online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Dick Roach i tajemnica Poliszy Nela cz. 2 - Inwazja bizarro
<
Powiew Zachodu – Skok z powyłamywanymi nogami
>

Opis:

Opowiadanie na konkurs "Inwazja Bizarro", cz. 1

Tagi: #bizarro #detektyw #robale

Dick Roach i tajemnica Poliszy Nela cz. 1 - Inwazja bizarro

  – Mrrrau, tygrysie! – Kleo przeciągnęła się zalotnie na łóżku. Jej jaszczurcze łuski błysnęły w świetle poranka. – Idziesz już? Może zostaniesz jeszcze na chwilkę?

  – Idę, obowiązki wzywają. I nie jestem tygrysem.

  Dick Roach wiązał właśnie buty. To znaczy, próbował je wiązać, z trudem nachylając się i usiłując dosięgnąć do sznurowadeł.

  – Ty i ten strój karalucha – rzekła jaszczurka, kręcąc głową. – Zdjąłbyś go wreszcie, widzisz, jak utrudnia ci życie.

  – Mówiłem już, nie mogę.

  – Ale nawet w łóżku?!

  – Nawet. Zakład to zakład.

  Dick w tej sprawie nigdy nie wchodził w szczegóły. „Zakład to zakład” – te słowa stały się już właściwie jego znakiem rozpoznawczym. Tak samo, jak strój.

  Mężczyzna ostatni raz spojrzał na zielonkawą kochankę. Omiótł spojrzeniem jej podłużny pysk, wielkie, wyłupiaste oczy, pazurzaste łapy i długi, zachwycający ogon. A to wszystko zapakowane jedynie w skąpą, koronkową bieliznę. Jaszczurcze damy do towarzystwa nie miały oszałamiającego powodzenia wśród klientów podobnych przybytków. Jednak ci, którzy korzystali z ich usług, darzyli je dużą estymą. Zimna, gładka łuska, rozwidlony język, który potrafi czynić cuda. „Ach, wspaniałości”, pomyślał Roach.

  – Do zobaczenia, kochanie! – rzucił na odchodne, chowając czułki pod kapeluszem.

  Detektyw wyszedł z budynku i skierował kroki do swojego biura. Mała klitka na przedmieściach nie była szczytem marzeń, ale – co Roach niechętnie przyznawał – wystarczała mu aż nadto. Mieściły się tam wszystkie teczki, dokumenty, mapy i detektywistyczne gadżety. Zostało nawet trochę miejsca na roślinkę, którą Dick miał w planach tam wstawić. Chciał, żeby coś nieco rozweseliło szarobure wnętrze. Jednak trudno było mu przekuć chęć w czyn. Od trzech lat miejsce nie mogło się doczekać liściastego lokatora.

  Dick przekroczył próg biura i zamknął drzwi. Usiadł za biurkiem, spojrzał na leżące papiery i już miał sięgnąć po teczkę, ale zawahał się. Otworzył szufladę i wyjął ze środka plastikowe pudełko wypełnione suszonym mięsem. Chwycił kilka kawałków sarniny i włożył jeden do ust. Przymknął oczy, przeżuwając z zadowoleniem słoną przekąskę. Mężczyzna właściwie jadł wszystko, niczym nie gardził. Jednak suszona sarnina zajmowała w jego sercu szczególne miejsce. Poza tym była pożywna, znakomicie zaspokajała apetyt i dawała energię do działania. Była szczególnie dobrym rozwiązaniem dla tych, dla których „śniadanie” stanowiło pojęcie abstrakcyjne.

  Gdy pierwszy głód został zaspokojony, Dick sięgnął po papiery. Przejrzał je pobieżnie. Akta sprawy czytał już kilkakrotnie, rzucił więc tylko okiem na najważniejsze fakty, przeanalizował dane i był gotowy do działania. Spojrzał na zegar, narzucił płaszcz i wyszedł z gabinetu, uważając, by nie przyciąć drzwiami któregoś z odnóży.

  Doskonale wiedział, gdzie w tej chwili jest jego cel. Codziennie o tej porze narkotyzował się kofeiną. Roach postanowił to wykorzystać, by wreszcie zerwać owoc wielogodzinnych obserwacji i prowadzonego śledztwa. Skierował kroki do kawiarni „Bonifaccio”.

  Minął grupkę młodzieży, która zabawiała się, rzucając patykami w tygrysy.

  – Ej, gościu! Czemu nosisz ten kostium? Wyglądasz jak idiota! – krzyknął za nim któryś z podrostków.

  – Zakład to zakład – rzucił przez ramię Dick.

