online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Krucjata Baśki cz.7
<
TW#1 Taniec życia Xianmei* na Ziemi
>
Tagi: #fantastyka #sciencefiction #komedia

Krucjata Baśki cz.6

 Krucjata Baśki cz.5: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6796

 

 

 – Leże se i kwicze se, oł jeee… – leżała na pryczy i ćwiczyła głos. Wpatrzona w sufit, zamilkła na moment, jakby nie mogąc się zdecydować jaką rytmikę nadać tej swojej twórczości. Wahanie nie trwało jednak długo i po chwili Baśka ponownie kontynuowała swoją beztrosko brzmiącą piosenkę, wspominając jednocześnie swoje początki na Oddziale Odwykowym.

 

 Orbitalny Szpital, sunący wokół Marsa peryferyjnym korytarzem, nie należał do elity wśród placówkach medycznych, ale też i pani Szczepanowska nie uchodziła za przedstawiciela jakiejś znamienitej arystokracji. Trafiła tu w wyniku decyzji podjętych przez Komandora Czarneckiego, które zostały jej przedstawione przez oficera, któremu z jakichś powodów asystował uzbrojony po zęby żołnierz.

 Decyzja ta, w wersji zapamiętanej przez Baśkę, brzmiała mniej więcej tak: „Mając na uwadze dokonania pani Szczepanowskiej oraz jej wkład w obronę terytorialną bla, bla… zarządza się, co następuje: bla, bla… sto dni prac społecznych, bla, bla… i nakazuje poddanie leczeniu odwykowemu pod rygorem natychmiastowej wykonalności. W przypadku nie zastosowania do wyżej wymienionych nakazów bla, bla… jak również nastąpi uchylenie licencji na wykonywanie działalności górniczej. No i kurwa, kropka".

 Zatem, uzbroiwszy się w odpowiednie do sytuacji pokłady wkurwu, pani Szczepanowska documowała do pomostu parkingowego i butnie wkroczyła na teren Szpitala. Już po pierwszych krokach, przekraczając ramiona śluzy, na bieżąco informowała bliżej niezidentyfikowanych słuchaczy o swoich spostrzeżeniach.

 – Ale chujnia! I tu też to samo. A tam to dopiero – rzucała z obrzydzeniem, rozglądając się i maszerując pasażem lecznicy. Potężna konstrukcja skrywała w swych bebechach kilkadziesiąt oddziałów medycznych, z których „Odwyk” zaliczał się do najmniej elitarnego. Archaiczne prycze, proste umeblowanie, smętni lekarze w kitlach poruszający się wśród smętnych pensjonariuszy, sprawiających wrażenie smętnych, a jakże, zjaw z podkrążonymi oczami – taki widok powitał panią Szczepanowską.

 – A do tego jeszcze te sto dni prac społecznych! – Przypomniała sobie nagle. – Co ja, kurwa mać, jakiś jebnięty filantrop jestem?! – ryknęła, nie przerywając jednak marszu wśród nieco zszokowanego jej zachowaniem personelu. – Chcecie ze mnie zrobić kozła ofiarnego?! Tego chcecie?! Tego?! – kontynuowała niezrażona wywoływanym zainteresowaniem. – Mam być przynętą na piratów? Albo lepiej, bo na jakichś zjebanych ufoludków? Myślicie, że można mnie rozsmarować po podłodze, tak?! – Złościła się, wzbudzając coraz większą uwagę mijanych pacjentów, jak i personelu medycznego. – Ale nie pójdzie wam tak łatwo. O, nie! – zakrzyknęła i machnęła ręka w powietrzu. – Tak się zaangażuje w robotę, że się kurwa zdziwicie! – grzmiała, maszerując zapamiętale korytarzami szpitala. – Jeszcze wam w pięty wejdzie moja pomoc! – Zagroziła wyimaginowanemu rozmówcy machając pięścią w powietrzu. – Błagać mnie będziecie, żebym się odjebała…

 – Słucham? Pomóc w czymś? – Pielęgniarka, zaniepokojona monologiem i nieskoordynowanymi ruchami kobiety o podejrzanym wyglądzie, niemal cała wychyliła się zza szyby okienka rejestracji.

