online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
TW#2 - Slaszer
<
Przeszywacz - (#cod) #28
>
Tagi: #TW #Liga #JestemRomantyczny

TW#1 - (Bez)owocni

  

 Marok, oto Twój zestaw:

 Postać: Byt z tornada

 Zdarzenie: Zmartwychwstanie faraona

 Efekt: 91. W Twoim opowiadaniu pojawia się romantyczna scena.

 

 

  Zanim głośniki umilkły po trzech seriach Beethovena, Jean poczuła, jak jelita skręcają się proteście przeciwko kolejnym daniom. Dwie godziny temu przysięgłaby, że nic nie stanie na przeszkodzie, aby zapamiętała ten wieczór całkiem miło. Tymczasem musujące wino w kieliszku przed nią powoli zmieniało się w szlam, który wypije z największym trudem, a kolejne potrawy będą wyrokiem, od którego nie ucieknie. Nick za to bawił się świetnie. Restauracja, w której siedzieli, od dawna interesowała go jako fajny wypad na wieczór. W słowniku Nicka „fajny” było synonimem „romantyczny”. Ta skrupulatna, pielęgnowana przez samego zainteresowanego niedojrzałość miała swoje zalety. Była urocza, na swój sposób i... na pewno było coś jeszcze. Jean nawet próbowała, szczerze i bez przymusu po dwóch godzinach milcząco-naiwnej gadki-szmatki utrzymać na twarzy, choć delikatny uśmiech. Sama straciła rachubę kiedy kąciki ust opadły zmieniając karminowy półksiężyc w bladą podkówkę.

 — Nie smakuj ci? — spytał Nick, oblizując po raz trzeci widelec.

 — Nie, pewnie, że nie. Jest pyszne, wszystko. Po prostu...

 — Znudziły ci się już przystawki? — Jego uśmiech nie zwiastował niczego dobrego. — Nie martw się. Za chwilę wjadą dania główne. Tutaj podają zawsze największe porcje.

 Oddałaby wszystko, żeby ktoś z gości podszedł do ich stolika i ze stoickim spokojem oznajmił, że to żart. Ponury, nieśmieszny i w stylu Nicka, ale jednak – żart.

 Pierwsze danie główne pojawiło się na stole niedługo po serii niezrozumiałych dla Nicka spojrzeń ze strony Jean. Wysoki, kościsty kelner z kamiennym wyrazem na nieludzko geometrycznej twarzy postawił pomiędzy dwójką „zakochanych” półmisy z mięsem otoczonym warzywami we wszystkich kolorach tęczy.

 — Na pewno będzie ci smakować — zapewnił chłopak, upewniając się, że kelner jest wystarczająco daleko. — Dziwny jakiś, wyglądał jak egipski faraon z jakiejś kreskówki.

 — Nie zwróciłam uwagi — Spuściła wzrok, wbijając go w parujące przed nią jadło. Próbowała sobie przypomnieć czy oprócz beztroskiej naiwności było coś więcej, co urzekło ją w gościu siedzącym naprzeciw i wkładającym do ust kolejną porcję mięsa, mimo że wcześniejsze powoli zaczynały się z nich wyślizgiwać.

  Odeszła od stołu bez słowa. Nick zdawał się w ogóle nie zwracać na to uwagi. W połowie drogi do toalety przyśpieszyła kroku. Zamknęła za sobą drzwi nie zauważając wypindrzonej laluni wyglądającej, jak słabo opłacany klaun uliczny. Kobieta nie czekała na słowa przeprosin. Gdy drzwi zatrzasnęły się przed jej nosem, pierwotny instynkt przełączył wajchę. Nie było to skomplikowane, bo miała tylko dwa tryby: uśpiony i aktywny. Do środka wręcz wpadła, o mało nie zaliczając bolesnego pocałunku z lśniącą błękitem, szachownicą płytek. Zatoczyła się z wyraźnym wychyleniem ku przodowi, po czym jeszcze w trakcie łapania równowagi wymierzyła w Jean coś na kształt prawego sierpowego o wyjątkowo krótkim łuku, za to z widocznym, prostym jak drut przedłużeniem jednego z końców. Cios dosięgnął jedynie czubka nosa potencjalnej ofiary. Jean w porę cofnęła się o pół kroku, muskając pośladkami zimną umywalkę. Zanim wypindrzona lafirynda zebrała manę na ponowny cios,  Jean odbiegła z przegranej pozycji, jednak była zbyt wolna. Gdy złapała za klamkę drzwi środkowej kabiny, poczuła pulsujący ból na lewej łopatce. Kolejny pseudosierpowy dosięgnął celu.

