online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Problemy
<
Gorzkie gorze
>

Nastroje

  Magma gmatwa wściekle, ciekle. Ponury zwiesza łeb. Krajobraz rozpaczy - włączyć szejker i co dalej. Należące do przeszłości polakierowane obrazki: piersi Arabelli, łąka, niebieskie niebo, róże. To wszystko w okowach ciszy. Ponury opuszcza strefę wysokich temperatur. Reminiscencje i ich kalejdoskopowy ciąg dalszy. Choroby weneryczne jak chlamydioza i pieczenie podczas mikcji. Barowe spotkania, jeszcze bezpieczne, jeszcze frywolne. Odkształcenia gdy barman rzecze, że kurwą żeś. Międzyocz. Międzyrzecz. Wspomnienia wlokące się za człowiekiem, ogoniaste, zbierające kurz. Dobre i złe, z tym że te złe z perspektywy też są dobre. Ponury jest kobietą, która odchodzi od tego wszystkiego. Zmysłów nie tyka. Idzie.

  Na stygnącym pustkowiu stoi chać. W niej, Ponury łyżeczką miesza herbać. Herbać to słodzona woda, zabarwiona zabytkowym szczurem. Ma kolor, ma smak. Przystawia do ust i siorbie. Na stole, prócz szklanki dumnie rośnie paczka cukru. Ona rośnie w jej oczach. Szklisto-mętnych. Daleki szakal wyje z głodu i drwi sobie z epoki postapo. A może to kojot? Ponury w wyobraźani szuka dań a ślina wypełnia jamę. Szakszuka - wielki bałagan po arabsku. Dojrzałe pomidory, ząbek czosnku, jaja, łyżka harissy, ostre papryczki. Żółtko powinno zostać płynne!! Natka, Nata, Natalia. Nie mająca zbyt wiele wspólnego z pietruszką. Dawne imię, spróchniałe, suche, martwe. Ogolona na bardzo krótkiego jeża, muska lico. Byłam les ponieważ żaden mężczyzna nie potrafił przyoblec się w kobiecą gładkość łachoczącą łoniakami, sutkami, zębami - myśl niczym spacerująca po ogrodzie dama z parasolką. Nata wstaje, zdmuchuje światełko świecy. W pomieszczeniu ciemność. Wnikliwie słucha.

  - To trwa zbyt długo, żebym mogła cię nie znać - syczy w noc, syczy cicho aczkolwiek ostro. Pstro stanowi odpowiedź.

 

  Tymczasem abominator smok, co na laurach nie potrafi, pali we wschodnim dystrykcie stepu tych, co jakimś cudem uniknęli stosunku ze śmiercią. Plwa strumieniami żaru. Cenna jest w oczach Pana śmierć jego wyznawców, krzyczy trawiony ogniem mnich, ostatni sprawiedliwy, przedostatni pokorny. Chaos krzaczy w miasteczku a skromny chór złożony z dziesięciu zakonników wznosi modły. Chorał gregoriański frunący ponad pożogą, lekki i zwiewny. Dies irae, gorycz, gorąc. Budzący paranoję ryk bestii, która na górze, która tryumfuje, która pikuje i znów: nowe budynki płoną i płonie Herman - ichny mąż charyzmą i męstwem wyróżniony. Odchodzi skóra, spływa twarz, wołanie przeobrażone w syk soków, nieopodal przeczysty wytrysk iskier. Spadają belki poprzeczne, domostwa coraz bliżej ciepłej pierzyny z perzyny. Nowe rozrywające ucho skrzeczenie smoka. Nurkuje ponownie by rzygiem zalać połacie ciemne, od ognia wolne. Wciąż wybrzmiewające dies irae, teraz w szponach siary, oparzone. Ktoś wypuszcza strzałę na pewne zabłąkanie, ale trafia w kogoś, kto już tylko smugą ukośną płomienia. Wariat znalazł antyk. To nebelwerfer. Artyleryjska waga bycza. On plany snuje śmiałe, on marzycielem, pierwszym pogromcą kreatury, lecz liże go wymiot co przed chwilą pysk abominatora opuścił. Popieszczony, niedopalony - jęczy gdyż widzi prawicę strasznie oblazłą, nagą kość i mięso wiszące. Basta - mówi, w skroń sobie z pistoletu. Dywanuje potwór po raz piąty. Jara spalonych, popiołka z rana zawsze uroczo błyszczy. Szczy potem deszcz; z litości zrodzony gest niebios. Bezwłose niewiasty w bulgoczącym wrzeniu: gdzie są oczy? Smoczy rzeźnik zwymiotował ostatek.

