online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Płyń swoją rzeką (1) - codziennostrzał
<
Krucjata Baśki cz.7
>
Praca Wyróżniona

TW #2 Dziecko Księżyca

 Postać: Dziecko księżyca

 Zdarzenie: Ostatnia bitwa

 Efekt: 65. Twój bohater jest przekonany, że gra w filmie fabularnym (gatunek dowolny).

 

 

 

  Zabija mnie każdego dnia. Komórka po komórce wysysa energię wędrującą unerwionymi szlakami w życiodajnym zapętleniu. Świadomość współegzystencji z pasożytniczym bytem, który wkradł się podstępnie w łaski symbiotycznego organizmu jest koszmarem. Naszym współistnieniem przesycona jest każda moja myśl, która rodzi się w obślizgłej brei rozdygotanego mózgowia. Gdybym tylko wiedziała, czym to jest i jak się tego pozbyć. Gdybym tylko wiedziała...

 

 ***

 

 Przejście do kamienicy zionie zgnilizną. Cichy pogłos kroków stawianych na granitowych kostkach niesie się wzdłuż nieoświetlonego korytarza. Ściany, z ranami obdartymi z tynku, nadają mu pustelniczego brzmienia a nierówności powierzchni odbijają go dysharmonicznie, przemieniając w głuchy jęk.

 Posuwam się krok za krokiem, nie zwracając uwagi na foniczną wibrację. Pochłania mnie nadchodząca spirytualna psychoza. Nurzam się w niej bez reszty, w nadziei na szybkie wybawienie.

 W końcu docieram do masywnych, rustykalnych drzwi. Wyglądają, jakby zszabrowano je tysiąc lat temu z jakiegoś rozmiłowanego w inkwizycyjnych uciechach zakonu. Nim udaje mi się pochwycić za mosiężną antabę, uchylają się z terkoczącym zgrzytem. Wchodzę w mrok.

 

 Pożółkła firana faluje w sobie tylko znanym rytmie, a wzorzyste pajączki śmigają ku górze, wprawiając mnie w halucynogenny nastrój. Pisk gwizdka z rozpalonego czajnika odciąga zniewolony umysł od kontemplowania nad pajęczym zlepkiem. Obserwuję smugi pary, które drgając, rozchodzą się po zagraconej kuchence. Chcę wstać i zdusić ogień.

 Nie zdążam.

 W jednej chwili ciałem wstrząsa seria drgawek, zmuszających arterie do nadnaturalnego nabrzmienia. Zwoje żył i tętnic nabierają granatowej mocy i drgają miarowo pod skórą w takt konwulsyjnego tańca. Przełyk sączy spienioną treść żołądka. W końcu upadam na podłogę skręcona w embrionalnym uścisku.

 Nieruchomieję.

 Aby nie zakleszczyć się w panicznym obłędzie, mózg rzuca koło ratunkowe, przerzucając świadomość na paranoiczny plan filmowy. Jak klatka po klatce kręconego filmu widzę mężczyznę wchodzącego do kuchni. Mijają ułamki sekund, a ja już wierzę, że to tylko kolejna scena horroru z moim udziałem.

 Mężczyzna tymczasem podpływa powoli do kuchenki, szurając podeszwami dziurawych kapci. Słyszę ich nieznośne trzeszczenie. W końcu odgłos przemieszczania milknie. Starcza dłoń zamyka pokrętło od gazu. Jęzory ognia drgają i gasną.

 Oddychając ze świstem, czekam na jego reakcję. Jakąkolwiek.

 On jednak zdaje się nie zwracać na mnie uwagi.

 – Tutaj jestem bezsilny. Nic z tym nie zrobię – mamrocze, szykując obdrapany kubek na herbatę. Jego obojętność mnie poraża.

 Słowa spadają jak topór kata; wyrok bez prawa apelacji. Wyciągają mnie z myślowej matni, by po chwili wtrącić w jeszcze głębszą przepaść. Opadając łapię jednak wystający ustęp skalny i resztką sił zmuszam się do heroicznej walki.

 – Więc co mi jest? Czy to duch? Jesteś egzorcystą! Zrób coś! – Szamoczę się nad czeluścią obłędu.

 – Czymkolwiek to jest, nie jest duchem.

 – Więc czym? Obcym, którego przywiozłam z Księżyca? – krzyczę.

 Szum przelewanej wody wybija mnie z tonu. Mężczyzna nie słucha. Obserwuję z poziomu podłogi, jak parzy pienistą herbatę.

 Klatka po klatce. Obraz przeskakuje.

 Seans dobiegł końca. Egzorcysta chwyta szklankę i siorbiąc upija łyk. Wychodzi z kuchni.

