online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Wspomnienie stanów zaprzeszłych
<
TW#2 – Małpi figiel
>
Tagi: #stalker #zona #amonalia #mutant #Czarnobyl

S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 10

 Link do części 9: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6992

 

 

  Moja cierpliwość i zdrowy rozsądek zostały wystawione na potwornie ciężką próbę w momencie, w którym odebrałem telefon od wspomnianego przyjaciela, Igora, wśród stalkerskiej braci znanego później jako Timon.

  Dowiedziałem się, że wkręcił się do Instytutu badawczego umiejscowionego przy Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia. Ojciec Igora, Wiktor Tymczuk był jednym z naukowców, którzy zajmowali się badaniem Zony praktycznie od samego jej powstania. Timon został przyjęty do pracy jako asystent w tym samym wydziale.

  Ta informacja spowodowała, że wnętrze mojej głowy zaczęło przypominać przygotowywany na patelni pop-corn, z tym że zamiast ziarenek kukurydzy pod moją kopułą podskakiwały chaotycznie i zderzały się ze sobą pytania i pomysły. Igor wiedział, że szukałem nowych wyzwań, nie raz rozmawialiśmy o Zonie, choć plasowało się to bardziej w kategorii marzeń niż rzeczywistości. Teraz jednak zdałem sobie sprawę, że dystans pomiędzy marzeniem i rzeczywistością zmniejszył się na tyle, że słowa te zaczęły się ze sobą scalać.

  Umówiliśmy się, że Timon będzie się ze mną dzielił informacjami o Strefie. Zdawałem sobie sprawę, że pracownicy Instytutu mieli kategoryczny zakaz wynoszenia poza kompleks wyników badań oraz uzyskanych w toku pracy informacji i rozpowszechniania ich, jednak mój przyjaciel doskonale wiedział, jak bardzo chciałbym zwiedzić Zonę, więc nawet nie musiałem go prosić o łamanie zasad poufności. Znaliśmy się od lat, ufaliśmy sobie i Timon wiedział, że nie użyję tych informacji w sposób, który mógłby komukolwiek zaszkodzić.

  Tak oto zacząłem regularnie otrzymywać świeżutkie wieści i doniesienia wprost ze Strefy Wykluczenia. Pozwoliło mi to studiować Zonę i stanowiło nieocenioną pomoc w przygotowaniach do najbardziej emocjonującej wyprawy życia.

  Po pewnym czasie, co z resztą uważałem za nieuniknione, Timon oświadczył, że chce eksplorować i badać Strefę od środka, empirycznie. Chłopak podobnie jak ja był fanem mocnych wrażeń, więc mimo iż dzielił nas spory dystans, to wykorzystywaliśmy każdą nadarzającą się okazję, by wspólnie zaliczyć wyjazd survivalowy czy postrzelać do siebie kulkami z farbą. Nie było więc dla nikogo szczególną niespodzianką, że Igor postanowił w końcu zapuścić się do Strefy.

  Mimo że jego ojciec nie był zachwycony tym pomysłem, to dobrze wiedział, że Zony nie można skutecznie poznawać, opierając się wyłącznie na teorii i informacjach otrzymywanych z zewnętrznych, nie zawsze sprawdzonych źródeł. Instytut potrzebował ludzi – pewnych, odpowiedzialnych i skłonnych do zaryzykowania dla wyższych celów.

  Tak właśnie mój przyjaciel na ochotnika, wraz z grupką innych „legalnych stalkerów” rozpoczął swoją przygodę w miejscu, do którego mogli wkroczyć nieliczni odważni. Ja z kolei dzięki temu dowiadywałem się nowych rzeczy i choć zżerała mnie zazdrość, że nie mogę być tam ciałem, chłonąłem bezcenne informacje otrzymywane z pierwszej ręki.

  Do Instytutu przyjmowane były przede wszystkim osoby z wykształceniem z różnych dziedzin nauki, ja niestety nie byłem ani zbyt utalentowany, ani też wystarczająco cierpliwy, by podążać drogą naukową. Na szczęście do Zony sami naukowcy chodzili rzadko i potrzebni byli im również ludzie, którzy tę brudną robotę mogliby za nich odwalać. Jak dla mnie sensowny podział – uczony w laboratorium, stalker w terenie.

  Timon jako solidny pracownik zaskarbił sobie zaufanie zwierzchników i jako że w Strefie było jeszcze mnóstwo rzeczy do zbadania, a Instytut cały czas potrzebował ludzi, przyjaciel obiecał mi, że będzie delikatnie, lecz uporczywie forsował moją kandydaturę.

