online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 8
<
Zło konieczne (drabble konkursowe nr 3)
>
Praca Wyróżniona
Tagi: #treningwyobraźni #Czarnobyl #katastrofa

TW#1 – Ofiara Piołunu

 Postać: Likwidator z Czarnobyla

 Zdarzenie: Poświęcenie

 Efekt: 81. Akcja twojego opowiadania toczy się w Rosji

 

  Źle się czuję. Leżę tu, gdzie mnie położyli. Tak jak mnie położyli. Nie mam siły się ruszyć. Zresztą – każdy ruch to ból. Wszystko boli, całe ciało.

  Proszę o jakiś lek, cokolwiek – bezskutecznie. Nie wiem, czy w ogóle mnie słyszą zza tej plastikowej zasłony. Biegają jak szaleni, każdy gdzieś gna. Tylko sylwetki migają. Ktoś zagląda, ktoś w masce. Chyba jednak usłyszał! Chcę o coś spytać, poprosić. Nie zdążam. Człowiek bez twarzy każe tylko czekać na doktora i od razu znika za zasłoną. Kroki oddalają się. Czekam więc.

  Oczy palą, szczypią, zamykam je. Chociaż nad tym mam kontrolę. Jeszcze. Czekam zgodnie z poleceniem. Czekam, choć obawiam się, co to oczekiwanie przyniesie.

  Niedobrze mi.

 

  Poczułem, jak ktoś trąca mnie w ramię.

  – Ty, Fiodor! Hej! Nie śpij, dojeżdżamy.

  – Co? – Spojrzałem nieprzytomnymi oczami na szturchającego mnie Antona. – Nie śpię przecież.

  Zwykle nie lubię być w taki sposób wyrywany ze snu, jednak tym razem byłem wdzięczny koledze. Może i czułem zmęczenie, może te trzy godziny snu nie były wystarczające, ale musiałem wziąć się w garść. Przy robocie, która nas czekała, trzeźwość umysłu była nawet nie tyle wskazana, ile niezbędna.

  Ciężarówka zatrzymała się, a my wysiadaliśmy parami. Wokół stało jeszcze co najmniej kilka podobnych samochodów. Ze wszystkich wysypywali się ludzie. Wyraźnie widziałem masywną bryłę elektrowni jądrowej – nasze miejsce pracy.

  Nie wiedziałem, która była godzina. Na pewno wczesna, bo słońce majaczyło już gdzieś za horyzontem, szykując się do wniebowstąpienia. Chwilę zatrzymałem myśli na tej metaforze, zwracając uwagę na ciekawy kontrast – byłem świadkiem wniebowstąpienia, samemu szykując się do przekroczenia bramy piekła.

  W szybkim tempie przecięliśmy otwarty teren i załadowaliśmy się do budynku. W milczeniu przemierzaliśmy kolejne korytarze, bojąc się dotrzeć do celu, a jednocześnie pragnąc mieć to już za sobą. Miałem wrażenie, że nawet echo naszych pospiesznych stąpnięć zostaje gdzieś z tyłu, jakby nie mając odwagi dotrzymać nam kroku. Rzucane przez nas cienie zdawały się drżeć, jakby ze strachu. Może to lęk programujący wyobraźnię, a może ostrzeżenie z Góry? Sygnał, którego warto było posłuchać?

 

  Leżę tu już któryś dzień, nie wiem który. Trzeci, może czwarty? Tak szacuję po zmieniającej się poświacie, dolatującej tu z okien na korytarzu. Podpięli mi jakieś urządzenia, czujniki czy Bóg wie co. Nie wiem w jakim celu, nikt nic nie mówi, nie tłumaczy co i dlaczego. Nikt nie wyjaśnia, co będzie dalej. Może powinienem zawierzyć lekarzom, zaufać, że wiedzą, co robią? To przecież moskiewski szpital kliniczny numer sześć, mają tu dobrych specjalistów, na pewno znają się na rzeczy. Trudno mi jednak uwierzyć samemu sobie. To jak się czuję, nie zwiastuje rychłej poprawy.