  Zbliżał się do lokalu, w którym miał zastać cel. Ujrzał go przy jednym ze stolików. Facet siedział tam, racząc się kawą z mikroskopijnej filiżanki. Kofeinowa mafia wyznawała dziwne zasady, w myśl których w im mniejszym naczyniu podawano napój, tym większą mocą się on odznaczał. Roach widząc naparstek na stoliku, potrząsnął tylko głową – gość musiał być naładowany kofeiną jak jasna cholera. Dick pomyślał, że gdyby ktoś nagle zaczął odliczać od dziesięciu wstecz, facet na hasło: „zero” z pewnością wystrzeliłby na orbitę.

  „Dość, dość”, zganił się w myślach detektyw. Musiał się teraz skupić na pracy.

  Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął pudełeczko z pastylkami. Wydobył jedną, wrzucił do ust, rozgryzł i przełknął. Wiedział, że od tej chwili ma dokładnie sześćdziesiąt sekund. Jeśli mu się nie uda, straci szansę na rozwiązanie sprawy, a może nawet i życie.

  Podszedł do stolika, przy którym siedział cel.

  – Przepraszam, czy pan Polisza? Polisza Nel?

  – Tak, a o co chodzi? – zapytał postawny mężczyzna znad gazety.

  – Jestem z obsługi lokalu, telefon do pana.

  – Kto dzwoni? – Polisza zmarszczył krzaczaste brwi. – I czemu nosi pan strój karalucha?

  – Zakład to zakład, proszę pana – wyrecytował detektyw. – Nie wiem, kto dzwoni, proszę pana, ale wyraźnie prosił o rozmowę z panem Nelem. Czeka na linii.

  – No dobrze, idę.

  Jak tylko mężczyzna zniknął za drzwiami lokalu, Roach spojrzał na zegarek i oparł się o stolik. Gdy minęła sześćdziesiąta sekunda od połknięcia tabletki, Dick zaczął się raptownie zmniejszać. Gdy był wielkości połowy ludzkiego kciuka, wskoczył do malusieńkiej filiżanki z kawą pozostawionej przez Poliszę. Po chwili skurczył się do wielkości kryształka soli. Wyjął z kieszeni płaszcza maskę do nurkowania i nałożył na twarz, uważając na czułki. Jak na razie plan działał.

  Od strony kawiarni rozległy się ciężkie kroki.

  – Cholera jasna, nie dadzą wypić spokojnie kawy! – poskarżył się głośno Nel i usiadł przy stoliku.

  Detektyw Roach zanurkował pod powierzchnię czarnego jak smoła naparu i cierpliwie czekał. Po chwili filiżanką wstrząsnęło i naczynie uniosło się w górę. Dick poczuł się jak w jadącej szybko windzie. Po chwili zrobiło się ciemno i winda zmieniła się w wodną zjeżdżalnię. Kilka sekund jazdy i miniaturowy mężczyzna wylądował na miękkim podłożu. Wstał, przechylił głowę, wylewając z ucha resztkę kawy i ściągnął z twarzy maskę.

  Wszedł. Można było zaczynać właściwe śledztwo.

  – No dobrze, stary draniu, zobaczymy, co tam w sobie ukrywasz.

  Przypomniał sobie najważniejsze fakty. Zlecenie odkrycia tajemnicy Poliszy Nela zleciła mu pewna kobieta. Nie widział jej nawet raz, wszystko załatwiali przez telefon. Dowiedział się tylko, że na imię miała Brittany.

  Z początku był nieufny. Z zasady wolał wiedzieć, a przede wszystkim widzieć, z kim ma do czynienia. Zastanawiał się, czy to nie jakiś żart albo podstęp. Jednak gdy z góry otrzymał przelew, jego wątpliwości zbladły. Zwłaszcza że kwota niemal dwukrotnie przekraczała wysokość jego standardowego honorarium. Kobiecie musiało mocno zależeć. A on nie śmierdział groszem.

  Zleceniodawczyni twierdziła, że cel śledztwa był jej winny dużo pieniędzy i coś jeszcze, coś, na czym Brittany zależało szczególnie mocno.

  Detektyw podczas wstępnego wywiadu dowiedział się jeszcze kilku ciekawych rzeczy. W przeszłości ona i Nel się spotykali. Kobieta z czasem odkryła, że kochanek nie ma wobec niej czystych intencji. Gdy tylko zyskał jej zaufanie, wykorzystał ją i okradł, a potem zniknął niemal bez śladu. Po wielu miesiącach zdeterminowana poszkodowana trafiła na jego trop, jednak obawiała się konfrontacji i tego, że mężczyzna może ponownie zapaść się pod ziemię. Dlatego zdecydowała się na profesjonalne usługi Dicka Roacha.