  Codziennie czekałem na wieści. Wiedziałem, że jeśli się uda i dostanę zaproszenie na Ukrainę, będę musiał zostawić w Polsce aktualne życie, ale nie było to dla mnie dużym problemem. Praca z kumplem, która oprócz metody zarabiania na życie jest realizacją marzenia, zapewniającą regularne zastrzyki adrenaliny to było coś, nad czym nie musiałem zastanawiać się nawet przez sekundę. Formalnie również nie było problemu – obecne mieszkanie wynajmowałem, nie miałbym problemów nawet z nagłym wypowiedzeniem umowy.

  Pracowałem na strzelnicy sportowej, byłem też dorywczo instruktorem wspinaczki. Lubiłem te zajęcia, ale nie byłem do nich szczególnie przywiązany, mogłem zrezygnować bez większych trudności.

  W ogóle zawsze starałem się urządzić tak, żeby nigdzie nie przykuwać się na stałe żadnym łańcuchem. Wolałem być otwarty i gotowy na ewentualne zmiany, dlatego starałem się tak organizować sobie rzeczywistość, żeby w razie czego móc stosunkowo szybko i bezproblemowo spakować się i pomachać aktualnemu życiu na pożegnanie. Miałem jeszcze trochę oszczędności pochodzących ze sprzedaży odziedziczonego po ojcu biznesu, co dawało mi zabezpieczenie na wypadek nieprzewidzianych przestojów w sferze finansowej, ale też, powiedzmy sobie szczerze, umożliwiało mi spełnianie moich zachcianek i pokrywanie kosztów wyskoków, bez których nie mogłem żyć.

  Pewnego wieczora, gdy usiadłem do kolacji po wyjątkowo nużącym dniu pracy, zadzwonił telefon. Ziewając, podniosłem słuchawkę, ale gdy po drugiej stronie usłyszałem Timona, który z rozbawieniem w głosie mówi śpiewnie: „Zgadnij, kto jedzie na Ukrainę”, to o mało co nie wyskoczyłem z kapci. Zapomniałem o zmęczeniu, a wręcz poczułem, jak energia eksploduje w moim ciele, wypełniając je od ukrytych w śmierdzących skarpetach stóp, aż po sam czubeczek durnej głowy.

  Igor podał mi termin planowanego spotkania i rozłączył się. Było mało prawdopodobne, żebym szybko zasnął po tak emocjonującej rozmowie, od razu więc zabrałem się do planowania wyjazdu. Timon powiedział, że jeszcze nie jest to nic pewnego, będę musiał przejść testy psychologiczne i pozytywnie zaliczyć rozmowę kwalifikacyjną, ale ja nie brałem już pod uwagę innej możliwości. Jadę tam i dostaję tę robotę – to jedyna akceptowalna opcja.

  Pozałatwiałem sprawy i już kilka dni później siedziałem w pociągu. Na miejsce dotarłem dwa dni przed audiencją w Instytucie. Zatrzymałem się u Timona, który przyjął mnie w swych progach z otwartymi ramionami. Dzięki temu mieliśmy okazję nadrobić towarzyskie zaległości, a dodatkowo kumpel mógł przygotować mnie do rozmowy z przyszłymi szefami, najlepiej jak się da. Byłem podekscytowany i pewny siebie, wiedziałem, że nie może się nie udać. I miałem rację.

  W dniu wyznaczonego w Instytucie spotkania szybko się ogarnąłem i stawiłem na miejscu przed czasem. Rejestracja, obowiązkowe badania – wzrok, słuch, sprawność fizyczna, potem jakieś formularze i kwestionariusze do wypełnienia, a na końcu rozmowa z wyższą instancją – profesorem Olegiem Ilczukiem, który miał ostatecznie zadecydować o moim losie.

  Z tego, co mówił Timon, mój rozmówca i (miejmy nadzieję) przyszły pracodawca był naukowcem z krwi i kości – zdecydowanym, zmotywowanym i oddanym sprawie, a jednocześnie jako zwierzchnik był życzliwy i dbał o swoich podopiecznych.

  Podczas rozmowy starałem się robić dobre wrażenie. Myślę, że zapunktowałem wiedzą o Zonie, którą miałem się okazję wykazać podczas spotkania. Wiedziałem, że w procesie rekrutacyjnym mile widziane będą umiejętności, zarówno w zakresie obsługi broni palnej, jak i w kwestii przetrwania w trudnych warunkach. No i nieocenione okażą się oczywiście referencje od Igora Tymczuka – zaufanego pracownika Instytutu.

  Dodatkowym atutem była moja komunikatywność. Dzięki temu, że rodzice pochodzili z różnych krajów, a sam miałem okazję mieszkać i uczyć się w obydwu, potrafiłem płynnie mówić po polsku i po ukraińsku. Po rosyjsku też umiałem się dogadać – trochę się go uczyłem, ponadto wcześniej przez pewien czas pracowałem z Rosjaninem Ilią i dzięki naszym codziennym pogawędkom nabrałem wprawy. Języki „urzędowe” Zony miałem więc opanowane.