 

  Nata idzie na północ. Kierunki świata - jedyne niezniszczalne, tego nie złamie żadna abominacja. Idzie spokojnie, smok nie atakuje jednostek. Za prawie pięć godzin dojdzie do rudery byłego marudera Samuela. Prowadzi coś w stylu knajpy. Trafiają tam głównie ci, którzy przeżyli i piją na umór, gniotąc żale jak pluskwy. Ma w torebce paczkę cukru. Tym cukrem chce zapłacić. Ile alkoholu za to kupi? I czy w ogóle? Sunie nocna ponurość.

  Nadchodzi świt. Blaszak - bo tak można określić sklecony budynek, tylko z zewnątrz odpycha szpetotą. W środku panuje względny ład i porządek. Wnętrze rozświetlone neonowym napisem, paroma lampkami a w ciemnych kątach - świeczkami. Hokery barowe przy blacie, puste alkobutelki zamieszkujące pułki, stół bilardowy na samym końcu i prehistoryczny automat vendingowy z logo coli na boku. Okular Samuela wykrzywiony w pałąk. Ulga. Na szczęście w knajpie (prócz marudera), nie ma mężczyzn. Nata nie musi udawać faceta. Siedzi jedna, młoda. Ma czerwone włosy. W cichości osusza dany kielich.

  - Co dostanę za kilo cukru - szorstko pyta.

  - Kilo? Mój Boży Jezu, z nieba mi spadłaś. Co prawda alkohol się kończy, ale za szugar możesz wypić dwa literki.

  - Dawaj. - On ma ruderę, ja jego. Barman przynosi flachę i kuloodporną szklanę. Nata siada obok nieznanej. Minuty zręcznego milczenia. Zdejmuje czapkę z daszkiem, zsuwa zabrudzony płaszcz. Zerka w stronę tamtej, kosodrzewina. Igiełki dystansu, igliwie dysonansu. Jak tu spokojnie, jak miło. Samuel wyjada łyżką białą śmierć. Mlaska. Ponura bierze pierwszego łyka. Procenty są wieczne.

  - Masz papierosa? - Maruderowy gospodarz podaje marlborasa lasce o kształtnej czaszce. Zapala i dymi bo łycha to lubi. Po drugim łyczku postanawia przełamać ice ice babe.

  - Ej, laska, jak masz na imię?

  - Scarlett Sztylett.

  - Wow, nieźle. Es es, miłe inicjały.

  - Miłe. - Cukrzyca wypierdala Samuela w kosmos. Dziewka zbliżona do drugiej. Tworzywo sztuczne pozoru.

  - Uciekłam ze wschodniego dystryktu - Mówi Scarlett. Ledwo mówi.

  - Wszyscy zginęli.

  - Wiem. Usłyszałam ją wieczorną porą. Bestię.

  - Nie mówmy o tym. Dajmy sobie chwilę zapomnienia.

  - Tak, tak zróbmy.

  Czerwony połysk wstającego dnia majaczy w kwadraciku okna. Ranki zawsze wściekle krwiste.

  - Pomówmy o czymś przyjemnym. Pomówmy o... o muzyce. Czego słuchałaś, gdy świat był jeszcze miłym miejscem?

  Scarlett odgarnia włosy. Uważnie czyta twarz Naty. Nim odpowie, wychyli ćwierć.

