online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 12
<
Wspomnienie stanów zaprzeszłych
>
Tagi: #stalker #zona #Czarnobyl #mutant #anomalia #artefakt

S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 11

 Link do części 10: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=7031

 

 

  Z leniwej zadumy wyrwało mnie trzaśnięcie ciężkich drzwi na korytarzu i zbliżający się odgłos kroków, które zatrzymały się tuż przed moją celą.

  – Pietrowicz, masz spotkanie – głos strażnika był przytłumiony przez dzielące nas grube stalowe wrota. – Ogarnij się, za dwie minuty masz być gotowy do opuszczenia celi.

  Nie miałem bladego pojęcia, o co mogło chodzić, przewertowałem w mózgu mój pękający w szwach wyobrażony grafik i nie znalazłem w nim zapisków o żadnym spotkaniu.

  Pomyślałem sobie, że może chodzi o cykliczną kontrolę lekarską – zanim tacy jak ja trafili do normalnego, regularnego więzienia musiał minąć ustalony okres izolacji. Takie procedury wymyślono, żeby upewnić się, że wizyta wyciągniętego z Zony stalkera w zakładzie penitencjarnym nie będzie stanowić zagrożenia dla współwięźniów i pracowników danego ośrodka. Ludzie byli w strachu, że mogliśmy przywlec ze Strefy coś paskudnego. Co prawda nie słyszałem o żadnych pasożytach czy chorobach, które można by było tam złapać (oprócz choroby popromiennej rzecz jasna), ale władze wolały dmuchać na zimne.

  Jednak kontrole lekarskie odbywały się zawsze zgodnie z wcześniej zaplanowanym harmonogramem i czułem, że to nie wizyta doktora była powodem tajemniczej audiencji. Nie miałem żadnych krewnych ani znajomych, którzy chcieliby mnie odwiedzić za kratkami, więc to też nie to. Kolejne przesłuchanie? Również nie wydawało mi się to prawdopodobne – podczas kilku wyczerpujących sesji odbytych niedługo po aresztowaniu wszystko wyśpiewałem i wyznałem swoje grzechy, a po każdej takiej spowiedzi miałem wrażenie, że mój biedny mózg został przepuszczony przez jakiś magiel. Czemu lub komu więc zawdzięczałem niespodziewane spotkanie? Dobra, nie ma co przegrzewać głowy, pewnie i tak bym nie zgadł.

  Wciągnąłem koszulkę w spodnie, odlałem się, wypłukałem usta kranówką i czekałem na strażnika. Za chwilę wszystko miało się wyjaśnić.

  Gdy wrócił klawisz, ja już grzecznie czekałem przy wyjściu z celi, pękając z ciekawości i niepokoju. Mundurowy otworzył drzwi, założył mi kajdanki i poprowadził długim korytarzem. Zatrzymaliśmy się, przed biurem naczelnika. Strażnik otworzył drzwi i puścił mnie przodem. Jak tylko przekroczyłem próg i zobaczyłem, kto oczekuje w środku, poczułem nagłe ssanie w żołądku.

  Profesor Oleg Ilczuk – mój były pracodawca we własnej osobie siedział przy biurku i patrzył na mnie zza swoich wysłużonych okularów. Jego nieruchoma twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji. Czułem za to, że moja facjata świetnie obrazowała stan zwany potocznie „zmieszaniem”, okraszony dodatkowo jeszcze dwiema szczyptami, nie, nie szczyptami. Dwiema garściami wstydu.

  Było mi trudno spojrzeć uczonemu w oczy. Wiedziałem, że srogo zawiodłem jego zaufanie. Jednak nie to było najgorsze. Widok uczonego przypomniał mi ciąg wydarzeń, który od spokojnego i niezapowiadającego niczego złego początku, poprzez tragiczną kulminację doprowadził mnie finału w miejscu, w którym znajduję się teraz. Kurtyna opadła, a ja zostałem za nią sam, rozbity i targany wyrzutami sumienia. Jak się miało okazać, przedstawienie nie było zakończone, a dla mnie miał się właśnie zacząć drugi akt.

  Profesor skinął głową do eskortującego mnie strażnika i już po chwili zostaliśmy sami w gabinecie. Nie wiedziałem, o co może chodzić, czułem jednak w kościach, że kroi się coś grubszego. Ilczuk wskazał mi stojące w pewnej odległości od biurka krzesło.

  – Usiądź, proszę.

  Wykonałem polecenie i czekałem na dalsze wskazówki. Uczony jeszcze przez parę sekund przyglądał mi się w milczeniu, jakby zastanawiał się jak zacząć rozmowę. Po chwili przemówił.