  Profesor podziękował i poinformował mnie, że odpowiedź dostanę w ciągu dwóch dni. Nie musiałem jednak tyle czekać – już nazajutrz rano rozwrzeszczał się telefon Igora, którego numer wpisałem w formularzu rekrutacyjnym. Zaproszono mnie do Instytutu na godzinę dziesiątą, więc szybko wciągnąłem śniadanie i z sercem bijącym w rytm szybkich kroków podążyłem na spotkanie.

  Zaproszono mnie do gabinetu profesora Ilczuka, gdzie ostatecznie dowiedziałem się, że moja aplikacja została rozpatrzona pozytywnie. Przyjąłem ten werdykt spokojnie i z godnością, tłumiąc radość i powstrzymując chęć serdecznego ucałowania uczonego. Otrzymałem instrukcję co do dalszego postępowania, po czym wyszedłem, a raczej wyfrunąłem z Instytutu na endorfinowych skrzydłach.

  Prędko popędziłem do mieszkania Igora, który szykował się właśnie do wyjścia i podzieliłem się szczęśliwą nowiną. Wpadliśmy sobie po przyjacielsku w ramiona i umówiliśmy na wieczorne świętowanie przy buteleczce wody ognistej, która akurat przy naszej profesji jest nie tyle dopuszczalna, co – oczywiście w kontrolowanych dawkach – wskazana.

  Ach, wspomnienia. Nie uważam się za jakiegoś mocno nostalgicznego typa, ale siedzenie w ciasnej, zamkniętej klitce przez dłuższy czas może wyzwolić w człowieku tendencję do rozmyślań i rozpamiętywania przeszłości. Tępo patrzeć w ścianę też można, ale po pewnym czasie się to nudzi.

 

 

 Link do części 11: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=7048

9242 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 51

Dodano: 2021-03-31 13:48:58
Komentarze.
^Ozar 4 m.
z wykopem
Ciężki i mroczny tekst. Gwałt na dziewięcioletniej dziewczynce to już przegięcie na całego. Ten twój świat wydaje się być z lekka zboczony a postacie łącznie z tą Pixi jakieś pozbawione normalnych uczuć. Nie dziwie się, że bohater odszedł. To wyzywanie od partyjniaków trochę dziwne bo nie wiadomo czy to jacyś władcy, czy może tak nazywasz po prostu tych, którzy tu rządzą. Z drugiej strony syn owych partyjniaków modlący się jest jakimś dziwakiem, bo takie rządy partii kojarzą się albo z komunizmem, albo z faszyzmem (no jeszcze hitlerowski nazizm).
Trochę tu brakuje ogólnego tła, który by wyjaśniał co i gdzie jesteśmy. Ostatnie zdanie też trochę dziwne, bo nie mamy żadnego odniesienia czyli jaka partia itd.
Ciekawie się czytało, choć tekst w zasadzie niczego nie wyjaśnia, a raczej sorka wygląda na kawałek wyciągnięty z większej całości, tak bez początku i końca. Jednak spokojnie można go dalej pociągnąć i wyjaśnić wszystkie problemy.
Odpowiedz
Ozar łups, to chyba nie do mnie komentarz :P
Odpowiedz
^Ozar 4 m.
CptUgluk Hahhahaha sorka to do Hiraeth !

Odpowiedz
^Ozar 4 m.
Kurdę miałem koment dla ciebie ale chyba wstawiłem do Hi. Kurka to jest tak jak sie pracuje i pisze na raz hahahaha. Jak znajdę to wrzucę, a jak nie napisze od nowa.
Odpowiedz
Ozar spooko, poczekam, nie pali się
Odpowiedz
"nie raz rozmawialiśmy o Zonie" - nieraz;
"co z resztą uważałem za nieuniknione" - zresztą;
Narracja nadal fajnie płynie, w sumie zaczynam lubić tego głównego bohatera, ma takie usposobienie, z którym łatwo nawiązuje się więź. Człowiek niby cieszy się, że oto spełnia mu się marzenie, ale gdzieś z tyłu głowy pozostaje myśl, że takie marzenia mogą go do grobu wpędzić. To jest fajna konfiguracja do śledzenia, bo można takiemu bohaterowi kibicować i równocześnie ganić go za głupotę czy naiwność. Otwierają mi się już różne opcje w głowie, zobaczymy, czy mam dobrą intuicję.
Odpowiedz
alfonsyna jak zawsze dzięki za wychwyt baboli
O jak się cieszę, że głównego bohatera da się lubić! W końcu to on ciągnie historię. Jeśli już na początku da się do niego zapałać sympatią, to jest to dla mnie bardzo budująca opinia. Też jestem ciekaw Twojej intuicji – czy uda mi się czymś zaskoczyć? I klasycznie - dzięki wielkie za wizytację!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.