  Patrzę na moją dłoń. Opuchnięta, czerwona. Drżąca. Na skórze bąble i przebarwienia.

  Swędzi mnie głowa. Z trudem unoszę rękę i próbuję się podrapać, ale każde dotknięcie odzywa się bólem. Syczę i zaciskam zęby.

  Czuję, jak coś plącze mi się między palcami. Przyglądam się dłoni i utraconej przed sekundą kępce włosów. Pod paznokciami ślady krwi. A przecież nie drapałem mocno. Ledwo musnąłem skórę.

  Ręka opada na łóżko. Gula w gardle utrudnia przełykanie. Zaciskam powieki.

 

  Ubieraliśmy się w pośpiechu, pomagając sobie wzajemnie. Strój obejmujący trzydziestokilogramowy fartuch z ołowiu, rękawice, buty, specjalne okulary ochronne i „kagańce” na twarz trzeba było prawidłowo założyć. Każda nieszczelność stanowiła potencjalne zagrożenie życia. Wiedzieliśmy to, chociaż nikt o tym głośno nie mówił. To jednak była sprawa drugorzędna. Liczyło się zadanie. Trzeba było tam wejść i wykonać pracę. Ktoś musiał. Skoro mechanika zawodziła, jedynym rozwiązaniem byliśmy my. Biologiczne roboty.

  – Dwadzieścia pięć sekund, tyle macie czasu – instruował nas głównodowodzący, podczas gdy my kończyliśmy przygotowania. – To dokładnie wyliczone, będziecie zupełnie bezpieczni. Bierzecie łopaty i biegniecie na dach. Ci bez łopat łapią za nosiłki do wapna. Będą tam stały. Nabieracie gruz, wrzucacie na nosiłki i zawartość wrzucacie do dziury, do reaktora. Duże fragmenty trzeba ręcznie. Jak usłyszycie syrenę, wracacie biegiem do środka. Bezwzględnie przerywacie pracę i niezwłocznie wracacie. Czy wszystko jasne?

  – Tak jest! – zawołaliśmy chórem. Choć głos starałem się mieć zdecydowany, w środku drżałem jak galareta.

  Wymieniliśmy z Antonem spojrzenia. Mimo strachu cieszyłem się, że obok mnie jest ktoś znajomy. Zawsze to raźniej ratować świat, gdy idzie się ramię w ramię z druhem. Przeżegnałem się.

  Ryknęła syrena. Ruszyliśmy na spotkanie z „Maszą”.

 

  Czuję się lepiej. Leczenie chyba działa! Poprawia mi się! Daleko jeszcze do ideału, oj daleko, ale wyraźnie jest lepiej, trzeba to przyznać. Ciekawe, kiedy wypuszczą mnie z tej plastikowej klatki. Wyglądam jak fabrycznie zapakowany towar. Może wykluję się nowy i świeży jak motyl z kokonu?

  Staram się nie drapać, nawet jak swędzi. Nie chcę podrażniać delikatnej skóry. Ciekawe czy zejdzie to zaczerwienienie. Taki jakiś niezdrowy ten kolor. E, na pewno zejdzie. Kwestia czasu.

  Włosy nadal wypadają, słabe są takie, przerzedzone. Nie przejmuję się tym. Włosy odrosną, organizm się wzmocni, ciało złapie odpowiedni rytm i ani się obejrzę, będę musiał zaczesywać niesforne kosmyki. Pamiętam, że zawsze lekko mi się kręciły. Jak urosły dłuższe, zachodziły na oczy. Teraz trochę za tym tęsknię.

  Jestem zmęczony, muszę dużo odpoczywać. Pewnie niedługo kolejne badania.

 

  Swoją drogą, wydawało mi się to trochę śmieszne. Nazywanie stref na dachu elektrowni kobiecymi imionami. I tak obok „Maszy” była jeszcze „Natasza” i „Katia”. Nie pamiętałem albo zwyczajnie nie wiedziałem, skąd się wzięło takie nazewnictwo, ale nie to było ważne, a wykonanie misji. Na tym powinienem się skupić.