  Dodatkowo sprawa kradzieży była dość osobliwa. Drań nie ukrył kosztowności w banku ani żadnym sejfie. Polisza Nel schował je w sobie. Uznał, że tam będą najbezpieczniejsze. Z tego właśnie powodu detektyw musiał przeniknąć do struktur Poliszy. W przenośni i dosłownie.

  Co ciekawe, Brittany powtarzała, że pieniądze nie są najważniejsze. Roach miał szukać czegoś innego. Czego – nie chciała powiedzieć. Twierdziła jednak, że gdy znajdzie się w ślepej uliczce, wszystko paradoksalnie się rozjaśni. Z początku nie zrozumiał. Potem jednak, jak na porządnego detektywa przystało, trafił dedukcyjną drogą po nitce do kłębka. Ślepa uliczka – ślepa kiszka – wyrostek robaczkowy. To tam trzeba się dostać.

  Wiele niewiadomych, tajemnicza zleceniodawczyni, brudna, wewnętrzna robota. Dick nie wiedział, czy dobrze zrobił, biorąc tę sprawę. Postanowił zaryzykować. Wreszcie stało przed nim jakieś wyzwanie. Interesujące i dobrze płatne.

  W taki oto sposób trafił do wnętrzności Poliszy Nela.

 

 

 Link do części 2: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6735

8114 zzs

Liczba ocen: 2
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: inne

Liczba wejść: 103

Dodano: 2021-02-28 13:35:05
Komentarze.
Tak jak napisałem na nf tekst jest całkiem fajny, może bez jakiejś petardy ale dziwność i absurd zachowane. Lekkie bizarro w sosie noir
Odpowiedz
fanthomas o, nawet o noir zahaczyło, fajno. Dzięki, jak wspominałem, pisało się całkiem fajnie
Odpowiedz
Cóż za nowatorskie metody!
Odpowiedz
Muszę to przeczytać, ale... już dzisiaj nie dam rady. I'll be back. Jutro.
Odpowiedz
Zdzislav luz, poczekam
Odpowiedz
z wykopem
Fajny surreal, choć gdzieniegdzie pływasz w naddetalu, jeśli idzie o dookreślenia.

Cztery przykłady na szybko:

1.)
Mieściły się tam wszystkie teczki, dokumenty, mapy i detektywistyczne gadżety, jakich potrzebował." - jakich potrzebował jest zbędnym śmieciotworem, bez nośności informacyjnej. Outt.

2.)
Usiadł za biurkiem, spojrzał na leżące na nim papiery i już miał sięgnąć po teczkę, ale zawahał się. - wiadomo, że "na nim"

3.)
Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej pudełeczko z pastylkami. - wiadomo skąd

4.)
Jednak gdy otrzymał z góry przelew za podjęcie się rozwiązania sprawy, jego wątpliwości zbladły. - wiadomo za co.

Na plus fabuła, pomysł i realizacja w słowie, pomijając tą nadskrupulatnść.

Odpowiedz
Canulas Naddetal do moje drugie imię. Mam wrażenie, że tnę już więcej niż kiedyś, ale widocznie jeszcze niewystarczająco. Przyznaję rację i zabieram się do reperowania.
Dzięki za wizytację, dobre słowo i uwagi!
Odpowiedz
CptUgluk kłaniam się
Odpowiedz
z dużym wykopem
Siema!

Tak na początku (i czysto na marginesie, ot, czepialstwo dla zasady), ale gady mają przeuroczą ciepłą i suchą skórę. Więc ta zimna skóra jaszczurzej kochanki niezbyt mi pasowała. Gdyby była płazem, to wilgotność i zimno byłoby wskazane

"którejś z odnóży" - wydaje mi się, że powinno być "któregoś z odnóży".

Z czepialstwa to tyle.

Generalnie, bardzo mi się podobało, pocieszny, sympatyczny bohater ( Zakład to zakład!), dobrze napisane, czego chcieć więcej?
W wolnej chwili zerknę na 2 część, także do zobaczenia!
Odpowiedz
Hiraeth Hej ho! A widzisz, wychodzi na to, że zbagatelizowałem przyrodniczy research. Dzięki za uwagę-ciekawostkę

Tak, z odnóżami dałem pleców, zmienię to za momencik.

Miło mi bardzo, że przypadło do gustu. Dzięki za wizytę i oczywiście zapraszam dalej w wolnej chwili
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.