  – Zwracam się do ciebie w imieniu Instytutu, a konkretnie nowo utworzonej komórki, którą mam zaszczyt kierować. Przypuszczam, że nie orientujesz się, co dzieje się na zewnątrz?

  Potrząsnąłem głową. Znów chwila milczenia.

  – Źle się dzieje Dawidzie, Zona wymyka się spod kontroli. O ile w ogóle możemy mówić o jakiejkolwiek kontroli.

 Ilczuk był śmiertelnie poważny. Wyglądał na spiętego i założę się, że pojęcie spokojnego snu było mu ostatnio obce. Uczony kontynuował:

  – Od niecałych trzech tygodni jej ekspansja przebiega szybko i chaotycznie. Emisje są coraz silniejsze i częstsze niż dotąd. Ostatnio zdarzyły się dwie w ciągu doby, wcześniej to było nie do pomyślenia. Zresztą, kurwa, cała sytuacja ze Strefą jest nie do pomyślenia.

  Profesor potrząsnął głową i robiąc głęboki wdech, poprawił okulary. Rzadko tracił panowanie nad sobą, więc jego zachowanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że faktycznie sytuacja musi być nieciekawa. Mówił dalej:

  – Do niedawna Zona trzymała się raczej swoich granic. Teraz mutanty częściej pojawiają się na skraju, również te, które nie miały w zwyczaju zapuszczać się na obrzeża Zony. A i anomalie przesuwają się niebezpiecznie blisko granicy. Ostatnio wojsko musiało wycofać posterunki, bo okazało się, że jeden z szeregowych wdepnął w Karuzelę. Wyobrażasz sobie? Tuż pod naszym nosem, na samym skraju wyrosła anomalia grawitacyjna. Minęło dopiero osiemnaście dni, a każdy dzień przynosi nowe rewelacje.

  Patrzyłem na uczonego, nadal nie mając pojęcia dlaczego wezwał mnie do gabinetu naczelnika, bo raczej nie po to, żeby po starej znajomości wypłakać mi się w ramię. Ilczuk jakby czytając w moich myślach, przeszedł do rzeczy.

  – Wezwałem cię tutaj, bo mam dla ciebie ofertę. Pomożesz mnie, a ja pomogę tobie. Chodzi o misję w Zonie.

  Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Tego się kompletnie nie spodziewałem.

  – Wiesz, że za twoją lekkomyślną akcję grozi ci kilka, do kilkunastu lat więzienia, więc nie będę ci tego ponownie tłumaczył. Wytłumaczę ci natomiast, jak możesz zamiast tego zyskać wolność i przysłużyć się światu. Czy jesteś zainteresowany?

  Szczerze muszę przyznać, że brałem pod uwagę różne scenariusze, ale coś takiego do głowy mi nie wpadło. Nie wiedziałem jeszcze, o co konkretnie chodziło, ale nie jestem głupi – jeśli stawka jest tak wysoka to i zadanie z pewnością będzie karkołomne. Moje wątpliwości budził dodatkowo fakt, że mając do dyspozycji zaufanych ludzi, Ilczuk zgłasza się do mnie – byłego podwładnego, a aktualnie gościa odsiadującego wyrok. Zwłaszcza po tej niefortunnej akcji sprzed półtora roku, w wyniku której ja straciłem wolność, a mój najlepszy przyjaciel – życie.

 

 ***

 

  Z Timonem współpracowało mi się bardzo dobrze. Trafiłem w Instytucie pod jego skrzydła i po zaliczeniu wszelkich szkoleń i poznaniu procedur, mogłem wreszcie zwiedzić kawałek legendarnej Zony. Szaro, buro i niebezpiecznie, ale mnie strasznie się podobało. Brakowało mi na co dzień takiego napięcia, adrenaliny, która nadawała mojemu życiu przyjemnego smaczku. W Strefie Wykluczenia łączyłem przyjemne z pożytecznym – pracowałem, a jednocześnie realizowałem pasję.

  Wyjścia do Zony były szczegółowo zaplanowane, zdarzały się raz na trzy tygodnie, czasem raz w miesiącu. Najczęściej były to wypady jednodniowe, ale czasem trzeba też było przenocować na jej terenie.

  Niestety zadania, które dostawaliśmy, były dość rutynowe. Timon zajmował się bardziej naukową stroną ekspedycji, zbierał próbki, coś tam mierzył, badał i dokumentował, ja natomiast pełniłem funkcję eskorty. Miałem się rozglądać, bronić przed ewentualnymi niebezpieczeństwami i pomagać w procedurach badawczych, jeśli była taka potrzeba.