  Wybiegłem za Antonem. Stanęliśmy u stóp ogromnego komina. W normalnych warunkach przystanąłbym pewnie, żeby podziwiać tę imponującą konstrukcję. Jednak to nie były normalne warunki.

  Wszędzie dookoła walały się gruzy. Niektóre jeszcze dymiły. Wśród nich stał zastygły w bezruchu robot, który miał niby usuwać radioaktywne śmieci. Z jakiegoś powodu nie usuwał.

  Gdy chciałem nabrać „porcję” odpadów, zobaczyłem, że Anton chwycił dużą betonową płytę i zaczął ją ciągnąć na skraj dachu. Widziałem, jak się męczy. Rzuciłem łopatę i podążyłem z pomocą. Wspólnie złapaliśmy za sterczące z boków kawałki prętów i stękając z wysiłku, zaciągnęliśmy ładunek na skraj dachu.

  Wtedy sytuacja się skomplikowała.

  W chwili, w której spychaliśmy ciężar do dziury, Anton zawadził nogą o jeden z tych dziwnych klocków z otworami i stracił równowagę. Oczami wyobraźni widziałem, jak wpada prosto w żarzący się rdzeń reaktora. W paszczę atomu.

  Zadziałałem instynktownie. Rzuciłem się w jego kierunku, chwyciłem za ramiona i pociągnąłem w tył. Niestety, usiane odpadami podłoże to nie miejsce, w którym można sobie pozwolić na niepewny krok.

  Stanąłem na jakimś fragmencie i poczułem dotkliwy ból w kostce.

  I trzeci anioł zatrąbił.

  Rozległa się syrena.

  Anton w jednej chwili rzucił się w kierunku schronienia, a ja poczułem, że tracę równowagę. Świat zwolnił. Upadając, obserwowałem uciekającego kolegę. Zsuwając się z krawędzi, poczułem mieszaninę bólu i panicznego strachu. Widząc, jak Anton spogląda przez ramię, chwilę się waha, a potem kontynuuje ucieczkę, straciłem wszelką nadzieję. „Poświęciłem się dla ciebie”, pomyślałem ze złością. Jednak prawie od razu mu wybaczyłem. To nie jego wina. Przerażenie przytępia zmysły.

  Przed oczami migały mi fragmenty Nowego Testamentu.

  I spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia.

  Wisiałem na skraju przepaści. Świadomość końca nie odebrała mi jednak instynktu przetrwania. Rozpaczliwie trzymałem się krawędzi. Trzydziestokilogramowy ołowiany balast ciągnął mnie w dół. Zmagając się z palącym bólem przedramion, czekałem na to, co nieuchronne.

  A spadła na trzecią część rzek i na źródła wód.

  Dowódca kazał nie patrzeć w dół, ale teraz było mi już wszystko jedno. Spojrzałem. W parującą plątaninę rur, prętów, w mieszaninę betonu, piasku i Bóg wie, czego jeszcze. Spojrzałem w paszczę diabła. Czyżbym poczuł siarkę?

  A imię gwiazdy zowie się Piołun.

 

  Znowu jest gorzej. Znowu mnie boli. Wszystko pali, całe ciało. Każdy ruch owocuje cierpieniem.

  Rano krzyczałem. Tkanina sprawiała mi ból. Przyszli lekarze w kosmicznych kombinezonach i ściągnęli mi ubranie. Nie pomogło. Prosiłem o leki. Nie pamiętam, już czy dostałem. Nie pamiętam, czy pomogły. Mało pamiętam.

  Gdy zmieniali prześcieradło, zobaczyłem na poprzednim swoje odbicie. Czerwony zarys. Jak Całun Turyński! Mój własny Całun. Prezent od Boga? Podziękowanie? Przeprosiny? Obietnica?