 Baśka natychmiast przystanęła i udzieliła wyczerpującej odpowiedzi.

 – Nie słucham, tylko Baśka Szczepanowska! I nie pomóc, tylko się odjebać!

 – Ah tak, rozumiem. Pani Szczepanowska. Faktycznie, dostaliśmy ostrzeżenie… to jest, informację – szybko się poprawiła – o pani przybyciu.

 

 Kolejne dni na Oddziale Odwykowym na szczęście wpłynęły, w jakimś przynajmniej stopniu, na wyciszenie pani Barbary. I choć wszystko wskazywało na to, że leczenie przebiega bezawaryjnie, personel medyczny starał się nie wchodzić zbyt często w drogę, energicznej z natury, pani Basi. Zwłaszcza że ta nad wyraz świetnie odnalazła się w zaistniałych warunkach i już po dwóch dniach pobytu udało jej się wejść w tajemnicze konszachty z Ordynatorem, w wyniku których Oddział wzbogacił się o dodatkowe „środki odkażające”, a pani Szczepanowskiej szybko przydzielono osobny pokój, dodatkowe racje żywnościowe, nielimitowane tivi. Nie musiała też chodzić w piżamie, a jako gratyfikacja za bezproblemowy pobyt, mogła liczyć na wizyty fryzjera, rehabilitanta-masażysty, czy nawet manikiurzystki.

 

 Dwa tygodnie w izolacji od wszelkich trunków i świata w ogóle, nie pozostawało bez wpływu na jej psychikę. Niemniej, w opinii lekarzy trzymała się dzielnie, odważnie stawiając czoła bezalkoholowemu wyzwaniu.

 W trzecim tygodniu nastąpiło pewne zachwianie w wyluzowanym stanie psychicznym pani Basi, czego widomym znakiem było limo pod prawym okiem pana Mariana.

 – Sie odpierdol mi powiedziała. – Pan Marian starał się wiernie odtworzyć bieg wydarzeń, skrobiąc się przy tym po łysiejącej głowie. – A potem… – Zamyślił się nieco. – A potem, zobaczyłem ciemność. – Zakończył obrazowo.

 – Chuj capnął mnie w tyłek, to go capnęłam w ryj i tyle w temacie! – Pani Basia natychmiast zripostowała, bo nie lubiła niedopowiedzeń, i na tym zakończono wyjaśnianie tej sprawy.

 W związku z incydentalnym charakterem tego zdarzenia, nie wpłynęło ono na ocenę końcową postępów leczenia i po ośmiu tygodniach wyluzowana pani Barbara Szczepanowska, ku nieskrywanej radości personelu, opuściła mury Orbitalnego Szpitala.

 – Jeszcze tylko odbębnię te godzinki parafialne i tyle mnie będą widzieć. – Pozornie odmieniona Baśka cmoknęła na odchodnym i udała się w kierunku stacji orbitalnej, aby spełnić swój święty obowiązek.

 

 ***

 

 Nieskrępowanie ziewała, rozglądając się obojętnie po ciemnym pomieszczeniu jednej z dyżurek nawigacyjnych superjednostki Maczuga, do której ją skierowano. Pomieszczenie było niewielkie. Dominowały tu świetliste monitory, przy których służbę pełnili mniej lub bardziej przejęci swą rolą żołnierze. Skupieni na migotliwych wskazaniach, nie zwracali większej uwagi na Baśkę. Takoż i ona nie zawracała sobie głowy nimi. Wpierw stała więc w jednym miejscu. Potem przysiadła na kancie najbliższego biurka, a gdy pełniący tam służbę żołnierz dał jej do zrozumienia, że go to rozprasza, powstała z wymownym fochem i zaczęła spacerować, rozdzierając pikającą i szemrzącą od pracy urządzeń ciszę donośnym pogwizdywaniem. To zachowanie nieco przyspieszyło bieg spraw, bo eskapada Baśki między stanowiskami nawigacyjnymi nie trwała długo.