 Klatka po klatce.

 Zamykam oczy.

 

 ***

 

 Kilka miesięcy wcześniej...

 

 

 – Anna Walentynowna, witamy na Ziemi. Pół roku w księżycowej bazie to dopiero wyczyn nie lada. – Załoga kosmodromu wita mnie wpierw z radością, a potem niepokojem. – Słabo pani? Lekarz czeka. Zbada panią dokładnie. Potem raport i zasłużony odpoczynek. Chodźmy… chodźmy…

 

 Klatka po klatce. Obraz przeskakuje.

 Zamykam oczy.

 

 ***

 

 Blade promienie słońca padają tu pod sporym kątem otulając regolit oraz porozrzucane gdzieniegdzie skały posępnym blaskiem. Smukłe, długie cienie, ścielące się za nasłonecznionymi przeszkodami, sprawiają przytłaczające wrażenie.

 – Jesteśmy u celu – oznajmiam w końcu i wciskam hamulec. Po kilku szarpnięciach pojazdem, spowodowanych nierównościami terenu, przełączam kontrolkę z monitorów na boczne kamery i przez moment przyglądam się rozhuśtanym modułom maszyny. W miarę hamowania, spięte harmonijkowymi łączeniami, przestają podskakiwać i wychylać się na boki. Gąsienica, pojazd księżycowy, który zawdzięczał swą nazwę podobieństwu do ziemskich larw, zatrzymywał się z mozołem. Obserwuję, jak tumany pyłu wzniecane przez ruch masywnych kół, zaczynają powoli opadać. Po kilku chwilach Gąsienica stoi w miejscu.

 – Czas na zwiad, Anno Walentynowna. Koordynaty znasz. Ruszaj.

 

 ***

 

 Spękania, którymi poprzecinana jest powierzchnia regolitu – przyglądam się im z uwagą wsparta o masywny okruch skrystalizowanej magmy. Nagle kątem oka dostrzegam jak pojawiają się kolejne szczeliny, tuż przy nogach. Zszokowana, nie mam czasu zareagować. Widzę, jak grunt usuwa się spod stóp i wciąga mnie w gardziel otchłani.

 Zapadam się!

 Oszalałym z przerażenia wzrokiem rejestruję jeszcze ruch głazu, który rozedrgany nagłym obniżeniem terenu, koziołkuje i czopuje świeżo otwarty wyłom.

 Tonę w kleszczach ciemności.

 Spadam na dno jaskini.

 Otacza mnie mrok, chaotycznie rozświetlany wiązkami światła sączonymi z lamp na hełmie.

 Mijają ułamki sekund.

 Uderzam w grunt.

 Na szczęście kombinezon w dużej części amortyzuje upadek. Nie udaje mi się jednak utrzymać równowagi i zaczynam zjeżdżać po stromej pochyłości. Zatrzymuję się kilkanaście metrów niżej – na plecach.

 Przez chwilę leżę nieruchomo. Zbyt zszokowana, aby jakkolwiek zareagować. Czuję łomot serca. Wycisza mnie dopiero pogłos ciężkiego oddechu, kłębiącego się w hełmie.

 W końcu powoli unoszę rękę i zerkam na panel. Na wyświetlaczu skafandra ostrzegawczo migają diody – osiągnęły wartości krytyczne. Wskaźniki mrugające rażącą czerwienią odbijają się na przeźroczystej osłonie przed twarzą. Aby się im dokładniej przyjrzeć daję źrenicom chwilę na lepszą akomodację.

 Po kilku sekundach wychwytuję coś jeszcze.

 Jakby kropelki wilgoci.

 Oddech przyspiesza.

 Zaskoczona, usiłuję skupić na nich mętniejący wzrok, ale im więcej wkładam w to wysiłku, tym mniej widzę – kropelki tymczasem przedzierają się przez powłoki skafandra.

 Powraca łomot serca.

 Chwilę później czuję je już na skórze a dłoń zaczyna piec, jakby smagana jęzorami żaru.

 Spazmatycznie łapię oddech.

 Obraz się rozpływa.

 Czas zwalnia.

 Zamykam oczy.

 

 ***

 

 Coś rozbudziło go nagle z letargu i drapieżnymi mackami zmusiło do działania. Początkowo nie potrafił zidentyfikować źródła żywego organizmu. Zaczął więc sondować otoczenie swoistymi zmysłami – kawałek po kawałku, strefa za strefą. Zmieniał położenie, przenikając przez pory i kanaliki w skale.