 — Będziesz lizać juchę z podłogi, suko! — usłyszała, słaniając się na nogach. Cuchnąca szczynami klamka była ostatnią deską ratunku przed niechybnym upadkiem. Mroczki przed oczami szalały jakby nakręcone gorącymi rytmami samby.

 — Znamy się? — Pytanie nawet w momencie gdy szybko kalkulowała możliwości jego wypowiedzenia, wydawało się idiotyczne, ale uznała, że da jej kilka sekund na kolejną część wielkiej improwizacji.

 — Znasz już się z moją pięścią, cukiereczku. To i tak dużo jak na szmatławca twojego pokroju. — Zawiesiła w powietrzu prawą nogę, mierząc wzrokiem najlepsze miejsce do ataku. O dziwo zabrało jej to dużo czasu. Dylemat pomiędzy darmową usługą upiększenia twarzy a spontanicznym krwotokiem wewnętrznym jamy brzusznej. — Masz chłopa?

 — Jeszcze — jęknęła. Nadal wspiera się na klamce, ale czuła, że siła w nogach rośnie. — Dlaczego to robisz?

 — Ten cud medycyny estetycznej kosztował mnie sporo forsy — Wskazała na nienaturalnie wyprofilowany nos wyglądający jak skradziony z muzeum figur woskowych. Zarzuciła gęsty pukiel blond grzywy z lewego barku na prawy.

 Jean szykowała już kolejne pytanie, ale widok sinych chmur za oknem pędzących po popołudniowym niebie zatrzymał ją na etapie formowania myśli.

 — Nakopie ci do dupy, a potem odejdę. Zawsze tak robię. — Kobieta ponownie uniosła nogę. Tym razem poszła już o krok dalej. Kreśląc stopą kółka, nabrała powietrza w płuca jakby zbierała życiodajną energię emanującą wokół niej...

 

 

 ******

 

 

  Nick kończył oblizywać ostatnią wykałaczkę, na którą nabity był rulowany, grillowany bekon w ostrej korzennej marynacie. Siedem nietkniętych sztuk na półmisku Jean stygło, a właściwie to trzęsło się już z zimna. Chłopak popatrzył na nie smutnym wzrokiem. Był szczerze poruszony ich losem. Gdy były ciepłe, przynajmniej te jego, smakowały jak boski afrodyzjak. Nie wiele myśląc, chwycił jednego, potem kolejnego i jeszcze dwa na dobitkę, przed pierwszym na tej kolacji amuse-bouchem. Nie myślał już o Jean. Gdzieś podświadomie uznał, że jest tylko dodatkiem, który niekoniecznie poprawi ten wieczór. Sam ze sobą czuł się równie dobrze a może lepiej. Kiedy, obgryzając kolejny bekonowy szaszłyk, spojrzał mimowolnie w stronę toalet, zauważył że przed drzwiami ustawiła się kilkuosobowa kolejka sfrustrowanych facetów i pokornie znoszących udrękę czekania kobiet. Restauracja stawiała na toalety koedukacyjne, sprzyjające zacieśnieniu relacji damsko-męskich w sferze intymnej, nierzadko kończących się na zabawach kabinowych.

 — Może kieliszek białego wina? Mamy najlepsze i jednocześnie najtańsze roczniki. Wszystkie tegoroczne — Kelner-faraon nachylił się lekko nad Nickiem, manifestując tym po części swój ponadprzeciętny wzrost. Sztuczny uśmiech nie pasował do przepełnionej geometrią twarzy.