 

  – Przeczesywanie tego terenu – oficer oddelegowany do nadzoru nad działaniami Szczepanowskiej zakreślił dłonią koło na wizjerze – zacznie pani od tej strefy. Dokładne koordynaty prześlemy bezpośrednio na transportowiec. – Zatrzymał dłoń i odwrócił się przodem do Baśki. – To wszystko! Wykonać!

  – Jawohl, jawohl . – Ta machnęła lekceważąco ręką. – Czyli mam tam latać i sprzątać wszystkie antropogeniczne śmieci, jakie wpadną mi w łapy? – upewniła się jeszcze.

  – Sprzątać. Nie rozwalać torpedami – oficer uściślił i zirytowany, pokręcił głową.

  – A co ja, jakaś jebnięta jestem? Widzę różnicę – odburknęła, wprowadzając młodzieńca w jeszcze większą konsternację i nie czekając na odpowiedź, odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z kajuty.

 

 ***

 

 Pozwoliła mu sunąć powoli, na autopilocie, wśród strefy o sporym zagęszczeniu skalnych odłamków. Sama zaś trwała nieruchomo przy szperaczach, z najwyższą uwagą lustrując ich wskazania.

 Zbiorowisko planetoid, utrzymywane grawitacyjnym węzłem, lawirowało niespiesznie wytyczoną ścieżką wśród innych, porozstrzeliwanych w potężnych odległościach, niezliczonych okruchów Obłoku Oorta. Ona czuła jednak, tkwiąc w przekonaniu o bezbłędnym działaniu swego siódmego zmysłu, że to czego szuka, czai się gdzieś tutaj, przesłonięte którąś ze skał, lub zamaskowane w którejś z obecnych w nich jam.

 Trzeba to było tylko wywęszyć, a potem wykurzyć, obsmażone na patelni i dostarczyć Jejmości Maczudze – jak ironicznie nazywała Komandora Czarneckiego.

 Dopracowała szczegóły taktyki jeszcze podczas pobytu w szpitalu. Gdy podchodzono lekceważąco do jej obecności na Superjednostce Wojennej, i nieostrożnie rozmawiano w jej sąsiedztwie między innymi o strategii rozlokowania tajniaków, mających tropić pirackie watahy, pilnie nastawiała uszu. I pomimo sporej ilości alkoholu drenującego wtedy jej ciało, Baśka zapamiętała sobie co trzeba. W szpitalu miała dość czasu na udoskonalenie chytrego planu, który miał sprawić, że Jejmość Maczuga szybko pożałuje, że zaciągnął ją do tej roboty. Jej koncept był prosty jak świński ogonek i musiał się udać.

 – Jeszcze się taki tajniak nie narodził, którego by taki stary lis jak ja nie wytropił – rozmyślała chełpliwie, wpatrzona w monitory.

 Musiała tylko działać cierpliwie. I roztropnie.

 Tylko.

 

 – Cierpliwie. Roztropnie – mruczała jakby wypowiadała magiczną mantrę, odganiając nużącą inercję.

 Cisza, szemrząca pogłosem silników i szmerem wentylatorów, wyzierała z każdego kąta kokpitu. Szczepanowska była czujna i napięta, jak struna w gitarze, ale oddychała spokojnie. Nie pozwoliła, aby cokolwiek ją rozpraszało. Przyglądała się z wyczuloną uwagą każdej nowej rysce na wykresie amplitudy drgań planetoid, każdej nowej kropeczce, jaka wykwitła na monitorze. Wsłuchiwała w każdy nowy odgłos wygenerowany przez ultraczułe detektory, każde piśnięcie nowego punktowego wskazania, każdy…

 

 – Czego tu, kurwa, szukasz!

 Nagły ryk z gwałtownie rozbudzonego komunikatora i pisk alarmu sygnalizującego możliwość kolizji o mało nie przyprawił jej o zawał serca.

 – O żeż, ty chuju! – krzyknęła i w sekundzie doskoczyła do panelu sterującego, aby zrobić szybkie rozeznanie w sytuacji. Wyłączyła autopilota i odchyliła lekko tor lotu transportowca. Pisk alarmu kolizyjnego zamarł, ale Baśka, cała rozdygotana, wciąż nie zdołała dostrzec źródła dźwięku.