  Często wyruszaliśmy tylko we dwóch, jeśli trafił się kurs w nieco głębsze rejony, szedł z nami ktoś jeszcze. Zwykle praca szła dość gładko, rzadko trafialiśmy na większe zagrożenia. Powinienem się z tego cieszyć, ale zacząłem odczuwać niedosyt. Z początku był lekki i znośny, z czasem jednak głód mocniejszych wrażeń wchodził w konflikt z instynktem przetrwania i co najgorsze wygrywał. Chciałem więcej, chciałem mocniej przeżywać wycieczki do Zony.

  Zapragnąłem udać się na „nieautoryzowaną” misję – wejść do Strefy bez przepustki, nieoficjalnie. Chciałem pozwiedzać na własnych warunkach, swobodnie, bez kontroli. Wiedziałem też, że różni ludzie są skłonni nieźle zapłacić za artefakty, więc mimo iż wypłata od Instytutu była zadowalająca, to pomysł dorobienia sobie handelkiem na boku, uważałem za godny rozważenia.

  Timon z początku był sceptyczny, ale dość szybko się zgodził. Nie musiałem go nawet jakoś mocno cisnąć, domyślam się, że on też miał podobne pomysły. Wystarczyło tylko rozdmuchać w nim ten tlący się delikatnie płomyczek żądzy przygód.

  Dzięki regularnym wizytom w Zonie i nawiązaniu znajomości z paroma jej stałymi bywalcami, udało nam się dowiedzieć o kilku lukach w wojskowych zabezpieczeniach, które można było wykorzystać jako nieoficjalne furtki do naszej „ziemi obiecanej”.

  Nie minęło wiele czasu, a już szykowaliśmy się do pierwszej wspólnej, prawdziwie spontanicznej stalkerskiej wyprawy. I to było to! Mogliśmy zapuścić się nieco głębiej, doświadczyć Zony w pełni, ukrywając się w ruinach przed bandytami, broniąc się przed atakiem Nibypsa czy łowiąc artefakty, zgrabnie omijając strzegące tajemnic Zony anomalie.

  Samowolne wyprawy stały się naszym sekretem, prywatnym rytuałem, który zapewniał ogromny zastrzyk energii i adrenaliny, a jednocześnie wciągał i uzależniał jak narkotyk. Wykorzystywaliśmy przysługujące nam wolne dni, zwiedzając Kordon i świętując udane łowy w Wiosce Kotów. Odwiedziliśmy Wysypisko, zawitaliśmy na teren Instytutu Agroprom, zajrzeliśmy do Doliny Mroku, napiliśmy się w Barze.

  Za każdym razem zachowywaliśmy maksimum ostrożności, poruszaliśmy się uważnie i cicho, unikaliśmy niepotrzebnych konfrontacji i nie licząc siniaków, zadrapań, stłuczeń i niegroźnych kontuzji wracaliśmy cało do domu. Tak było aż do czasu tego jednego, pechowego wypadku, podczas którego wszystko wzięło w łeb.

  Gdy szykowaliśmy się do naszej, jak się miało później okazać, ostatniej wspólnej podróży, nic nie zapowiadało, że przygoda tak tragicznie się potoczy. Ale w sumie na co liczyłem? Że przyśni mi się wróżka i powie, żeby zostać dziś w domu? Wypadkowi można ulec nawet we własnym mieszkaniu, ślizgając się na mokrej podłodze w łazience, nie mówiąc już o Zonie, w której nigdy nie wiadomo co nas może spotkać, a każde przekroczenie jej progu jest równoznaczne z cichą akceptacją wszystkiego, co przynieść może kapryśny los.

  Wypad zaczął się jak każdy inny, przebiegał spokojnie, w sumie nawet aż za spokojnie jak na miejsce, w którym się znajdowaliśmy. Wracaliśmy późnym popołudniem z Wysypiska, obłowieni w kilka niezłych artefaktów, które mieliśmy zostawić u handlarza przed opuszczeniem Zony. Minęliśmy opuszczoną farmę, przeszliśmy pod mostem kolejowym, pod którym szczęśliwie nie czatowali żadni potencjalni ciekawscy. Był to praktycznie przedsionek, jeszcze chwila i mieliśmy być na ostatniej prostej do Świata Zewnętrznego.