 — Nie, nie chcę. Macie sok jabłkowy?

 — Niestety, mamy tylko lemoniadę wyskokową na bazie szampana.

  Nick posmutniał i napchał do ust spory kęs rolowanego boczku, po czym jakby nigdy nic zignorował kelnera, odwracając głowę na ulicę. Sine kłębowiska chmur sunęły po niebie. Zbliżał się wieczór. Ulica coraz bardziej pustoszała. W tej dzielnicy nocne spacery były równoznaczne z przyzwoleniem na ponownie rozdziewiczenie. Na starym parkometrze przy chodniku obok restauracji ktoś zawiesił brązową, zmechaconą torbę. Była pusta. Wyszyty na zielono napis nie był wystarczająco czytelny. Nick zmrużył oczy, jeszcze bardziej ignorując stojącego obok kelnera, którego konsternacjometr niebezpiecznie tracił skalę.

 — Pańska... żona... nie ma jej dłuższy czas. Wszystko w porządku. Kolejka do toalety nadal rośnie, a ona chyba nie zamierza wyjść w najbliższej przyszłości.

 — Nie wiem. A kiedy odeszła?

 — Nie wiem, myślałem, że pan mi powie. Być może powinienem sprawdzić, czy aby na pewno wszystko z nią w porządku.

 Nick wzruszył ramionami.

 — Obojętne. Mamy fajny wieczór. Spędzamy go wspólnie. Wróci, jak obliżę dokładnie ostatni talerz z deserem.

 Ich spojrzenia spotkały się w pewnym momencie. Nick omiótł wzrokiem ściętą na krótko blond szczecinę kelnera, po czym sięgnął po ostatniego szaszłyka. Jego pole widzenia skurczyło się do zaledwie jednej trzeciej tego czym dysponował normalnie. W myślach miał zupełną pustkę. Biła karta, która po chwili zaczęła nasiąkać korzenną wonią sosu. Owszem słyszał krzyki, najpierw stłumione, potem coraz głośniejsze, ale nadal rozmyte, ukryte za mglistą kotarą.

 

 

 *******

 

 

 ... BACH!... BACH!

  Wiecie jak to jest kiedy kawałki rozpędzonego klozetu rozorywają wam twarz? Nie? Pewnie boli jak cholera, ale nasza wymalowana lala nie zdążyła potwierdzić mojej wersji. Gdy pierwszy odłamek dotknął jej prawego policzka, był precyzyjny niczym skalpel w rękach światowej klasy chirurga. Kolejne dwa sięgnęły lewego przedramienia i dolnej szczęki. Nawet gdy została wyrwana z zawiasów, kobieta  żyła. Dopiero gdy ostatni odłam zaliczył z nią krwawe czółko padła nieprzytomna na nie tak już lśniące płytki.

  Siła uderzenia odrzuciła Jean w stronę umywalek. Zatrzymała się na jednej z nich, nie ponosząc jednak większych tego konsekwencji. Spojrzała nerwowo w stronę częściowo już pod gruzami pudernicy. Jej klatka piersiowa poruszała się nierówno by w końcu ostatni raz opaść.

 W toaletę wbił się Chevrolet Tahoe rocznik ‘97. Za kierownicą nie było nikogo. W powietrzu nadal unosił się kurz z gruzowiska utrudniający widoczność. Na zewnątrz słychać było serenadę klaksonów. Chaos. Jeden wielki burdel, który wybuchł jakby od pstryknięcia palcem. Upatrzyła drogę do wyjścia. Drzwi były uchylone. Nie zamierzała czekać, tak samo jak mężczyzna który pojawił się obok niej. Mogłaby przysiąc, że to kelner, który podawał im posiłki. Był jednak ubrany zupełnie inaczej. Strój egipskiego faraona aż kipiał od złotych ozdobników, które na tle opalonej skóry i białych szat dodatkowo się wyróżniały.