  Nie mogę jeść. Nie mogę pić. Nie chcę. I chyba już nie umiem.

  Rozpadam się.

 

  Przez dźwięk pulsującej w uszach krwi, usłyszałem stłumiony dźwięk kolejnej syreny.

  Półprzytomny poczułem, jak ktoś łapie mnie za ręce i ciągnie w górę. Przemieszczałem się, choć moje mięśnie odmawiały posłuszeństwa. W ustach czułem metaliczny smak. Krew? Coś innego?

  Wokół mnie rozległy się okrzyki, nawoływania. Poczułem chłód na twarzy, chyba ściągnięto mi „kaganiec”. Zrobiło mi się niedobrze. Z wrażenia? Ze strachu? Podobno człowiek może wymiotować z emocji.

  Zabrali mnie gdzieś. Nade mną migały światła i zmieniały się twarze. Wszystkie zamaskowane, nie rozpoznawałem nikogo. Nie wiedziałem, gdzie mnie niosą, ale nie protestowałem. Nawet gdybym chciał, nie starczyłoby mi sił. Miałem tylko nadzieję, że Anton jest cały.

  Poczułem na twarzy przyjemny powiew. Wynieśli mnie na zewnątrz. Trzasnęły drzwi samochodu, przycichły hałasy. Zastąpił je dźwięk syreny. Karetka. Czyli jechałem do szpitala.

  Wiedziałem, że sytuacja jest poważna, ale z drugiej strony mi ulżyło. Wykonałem swoją pracę. Pomogłem w likwidacji skutków katastrofy. Jak mnie wypuszczą, dostanę medal i dyplom. Jednak nie to było najważniejsze. Wypełniłem obywatelski obowiązek. Państwo okaże wdzięczność. Państwo się mną zaopiekuje. Prawda?

 

  Nie wiem, ile czasu minęło od chwili, gdy trafiłem na oddział. Dni przychodzą i odchodzą, przeplatając się z nocami.

  Na korytarzu nieustanny ruch. Lekarze w kosmicznych strojach? A może anioły? Suną przed siebie. Zaglądają. Nadzorują.

  Tracę kontakt z rzeczywistością. Nie wiem, kiedy śpię, a kiedy czuwam. Wszystko wydaje się takie… Odległe. Dalekie. Nierzeczywiste.

  Są jednak krótkie chwile, w których odzyskuję pełnię świadomości. One są najgorsze. Chwile, w których zdaję sobie sprawę, że nie jestem już człowiekiem. Jestem odpadem radioaktywnym o wysokiej gęstości skażenia. Trwa mój rozpad. A właściwie to czuję, że dobiega już końca.

  Z oczu płyną mi łzy. Ściska mnie w gardle.

  – Mamo, tato – szlocham – pomóżcie.

  Wiem jednak, że nie pomoże mi nikt. Nie zobaczę już bliskich, nie powiem im ostatniego słowa. Nie wybełkocę spękanymi ustami pożegnania. Rozpadnę się, a to, co ze mnie zostanie, wrzucą do pudła i zagrzebią głęboko w ziemi. Jak odpad, którym jestem. Bio-robot bez części zamiennych. Do zezłomowania.

  Wszystko nagle staje się jasne. Czarnobyl – jak czarny piołun. Znak nadciągającej apokalipsy.

  Znów zasypiam na jawie.

  „Fiodor”, słyszę głos. „Już czas”.

  Posłusznie zaciskam ołowiane powieki. Już czas.

 

  I trzecia część wód stała się piołunem,

  i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie.

11530 zzs

Liczba ocen: 10
99%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 182

Opis:

W tekście wykorzystałem cytaty z Biblii Tysiąclecia, Ap 8, 10-12. Opowiadanie prezentuje fikcyjną historię osadzoną na fundamentach prawdziwych wydarzeń. Ponaginałem nieco pewne fakty na potrzebę tekstu. Czarnobyl to w wolnym tłumaczeniu "czarny piołun". Biblijny motyw Piołunu i wydarzenia z 1986 r. w Czarnobylu są według niektórych ściśle ze sobą związane, a katastrofa w elektrowni nabiera przez to apokaliptycznego charakteru.