  Wiedzieliśmy, że tuż za betonową budką przystanku autobusowego z lewej, gruntowa droga odchodząca od asfaltówki prowadziła do Stacji Pojazdów, w której kiedyś serwisowano samochody i maszyny rolnicze, a która obecnie często służyła jako baza wypadowa bandytów licznie nawiedzających Zonę w poszukiwaniu zarobku. A różnica między bandytami i stalkerami była taka, że ci pierwsi swój łup wydzierali najczęściej z rąk pierwotnych znalazców, przyczyniając się uprzednio do ich śmierci lub w najlepszym przypadku skłaniając ich, nierzadko dość stanowczo i boleśnie, do podzielenia się swoimi skarbami. Tak czy inaczej, natknięcia się na przedstawicieli tej niewdzięcznej frakcji nie uwzględnialiśmy w naszym planie, zwłaszcza że byliśmy o rzut beretem od granicy Zony. Jak jednak powszechnie wiadomo, nie zawsze wszystko idzie tak, jakby sobie człowiek życzył.

  Po naszej prawej tuż za mostem kolejowym znajdował się stary, zrujnowany młyn. Obejście go od tyłu wykluczyliśmy po szybkich oględzinach – ziemia od tamtej strony falowała nienaturalnie, a powietrze tuż nad gruntem drżało i pulsowało. Przypominało to wizualnie taflę wody, której gładka powierzchnia została zaburzona przez wpadający kamień. Fale zniekształceń rozchodziły się równomiernie od środka anomalii, zanikając w odległości od kilkunastu centymetrów nawet do metra czy dwóch. Stało się dla nas jasne, że na tej ścieżce umiejscowiło się co najmniej kilka Karuzel, a znalezienie się zbyt blisko którejkolwiek z nich, mogło skończyć się dla nas wciągnięciem do centrum, zmiażdżeniem i ostatecznie rozerwaniem na strzępy. Taki urok anomalii grawitacyjnych.

  Analiza sytuacji – w lewo nie mogliśmy iść, bo jeśli faktycznie w budynkach Stacji Pojazdów lub ich pobliżu kitrają się bandyci, to nie było nawet sensu dalej rozpatrywać pomysłu. Idąc w prawo, ryzykowaliśmy z kolei spektakularną, acz ostatnią w życiu przejażdżkę na ekstremalnej Karuzeli. Cofać się też nie chcieliśmy, jako że niedługo miał zapaść zmrok, a noclegu nie braliśmy pod uwagę. Pozostało iść naprzód, trzymając się prawej strony drogi. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.

  Rozglądając się i sunąc poboczem ostrożnym, lecz pewnym krokiem zbliżaliśmy się do budki przystanku autobusowego. Nie licząc odległego wycia psów i szumu wiatru w koronach schorowanych drzew, na terenie Kordonu panowała względna cisza. Droga była czysta – zapowiadała się spokojna końcówka. Mieliśmy zajrzeć do handlarza, za Wioską Kotów odbić w prawo i kawałek dalej przekraść się niewygodną, lecz sprawdzoną ścieżką do Świata Zewnętrznego. Niestety nagle wszystko się skomplikowało.

  Prawie zrównaliśmy się z przystankiem, kiedy nagle zza jego obdartej, betonowej ściany wyszło nam naprzeciw trzech gości. Stanęli kilka metrów od nas, a z luf długiej strzelby i obrzyna wycelowanych nam prosto w twarze przez skrajnie ustawionych nowych znajomków, wyczytaliśmy bardzo wyraźny przekaz. Było dla nas jasne, że nie byli to regularni stalkerzy, a cholerni bandyci – brak respiratorów, porządnych kombinezonów i jakiegokolwiek śladu honoru w gniewno-drwiących spojrzeniach pozwoliły wystawić diagnozę.

 

 

 Link do części 12: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=7061

13943 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 38

Opis:

Dodano: 2021-04-02 00:49:29
Komentarze.
O matko, czułam, że jakaś tego typu sytuacja musiała mieć miejsce, ale powiem Ci, że tak stopniowałeś to napięcie, że pod koniec to tylko rozpędzałam się w czytaniu, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, co się właściwie stało, a Ty mi i tak wszystkiego nie zdradziłeś! Nieładnie, teraz muszę znowu czekać!
Odpowiedz
alfonsyna ło, nawet się udało napięcie wystopniować, no nieźle
Ano, muszę dzielić tekst, żeby za długich kloców nie wrzucać, bo wtedy to nawet pies z kulawą nogą nie zajrzy w kolejnym odcinku sytuacja się wyjaśnia. Dzięki!
Odpowiedz
CptUgluk prędko, w Zonie się nie wolno za długo rozsiadać!
Odpowiedz
alfonsyna może nawet niedługo wrzucę, bo mnie kręci, że ktoś czyta
Odpowiedz
CptUgluk widzisz, jaka dobra motywacja!
Odpowiedz
alfonsyna A żebyś wiedziała, czekej, zara będzie part 12
Odpowiedz
CptUgluk ha! Patrzcie go, jaki szybki!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.