 — Bogowie są we mnie silni — powiedział, uśmiechając się nieznacznie. Mimo dostojnej postawy wyglądał, jakby bywał w tej toalecie co najmniej dwa razy w tygodniu. — Nie bój się. Ubóstwiaj mnie, albowiem wszystkie zrządzenia losu kazały ci przeżyć moje najście. — Wskazał ręką na wyrwę w ścianie gdzie spoczywał zagruzowany Tahoe. Za nim rozciągał się krajobraz kataklizmu, teraz idealnie widoczny gdy kurz opadł całkowicie. Purpurowe niebo pełne rozedrganego ptactwa było tłem dla sunącego bez zahamowań tornada. Przyobleczony w błękitne błyskawice żywioł gnał przez ulice miasteczka, podrywając kolejne domy i część KFC wraz z zapełnionym autami parkingiem. Jean cofnęła się instynktownie, macając za jakimkolwiek orężem na tyle mocnym, aby ogłuszyć napastnika.

 — Nie chciej mnie zranić, ani tym bardziej zgładzić. Zważ, że pozwoliłem ci przeżyć. — Wyciągnął ku niej dłoń, w której trzymał banknot stu dolarowy. Ludzkie kobiety lubią te ozdobne papirus. Weź, niech będzie moim zadośćuczynieniem.

 — Ty również wyglądasz na człowieka — powiedziała, odbierając stówę i chowając do kieszeni. — Jesteś kimś w rodzaju faraona.

 — Tak na mnie mówią. I zawsze gdy się tu pojawię, właściciele tego nędznego przybytku wrzeszczą pod niebiosa: Faron Zmartwychwstał!

 — A nie jest tak?

  Nim zdążył odpowiedzieć, kątem oka spostrzegł cień nadchodzący z wnętrza restauracji. Wyciągnął w jego stronę obie dłonie i przywołując dziwne, nieartykułowane dźwięki sprawił, że błyskawica z wnętrza tornada dosięgła postaci w drzwiach. Jean od razu poznała ten jęczący głos.

 — Nick! — krzyknęła, podbiegając do rannego chłopaka. Połowa jego klatki piersiowej została częściowo spalona. Smród palonej skóry unosił się po korytarzu. Jean przyklękła, po czym spojrzała z wyrzutem na faraona. — Dlaczego to zrobiłeś?!

 — Czyż nie miałaś zakończyć tej farsy już dawno temu?

 — O czym ty mówisz? — Otarła pierwsza kilka łez, nie odrywając drugiej dłoni od głowy Nicka. 

 — Pytanie brzmi: O czym ty... myślisz? Drzewo nierodzące owoców jest bezużyteczne. Tak czy inaczej, nie zamierzałem go oszczędzać. Jego myśli są podobne do twoich.

 Przeszedł o nich dumnym krokiem, na koniec omiatając gardzącym wzrokiem konającego Nicka.

 — Ludzie... wam nie dogodzisz.

 Kiedy zobaczył znajomego Jean kelnera, rzucił mu się w ramiona. Obaj trzymali się w objęciach dobre pół minuty, po czym wspólnie podeszli do w miarę niezniszczonego stolika.

 — Bracie — powiedział faraon.

 — Bracie — odpowiedział z uśmiechem kelner.  

11871 zzs

Liczba ocen: 6
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 91

Dodano: 2021-03-14 21:44:27
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
Jest i nero cavallo, będę tutaj za kwadrans, Maestro
Odpowiedz
*Ritha 4 m.
z dużym wykopem
Marok Nie wiem jak to skomentować, by zawrzeć wszystko, co czuję po lekturze. Może w punktach.
1. Dopracowałeś technikalia lepiej niż zwykle, super.
2. Kadry są obrazowe, wszystko się pięknie w głowie wyświetla.
3. Jest pomysł i panowanie nad "kamerą". Podobają mi się przeskoki od bójki w toalecie na zamulonego Nicka przy stoliku.
4. Narracja jest staranna, zdania dopracowane pod kątem językowym (masz barwne porównania).
5. Mieścisz się w limicie, o kurwa, nie wierzę. Serio się da? Czterdzieści siedem osób ma z tym problem.
6. Najważniejsze - jest szalone, szalone, szalone. Żywe i szalone.
Kupiło mnie.
Odpowiedz
*marok 4 m.
Ritha ale mnie wypunktowałaś. Dzięki
Odpowiedz
Hello,