Dodano: 2021-03-08 11:28:30
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
TreningWyobrazni Zrobione, szanowny Treningu.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Tak na szybko, to tyle mi mignęło:
„podczas gry my kończyliśmy przygotowania” – gdy
„ Bierzecie łopatę i biegniecie na dach” – łopaty, no chyba, że cała grupa miała wyłącznie jedną do dyspozycji
„Niestety usiane odpadami” – przecinek po „niestety”
Chyba jeszcze jakiś pojedynczy przecinek się zawieruszył, ale tak, to znikoma ilość błędów

Nieźle poszło, klasyczna niewdzięczność ludzka i ogólnopaństwowa. A mięso odpadające od ciała... aż zaostrza apetyt ;P
Odpowiedz
Hiraeth ech, zawsze coś się prześlizgnie, zawsze! dzięki za wyłapanie, będę naprawiał

Cieszę się zatem, że smakowało :P dzięki za odwiedziny!
Odpowiedz
*Ritha 6 m.
z dużym wykopem
Ależ mieliśmy podobne zestawy!

"samemu szykując się do przekroczenia bramy piekła.
W szybkim tempie przekroczyliśmy otwarty teren" - tu masz powtórzenie przekroczenia/przekroczyliśmy

"Bierzecie łopatę i biegniecie na dach. Ci bez łopat łapią za nosiłki do wapna. Będą tam stały. Nabieracie gruz, wrzucacie na nosiłki i zawartość wrzucacie do dziury, do reaktora. Duże fragmenty trzeba ręcznie. Jak usłyszycie syrenę, wracacie biegiem do środka. Bezwzględnie przerywacie pracę i niezwłocznie wracacie. Czy wszystko jasne?" - pamiętam taką scenę w serialu, z tym zrzucaniem gruzu do dziury! Mam chyba jakąś schizę, bo u Hiraeth też widziałam serialowe sceny.

Te zdania kursywą, chyba zamierzony brak kropek, ale cytując Cana – interpunkcja nie działa wybiórczo

"Prosiłem o leki. Nie pamiętam, już czy dostałem. Nie pamiętam, czy pomogły. Mało pamiętam" - świetne
"Gdy zmieniali prześcieradło, zobaczyłem na poprzednim swoje odbicie. Czerwony zarys. Jak Całun Turyński! Mój własny Całun" - to również!
"Chwile, w których zdaję sobie sprawę, że nie jestem już człowiekiem. Jestem odpadem radioaktywnym o wysokiej gęstości skażenia. Trwa mój rozpad" - to również!

Ugluku, fantastycznie się wczułeś w bohatera! Bardzo mi się podobało! Jestem też mocno w tematyce przez zbieżność zestawów, więc czuję mocno, ale myślę że i tak łapię na tyle dystansu już, by patrzeć obiektywnie. To najlepsze, co u Ciebie czytałam Brawo! Bardzo dobre wczucie w bohatera! Masz też dobry risercz. No, póki co Hiraeth ze swoim obłędnym opkiem i Twój radioaktywny bohater jesteście moją topką tego rozdania, ale... ale jak wiadomo dużo opek przed nami na deadlinie. Dobra robota, kapitanie

Odpowiedz
Ritha Podobne zestawy, rację masz, dlatego ciekaw jestem, co dobrego u Ciebie znajdę (niedługo zajrzę)

Interpunkcję w cytatach (rzeczywiście pierwotnie uznałem, że tu można sobie pozwolić na interpunkcyjną swobodę) i powtórzenie nareperowałem.