 Odbezpieczyła przednią torpedę.

 – Nie radzę! – dobiegło doń z głośnika, a zza skalnego odłamka począł wyłaniać się potężny, uzbrojony po zęby, ścigacz. Nie wyglądał na pojazd tajnego, wojskowego agenta.

 Baśkę, wpatrzoną w monitor wizyjny, oblał zimny pot i nieco zbladła, ale zachowała przytomny umysł.

 – Jeśli to żart, to wcale nie śmieszny – rzuciła w odpowiedzi, a z drugiego komunikatora nadała zaszyfrowane wezwanie pomocy do Floty Zjednoczonych Sił Kosmicznych.

 – Skoro już powitanie mamy za sobą, to przejdźmy do rzeczy. – Po mostku transportowca ponownie rozlały się dźwięk z komunikatora. – Chcielibyśmy się przyjrzeć pani załadunkowi.

 – Przepraszam, wy? Czyli kto? Bo chyba się nie znamy? – zagaiła, chcąc dać sobie czas do namysłu i na przybycie ewentualnej odsieczy. – Ja jestem Basia – uzupełniła przymile, jednocześnie analizując listę elementów mogących służyć do ewentualnej obrony.

 – A ja pan, kurwa, pirat. I to musi ci wystarczyć... Basiu. Otwieraj hangar!

 – Ale Kurwa, czy Pirat? Bo nie wiem, jak się odnosić? – spytała kozacko i opuściła mostek.

  Odpowiedź, w postaci salwy torped wystrzelonej w kierunku transportowca, nie była dla niej zaskoczeniem. Pociski dosięgły molocha w chwili, gdy Baśka wchodziła do hangaru ze sprzętem górniczym. Wskoczyła do zabunkrowanej klitki, stanowiącej rezerwowe centrum dowodzenia podczas prac wydobywczych i załączyła roboczy panel sterujący.

  Mając na uwadze wzmocnienia kluczowych elementów transportowca, poczynione jeszcze przez Starego, lekkie drżenia i wstrząsy kadłuba, oraz odgłosy odległego huku nie zrobiły na niej większego wrażenia. Niemniej, nie zamierzała czekać bezczynnie, aż nadejdzie pomoc.

 Postanowiła powalczyć.

 W wyniku przyjętej strategii, nastąpiła rutynowa wymiana ognia – to jest, vet za vet, a to kilka torped w nią, a to znowuż ona kilka torped w nich – oraz wymiana niewyszukanych inwektywach, którymi wojowniczy adwersarze obrzucali się naprzemiennie.

 Przez wzgląd na odległości, dolot wzajemnie posyłanych sobie pocisków trochę trwał. Baśka więc, w tak zwanym międzyczasie, a to wzięła prysznic, przebrała się, robiąc przy okazji porządek w szafie, a to znów ucięła sobie drzemkę, coś tam przekąsiła i w końcu, po jakichś czterech godzinach zajadłej walki, postanowiła uczynić pewien krok, który, jak sądziła, pozwoliłby przechylić szalę zwycięstwa na jej korzyść.

 

12166 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnieszka
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 48

Dodano: 2021-03-17 10:57:13
Komentarze.
^Ozar 4 m.
z wykopem
Nie mogę , dali ją na odwyk. Jak widzę nawet to kobity nie złamało, dalej idzie do przodu jak czołg. Znowu ktoś ją napadł, a transportowiec spokojnie wytrzymuje ostrzał. Trochę to chyba zbyt różowe ale możliwe. Ciekawie to wszystko idzie i jak mi się wydaje masz talent do takich zabawnych tekstów.


Odpowiedz
Ozar hahaha dzieki za to, żeś mi zrobił ażżż taaakiii nalot czytelniczy
Super Bardzo się cieszę ))
Pozdrowionka
Odpowiedz
^Ozar 4 m.
Agnieszka No cóż musiałem bardzo szybko nadrobić zaległości, ale wcale nie żałuje, bo Baśka jest zajebista hahahaha.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.