 Zlokalizował ją dopiero, gdy wibrujące fale energii dosięgły otaczającej go membrany. Zaczął wtedy drgać i pulsować. Jednolita forma przetrwalnikowa, jaką przybrał eony temu, szybko ewoluowała. Budująca go substancja poczęła się dzielić i przybierać coraz mniejsze, okrągłe formy. W ułamkach sekund przeistoczył się w kroplopodobny twór, i błyskawicznie okrył żywy organizm – źródło energetycznej aury.

 Struktura materiału, z którego zbudowano kombinezon kosmiczny, nieco go przystopowała. Jednak wibrując szaleńczo i dokonując kolejnych podziałów, pokonał tę przeszkodę i wniknął do środka.

 Zetknięcie ze skórą organizmu dodatkowo rozogniło jego reakcję. Ożywił się jeszcze bardziej i począł żywiołowo przenikać porami do wnętrza ciała. Sunął euforycznie arteriami gorącego płynu i energetycznymi przekaźnikami nerwów. Infiltrował każdy zakamarek, każdą komórkę aż po mitochondria i neurony, i gorączkowo sycił je iskierkami swojej energii. W kulminacyjnym momencie eksplodował w płomiennych rozbłyskach, aby ostatecznie rozlać się we wszystkich pierwotnych uzwojeniach organizmu. Z czasem zsynchronizował swoje drgania z wibracjami żywego bytu i stał się wraz z nim jednym źródłem życia.

 Asymilacja i spajanie z ciałem kobiety dobiegło końca. Drapieżny symbiont, ewoluując i wibrując zgodnie z jej rytmem, nadał ludzkiej istocie nowy wymiar.

 

 ***

 

 Siedzę na ławce. W parku. Otoczona ponurą jesienią. Rosi zimny deszcz.

 Oddycham ciężko, ze świstem astmatycznych oskrzeli, które toną w powietrznym błocie. Zupełnie jak mój mózg.

 Rozglądam się bezmyślnie w oczekiwaniu na kolejny – epileptyczny – jak twierdzą lekarze – atak.

 Beznamiętnie obserwuję jak kruk pastwi się nad zdychającym wróblem. Krwista pożoga spływa między piórami drgającymi w konwulsyjnym pląsach. Oczy dogorywającego ptaka zachodzą mgłą. Widzę jak nieruchomieją.

 Klatka po klatce. Obraz przeskakuje.

 To była jego ostatnia bitwa.

 Klatka po klatce.

 Widzę siebie.

 

 

 

8789 zzs

Liczba ocen: 9
99%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnieszka
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 166

Dodano: 2021-04-02 22:33:26
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
z dużym wykopem
"Zwoje żył i tętnic nabierają granatowej mocy i drgają miarowo pod skórą w takt konwulsyjnego tańca" - podoba mi się ten fragment i kilka innych w tym stylu.
Bardzo ciekawie zrealizowany zestaw. Wciągnęło mnie i przytrzymało w stanie podwyższonego napięcia. Szczególnie wsiąkłem podczas księżycowej retrospekcji i chwil z perspektywy "istoty". Podobało mi się, zdecydowanie
Odpowiedz
CptUgluk dziękuję Kapitanie za przeczytanie i przyjemny komentarz
Pozdrowionka

Odpowiedz
Ozar 8 m.
z dużym wykopem
Agnieszka no cóz ja ci mogę jeszcze napisać. Jesteś jak kameleon i potrafisz się przystosować do każdych haseł z TW cały czas zahaczając o SF. Chyle czoło bo to kolejny bardzo dobry choć nie ukrywam smutny tekst. Co do życia na księżycu to teorii jest mnóstwo od takich że to sztuczny twór aż po takie że wszystko dzieje się pod powierzchnią. To, co tu opisałaś jest całkiem możliwe. Takie powiedzmy kapsuły z przetrwalnikami jakiś istot mogą być wszędzie choćby w lodach Arktyki, czy jaskiniach Księżyca.
Co do Księżyca to kusi mnie audio na temat teorii o jego pochodzeniu. Jak masz coś to podrzuć linki!
Odpowiedz
Ozar dokładnie, jest tak jak piszesz - kompletnie nic nie wiemy na temat życia pozaziemskiego. Pojęcia bladego nawet nie mamy gdzie moglibyśmy je zastać i jak mogłoby ono wyglądać.
Pozdrowionka i dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
"Świadomość współegzystencji z pasożytniczym bytem, które wkradło się podstępnie w łaski symbiotycznego organizmu, a którego obecność nieustannie mną wstrząsa, jest rozdzierające" - która wkradła się (bo to tyczy się świadomości); i na tej samej zasadzie - rozdzierająca; druga sprawa, że w całym tym pierwszym akapicie wydaje mi się, że jest dość spore nagromadzenie "których" w różnym wydaniu, może dałoby radę część z nich odsiać;
"Opadając łapie jednak" - łapię;
Bardzo plastyczny język, świetnie działa na wyobraźnię i pomaga się wczuć w opowieść. Cały czas utrzymuje się napięcie, zachęcające do dalszego czytania. Podobnie jak Kapitanowi Uglukowi, najbardziej podobał mi się ten fragment z Księżyca, kiedy kobieta zetknęła się z tajemniczą istotą. Ale całość jak zwykle dobrze przemyślana i wykonana. Good job!
Odpowiedz
alfonsyna dziękuję za uwagi i motywujący komentarz
Pozdrowionka
Odpowiedz
Hiraeth 8 m.
z dużym wykopem
Bardzo klimatyczne i niezłe opko * o * Nic sensowniejszego z siebie nie wykrzesam, ale nie ma takiej potrzeby - you are queen and you know this
Odpowiedz
Hiraeth I know this hahaha dziękuję
Pozdrowionka