Scena na dachu była w serialu, słusznie prawisz. Trzymało za gardziel, tak samo jak zaglądanie do otwartego rdzenia, rety, ciary były jak nie wiem co. Jeśli chodzi o prace na dachu elektrowni, to właśnie był on podzielony na strefy według stopnia skażenia. Bodajże to Maszy właśnie (zaraz obok komina) najbardziej się dostało. Ważny też był czas spędzony na powierzchni. Czytałem o widełkach od dwudziestu sekund do półtorej minuty (pewnie w zależności od stopnia skażenia).

Ło, doczekałem się cytowanka, to miłe

Dziękuję bardzo za obszerny i budujący koment. Jak wspominałem, jest to jeden z tekstów, które najbardziej "odczułem", pisząc. Fajne doświadczenie tak wsiąknąć w historię. Risercz być musiał, korzystałem między innymi ze zdjęć, wspomnień i relacji Igora Kostina - gościa, który był fotografem podczas całej akcji i który, można powiedzieć, zaglądał z aparatem do wnętrza bloku czwartego. Ciekawe rzeczy.
Wiem, że są mocni zawodnicy w puli, nigdy nie można być pewnym Mimo to raz jeszcze dzięki bardzo za dobre słowo i odwiedziny!
Odpowiedz
*marok 6 m.
z dużym wykopem
Świetny tekst. Popłynąłem od początku do końca. Mam nadzieję że za suchość komentarza wybaczysz, ale nie jestem jeszcze wiarygodnym adeptem w tej sztuce. Tka czy inaczej, tekst bardzo dobry!
Odpowiedz
marok Po części to pana zasługa, panie Marok, dziękuję za tak "żyzny" zestaw Wybaczam suchość, wierzę, że wkrótce Twoje komentarze będą już odpowiednio wilgotne ;D
Dzięki bardzo, cieszę się, że miło Ci się pływało! Pozdro!
Odpowiedz
~Halmar 6 m.
z dużym wykopem
Opowiadanie świetnie napisane, temat cud-miód, samograj. Podobało mi się, jak opisałeś uczucia głównego bohatera - prawdziwy radziecki bohater, dumny ze swojego poświęcenia wobec matuszki... Ukrainy :P
Odpowiedz
Halmar Dziękuję pięknie! Faktycznie zestaw bardzo mi podpasował, choć obawiałem się, że właśnie z tego powodu mogę go spalić Na szczęście jednak udało się utrzymać proces pod kontrolą i nie doszło do wycieku z reaktora
Zawsze się staram, by moi bohaterowie byli jak najbardziej ludzcy i wiarygodni. Cieszy mnie, że to widać i czuć.
Raz jeszcze dzięki za miłe słowa i odwiedziny
Odpowiedz
~Halmar 6 m.
CptUgluk Kura nie ptica, Polsza nie zagranica, Ukraina też Rasija
Odpowiedz
z dużym wykopem
Mocne opowiadanie, bardzo emocjonalne. Podoba mi się sposób narracji, wciągający, budujący napięcie, do tego bardzo plastyczne opisy. Końcówka jest niemal mistyczna, chwyta za serce:

„Fiodor”, słyszę głos. „Już czas”."

Poza tym fajnie wykorzystałeś cytaty z Apokalipsy św. Jana. No i to powiązanie Czarnobyla z biblijnym piołunem - super!
Odpowiedz
Zdzislav Miało być mocno i emocjonalnie, więc cieszę się, że masz takie odczucia.
Na powiązanie Czarnobylskiej katastrofy z Apokalipsą trafiłem już kiedyś kiedyś. Pomyślałem, że wykorzystanie cytatów może nadać tekstowi nieco, jak to ująłeś, mistycznego charakteru. W takie coś celowałem i fajnie, że takie coś wyszło
Dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
z dużym wykopem
CZytanie tego opowiadania zaraz po opku Rithy, dało taki dziwny obraz dwóch światów - zderzyło się coś podobnego, ale zarazem odmiennego. Dobrze odzwierciedlone emocje i bardzo podobały mi się te wtrącenia pochyłym tekstem. Dobra robota Ugluku.
Odpowiedz
Adelajda ano, trafiły się nam podobne klimaty. Aleśmy jakoś wybrnęli
Dziękuję uprzejmie za dobre słowo i wizytację!
Odpowiedz
Cześć,

