowała tasak, zasunęła plecak i zarzuciła go na ramię. Podeszła do linii lasu, przeżegnała się, a potem zaczęła biec.

 

 *

 Biegła przez las w połowicznej świadomości własnego błędu.

 Co z ludźmi, którzy polują w tych lasach? Co z Fort Smith?

 W głowie rezonowały pytania, jakie zadała Henry’emu, a jeszcze bardziej dudniła w niej usłyszana odpowiedź.

 Zabijemy ich.

 Trampki uderzające o ziemię, raz za razem.

 Chłopak z lasu.

 Dotyk jego rąk.

 Traciła koncentrację, co utrudniało bieg. Skupiła się więc mocniej, usilnie walcząc z bombardującymi jej umysł wątpliwościami.

 Po co ci ten jeden dzień, Hannah? Co zmieni ten czas? Dlaczego go nie ostrzegłaś? Co powiesz Henry’emu? Henry, to nie nasz las?

 Podniosła nogę ciut za nisko i z impetem upadła, ten jeden jedyny raz.

 

 *

 Atmosfera po pogrzebie Mike’a sięgnęła dna, nim jednak nastało południe, Abigail została zmuszona, by odświeżyć sobie wiedzę ze studiów. Na stół, na którym zazwyczaj kroili mięso, trafił Zayden. Z przebitego brzucha wystawała gałąź, grubością i kształtem przypominająca przedramię.

 – Była jego kolej – sapał Felipe, rękoma opierał się o kolana, usilnie próbując złapać oddech – czekałem przy linii lasu, jak zawsze, raz on, raz ja, Jackie był z nim tam tyle razy, pokazał, jak powinien się poruszać, co robić, gdzie biec, myślałem…

 – Nie przeszkadzaj, wyjdź! – wrzasnęła Abigail, wyparzając nóż.

 – To nie moja wina… – szepnął zrozpaczony. – Las dziś jakby się wściekł. Jakby był jeszcze bardziej rozjuszony niż zwykle.

 – Nikt nie twierdzi, że twoja – wtrąciła Ellie, łapiąc go pod rękę i prowadząc do drzwi – pomogę jej, po prostu wyjdź.

 Drogę od drzwi zaplecza do stołu wyznaczała stróżka liści i krwi.

 

 *

 – Ruszamy, szefie? – Mężczyzna o tyczkowatej aparycji zwrócił pytanie do Henry’ego, gdy tylko ostatnia porcja ziemi uderzyła o kilka zbitych na kształt trumny desek skrywających ciało Theodora. – Nie ma na co czekać, burza trochę zmoczyła wszystko, ale zapowiada się kolejny upalny dzień. Powinniśmy działać, nim rozpada się na dobrych kilka dni. Jest benzyna, jest broń.

 – Startujcie z St. Paul i White Rock, metodycznie.

 – Obudzę Hannah.

 – Po co? Niech śpi, ona zostaje, nie wiadomo, co wyskoczy w tych lasów. Te zwierzęta. One wszystkie gdzieś tam są… – zamyślił się.

 Rozmówca skinął głową.

 

 Kolejna część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

9362 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Ritha
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 59

Opis:

Dodano: 2021-02-25 06:14:35
Komentarze.
~jotka 1 m.
z dużym wykopem
Chryste. Aleś prędka. No i mam na co czekałam 😁
To biegła i ogólnie cały akapit trochę mi się z Cmykiem skojarzył, nie wiem, czemu. Z pierwszą częścią.

Świetnie się to czyta. (Nie zabij dziewczyny! ).

Tu bym dała przecinek przed skrywających, ale może ktoś mądrzejszy powie czy to faktycznie trzeba 😁

„Ruszamy, szefie? – Mężczyzna o tyczkowatej aparycji zwrócił pytanie do Henry’ego, gdy tylko ostatnia porcja ziemi uderzyła o kilka zbitych na kształt trumny desek skrywających ciało Theodora.”
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
jotka

Odpowiedz
*Ritha 1 m.
jotka skonczyły mi się notatki, nie mam już ani słowa napisanego, ajajajajajajaj! Alfonsyna może powi, czy dać przecinek, bo ja nie wim. masz co żeś chciała, bunga-bunga, i ooo, bieganie się z Cmykiem kojarzy? haha, no może może, dzięki za wizytex
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
jotka WSZYSCY MUSZĄ BYĆ TRUP
Odpowiedz
~jotka 1 m.
Ritha
No mam :-D a, bo chyba CMYK się zaczął od biegła, on za nią etc albo mylę
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
jotka tak, tak się zaczął dobrze pamiętasz
Odpowiedz
Zbliżamy się do podpalenia lasu. W naszej rzeczywistości - to nierozsądne. W tamtej rzeczywistości - możliwe, że to jedyne rozwiązanie...
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alka666 możliwe... Liczę, że przyśni mi się ciąg dalszy
Odpowiedz
Ritha spokojnie, samo przyjdzie. Tylko nic na siłę, bo się spłoszy.
Odpowiedz
"jego tarczę wyłaniająca się nad linią lasu" - wyłaniającą;
"wyznaczała stróżka liści i krwi" - strużka;
"co wyskoczy w tych lasów" - z;
Jak "Romeo i Julia" tylko w czasach apokalipsy - co, swoją drogą, jest jak widać świetnym połączeniem. Lubię takie dylematy, niedopowiedzenia i trudne decyzje, których nie można uniknąć. Żadna decyzja nie będzie dobra - i to jest w tym wszystkim najlepsze.
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alfonsyna jakoś tak przypadkiem wyszło Jackie! Czemu Ty jesteś Montecchi?! 😳😂
Babolki nareperuję, dziękuję za wizytę
Odpowiedz
Ritha tylko tam chyba nie mają nigdzie balkonu, cóż zatem ze sceną balkonową?
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
alfonsyna będzie musiała wliźć na stołek
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.