" — Nie smakuj ci? — spytał Nick, oblizując po raz trzeci widelec." - literówka smakuje

" — Nie zwróciłam uwagi — Spuściła wzrok, wbijając go w parujące przed nią jadło. " - kropka po uwagi

Ale akcje rozkręciłeś

" Jean szykowała już kolejne pytanie, ale widok sinych chmur za oknem pędzących po popołudniowym niebie zatrzymał ją na etapie formowania myśli." - padłam

Fajna, żywiołowa akcja, humor, do tego widać, że starałeś się dopieścić każde zdanie.
Pozdrowionka




Odpowiedz
*marok 4 m.
Agnieszka dzięki bardzo
Odpowiedz
Twoje opowiadanie przeszło do drugiego etapu w tej edycji TW, gratulujemy
Zapraszamy do głosowania:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Pozdrawiamy
Zespół TW
Odpowiedz
z wykopem
O kurcze, tak się zastanawiałam, jak od romantycznej randki dojdziesz do faraona. Wyszło fajnie, ciekawie i wielce szalenie.
Porządnie opisane ze szczegółami.
Odpowiedz
*marok 4 m.
SylviaWyka dziękuję
Odpowiedz
z wykopem
Zaskoczyło mnie to opowiadanie, trochę szalone. Nie, przepraszam, mocno szalone. Do pewnego momentu sądziłem, że pociągniesz temat obżarstwa Nicka i całość zakończy się czymś w rodzaju montypythonowskiej cienkiej jak płatek miętowej czekoladki i Gastona z wiaderkiem, a tu, kurczę, nie dość, że kobity rozmawiały ze sobą za pośrednictwem fruwającej muszli klozetowej, to jeszcze faraon z ułańską fantazją wjechał w samo centrum wydarzeń Fajne, wesołe.
Odpowiedz
*marok 4 m.
Zdzislav dzięki Ale szalone wizje bez żadnej trzymanki zachowam na teksty pozakonkursowe dla zdrowia czytelników
Odpowiedz
Zdzislav ha, też miałem skojarzenie z grubasem od Pythonów Ten legendarny miętowy płatek i jego konsekwencje...
Odpowiedz
z wykopem
"Zanim wypindrzona lafirynda zebrała manę na ponowny cios"
"Siedem nietkniętych sztuk na półmisku Jean stygło, a właściwie to trzęsło się już z zimna" znów

Hah, panie Marok, trochę się bałem, że ten zestaw może Ci namieszać, ale widzę, że zupełnie niepotrzebnie Ogarnąłeś temat z charakterystyczną dla siebie nutką szaleństwa
Podobają mi się Twoje opisy i humorystyczne wstawki. Dzięki nim człowiek płynie przez tekst i z ciekawością wyczekuje, co go spotka dalej. Fajne
Odpowiedz
*marok 4 m.
CptUgluk dziękować
Odpowiedz
z dużym wykopem
No, no, no, bardzo dobry tekst marok. Świetne opisy, sama przyjemność z czytania.
Odpowiedz
*marok 4 m.
Ogonisko dzięki
Odpowiedz
z wykopem
Helloł

"Nie smakuj ci? — spytał Nick, oblizując po raz trzeci widelec." - smakuje

"Nie wiele myśląc, chwycił jednego, potem kolejnego i jeszcze dwa na dobitkę," - niewiele


Tekst, o nowino, dziwny. Taki... Twój. Pierwiastek wspólny-zauważalny. Były momenty, że mi się podobało, były takie, które mnie umęczyły. Nie wszystko zrozumiałem, ale na pewno widać narracyjną staranność i miejscami bardzo fajną, niestandardową budowę zdań
Odpowiedz
*marok 4 m.
Canulas czuję, że forma jeszcze nie tak. Oby się rozkręciło. Dzięki
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.