"byłem świadkiem wniebowstąpienia, samemu szykując się do przekroczenia bramy piekła." - celnie

"jakby nie mając odwagi dotrzymać nam kroku. Rzucane przez nas cienie zdawały się drżeć, jakby" - jakby mi śmiga za często

"Mimo strachu cieszyłem się, że obok mnie jest ktoś znajomy. Zawsze to raźniej ratować świat, gdy idzie się ramię w ramię z druhem. Przeżegnałem się." - świetna analiza odczuć. Widać, że wiesz o czym piszesz

Ryknęła syrena. Ruszyliśmy na spotkanie z „Maszą”. - genialny fragment. Dynamiczny. Rusza akcja.
I dalej to przeniesienie do teraźniejszości. Świetny zabieg!

"Poświęciłem się dla ciebie”, pomyślałem ze złością. Jednak prawie od razu mu wybaczyłem. To nie jego wina. Przerażenie przytępia zmysły." - oj, nie bierzesz jeńców

Najlepsze co u ciebie przeczytałam (po Pustostanach, które mnie położyły na łopatki). Tak, zdecydowanie jedno z twoich najlepszych dzieł!
Pozdrowionka





Odpowiedz
Ja piernicze, Ugluk... Czytałam i myślałam, że to Rithy... No, genialne opko. Rithy Pustostany były tak celne w kwestiach emocjonalno-uczuciowych. Masakra.

Świetnie napisałeś.
Odpowiedz
Agnieszka hah, no właśnie mnie te "Pustostany" zbiły z pantałyku na początku
Cieszę się, że opko Ci podeszło. Bardzo mi miło, dziękuję za dobre słowa i tę pomyłkę, którą odczytuję jako duży komplement
Zawsze miło Cię gościć
Odpowiedz
Twoje opowiadanie przeszło do drugiego etapu w tej edycji TW, gratulujemy
Zapraszamy do głosowania:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Pozdrawiamy
Zespół TW
Odpowiedz
z dużym wykopem
Nie czytałam jeszcze wszystkich opowiadań, ale... według mnie jackpot jest Twój
Odpowiedz
DarkStone bardzo mi miło to słyszeć! Oczywiście byłoby wspaniale, ale konkurencja jest bardzo silna, trudno wyrokować Niemniej pięknie dziękuję za dobre słowo! Miło było Cię gościć
Odpowiedz
z dużym wykopem
Najlepsze, co żeś utłukł i to tak o jedną długość przynajmniej.
Masz momenty, gdzie można przyjrzeć się nagromadzonym: byłem/był, ale opko sztosix
Odpowiedz
Canulas wielkie dzięki, Wodzu! Po tej edycji wycofam się z zabawy, żeby nie spartaczyć dobrego wrażenia
Momentów nie umiem do końca uniknąć. Mam jednak nadzieję, że udaje mi się nad nimi coraz lepiej panować.
Dzięki bardzo za odwiedziny. Wpadaj, kiedy chcesz!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Przeczytałam Rithę i jakoś z listy wybrałam Ciebie. Mam dość... Za słaby dzień na takie smutne opka, o ludzie jak wy haratacie po głowie człowiekowi...

Generalnie bardzo dobre, urywki biblijne wplecione świetnie.

Cała narracja dobra, czytało się z ... Niepokojem, strachem i jakimś zalążkiem nadziei...

Odpowiedz
SylviaWyka "wybrałam Ciebie. Mam dość" nie zwiastuje nic dobrego nie no, wiem, że to cięższy kaliber. Mimo wszystko dzięki, że wytrwałaś
Super, że wywołało emocje. Właśnie na taki efekt liczyłem. Miło, że zajrzałaś
Odpowiedz
z dużym wykopem
Gratulacje!! Super klimat !!
Odpowiedz
jacek79 bardzo dziękuję, jacku79
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.