Odpowiedz
Canulas 8 m.
Kurcze, dualne odczucia mam. Z jednej strony wydaje mi się nieco zbyt dośrubowane słownie (pod szyję ą, ę, gdzie o uwagę ze sobą walczy większość zdań). Z drugiej strony kompozycja jest bardzo plastyczna. Mocna.
Chyba obecnie szybuję na niższym pułapie odbiorczym, by należycie docenić zaserwowaną potrawę, choć przez woalkę własnej indolencji widzę, że zacne
Odpowiedz
Canulas taaa, czasem nadmierne szlifowanie może zniszczyc efekt zamierzony cenna uwaga
Pozdrowionka i dzięki
Odpowiedz
z dużym wykopem
Bardzo mi się podobało. Plastyczność i szczegółowość opisów na najwyższym poziomie. Do tego niesamowity, stopniujący napięcie, klimat eksploracji Księżyca. No i sama konstrukcja opowiadania - bardzo pomysłowa i intrygująca. Dla mnie to była mega smakowita uczta SF.
Odpowiedz
Planujemy loty na dalsze planety, a wciąż tak mało wiemy o naszym najbliższym naturalnym satelicie. Tak łatwo coś przeoczyć...
Kto wie?
Pozdrowionka i dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
Zapraszamy do głosowania!
https://www.t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=treni

Pozdrawiamy
Zespół TW
Odpowiedz
z dużym wykopem
Mocne. I mimo że nie lubię s-f (chociaż za sprawą nie tak dawno odkrytego Lema to się trochę zmieniło) tak ten text mi podszedł. W ogóle to.ja nie lubię kosmosu i poczułem dziwną ulgę przy końcu opka, jak główna bohaterka siedzi na ławce w parku i patrzy kruka i wróbla. Pararoksalnie miło i swojsko się wtedy zrobiło. Albo scena w kuchni też fajnie opisana (gdy z dołu patrzyła na chłopa który robi herbatę).
Ogółem - fajny, mroczny klimat
Odpowiedz
jagodolas a i jeszcze mnie taka refleksja luźna naszła: że kosmos jest całkowicie bez sensu. Taki wielki a nic tam nima.
Odpowiedz
Ritha 8 m.
z dużym wykopem
Świetna narracja, miałaś moją uwagę cały czas, zatrzymałaś mnie przy tej narracji, a to - mam wrażenie - raczej zdarza mi się rzadziej niż częściej, czytając na ekranie. Bardzo przyjemnie się czytało
Odpowiedz
Ritha Dziękuję za tak przemiłą recenzję Pozdrowionka
Odpowiedz
z wykopem
Bardzo lubię teksty, gdzie zamiast klasycznych, jednowymiarowych opisów po jednym zdaniu widać scenerię w 3D.
Z przyjemnością czytałam Twoje opko i z przyjemnością przeczytam kolejne
Odpowiedz
DarkStone Nie zastanawiałam sie głębiej nad tym, choc to fajny eksperyment
Jeśli się udało - cieszę sie
Dziekuję za odwiedziny i komentarz
Pozdrowionka
Odpowiedz
z dużym wykopem
Brzydko powiem, że wyjebisty początek i końcówka. Uwielbiam, po prostu uwielbiam, gdy bohater jakby zapadał się w sobie i ciągnął za sobą mnie. Uwielbiam takie stany. Dla mnie sztos, naprawdę.
Odpowiedz
Adelajda Ło Pani, dziękuje bardzo
Cieszę sie, że opowiadanie wywołało jakieś głębsze emocje
Pozdrawiam
Odpowiedz
jacek79 7 m.
z dużym wykopem
to lubię w tej tematyce...ciekawa historia ( z nutką niedopowiedzenia), terminologia jak przystało na s/f ...co tu pisać wiecej ...GRATULACJE!!!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.