  - Słuchałam wszystkiego co porusza. Choćby Fugeesów.

  - Tak, są ponadczasowi jak wielu innych. Britney Spears ubezwłasnowolniona przez ojca mogłaby podbić nieboskłon kolejnym hit me baby, lecz jedyne na co było ją stać, to wycofać się z paktu zawartego z panem Lucjanem. Lady Gaga i Madonna zakładały maski Marlin Monroe, bo trudno samemu wytworzyć seksapil na bazie indywidualizmu, więc ich kreacje definiowało smutne kopiuj - wklej. W ogóle ciekawa sprawa z tymi kreacjami. Ich podstawą zawsze jest seks. Wszechobecny, bombardujący. Teraz przypomina egzotycznego ptaka, którego podziwia się na wystawie ornitologicznej. Lecz zauważ: trąby końca świata wybrzmiały jakiś czas temu, a seks, mimo że nie uprawiany, wciąż wypełnia przestrzeń pogaduszek. Często bywam w tej spelunie i uwierz mi, przewodnim motywem opowiadań tych czubów - facetów jest seks... ciekawe. Czy smoczy abominator nie potrafi wykorzenić z człowieka namiętności? Czy on w ogóle prowadzi życie erotyczne? Haha, wyobrażasz sobie szczytującego smoka? Jego sperma ma zapewne kolor krwi... Wracając do muzyki i seksu jako jej wypełniacza, to bardzo imponował mi taki olewczy stosunek do wizerunku. Weźmy grunge. Brudny, garażowy, wyszlajany. Wiesz, nim to wszystko padło, słuchałam Alice in Chains, ich trzeciego albumu, ostatniego z Lanem Staleyem. Na okładce pies bez nogi. W sensie że czwarty członek coraz bliżej outu. Upiorna muzyka, żegnanie nadziei, rozkład któremu obce słowo nie. Wokalny geniusz w heroinowej bezsile. Czarujący na krawędzi przepaści... kurwa, chyba się rozgadałam, nie?

  - Przecież o to chodzi. O zagadanie postapokaliptycznego pierdolonego teraz. Alicję znam, choć wolę Kurta. On chyba bardziej... ostateczny...

  - A Chris Cornell? W wieku pięćdziesięciu dwóch postanowił się powiesić. Rip grunge.

  - Brakuje mi muzyki - szepcze sztachnięta Scarlett.

  - A seksu? - Samuel w rechot.

  - Cicho bądź mężczyzno, gdyż nie ciebie pytam.

  Scarlett zaczyna nieśmiało śpiewać:

  - Ready or not, here I com, you can't hide - Nata dołącza i razem:

  - Gonna find you, and take it slowly. - Maruder aparatem gębowym zapodaje bit, podkreślając nuty bit. Śpiew światełkiem w tym długim tunelu grozy. Energetykiem, red bullem, doda ci skrzydeł, wywabi uśmiech i przybliży twarz nieznanej. Smukłe oblicze Scarlett Sztylett:

  - Seksu też.

  - Byłam les, ponieważ żaden mężczyzna nie potrafił przyoblec się w kobiecą gładkość... - Nata hamuje potok swój.

  - Dlaczego hamujesz potok swój? I dlaczego "byłam"

  - Bo nie chcę być wylewna. Nie pytaj.

  - Królewny - krzyczy barman - cukier to moja jedyna radość. Usta zaklajstrowałem ulepkiem i lata mi to!

  Scarlett cały czas nuci melodię Ready or not.

  - Uratujmy świat bezmyślnym trwaniem!

  - Dupek! - Dżek w Natce budzi opryskliwość.

 

  Tańczą. Ona z nią. Jedna się wije, druga zawija. Gracja w ruchach, racja stanu umysłu. Samuel wybija rytm, daje podwaliny pod muzykę która sprawia, że dupek przestaje być dupkiem a suka suką.

8908 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jagodolas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 41

Dodano: 2021-04-02 13:19:04
Komentarze.

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.