online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
TW (03) (cod-03) — Pennywise nie strzela z kapiszonów (I)
<
(cod-02) — Pięćdziesiątka dla potwora
>

Hycle z Willow Canyon — część II

 

 Link do części I: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php

 

 *

 Merlin – dziś już trochę zramolały, zaleciały truchłem, z epizodami narkotycznymi w tle i bardzo rzadko przesypianą całą nocą – kilka lat temu dobrze poznał stromość gór Hindukusz. Wielki wujo Sam nie znosi odmów. Gdy przysyła po ciebie autobus, wsiadasz i jedziesz. Po prostu. Wbijasz widły w ziemię, zamykasz oborę na łańcuch, żegnasz bliskich, jeśli takich masz. Potem kasujesz bilet i nagle, trach, okazuje się, że świat jest dużo większy, niż myślałeś.

 Nie mija nawet pół roku, a ty już wiesz, że za rozwalenie okręconego turbanem łba otrzymujesz cztery dni przepustki. Śmierć powszednieje. Staje się tym samym, co tanie żarcie w pobliskiej spelunie, podła wóda i najtańsze kurwy. Siada z wami do kart. Jeździ na patrole. Sypia obok. W końcu kostucha jest już tak nieodłączną częścią codzienności, że nie tyle przeszkadza jej ciągła obecność, a nagły brak. Zaczynasz łapać się na tym, że idąc do głupiej knajpy, wybierasz miejsce pod kątem obserwacji drzwi. Nie sadzasz dupy na barowym stołku czy nie daj Boże pod oknem. Nie, nie. Za plecami musisz czuć solidny kawał ściany. Nawet nie wiesz, skąd to w ogóle przyszło, czym jest i czy zostanie z tobą już na zawsze. Świat nie znosi próżni, więc żeby do końca nie zwariować, definiujesz nowo poznane jako instynkt. Zawierzasz mu, bo czemuś przecież trzeba.

 W zeszłym miesiącu cholernie się podtrułeś, przez co wypadłeś z rozpiski planowanego patrolu. Jesteś farmerem z ojca i pradziada oraz wieloletnim mordochlejem, więc kichy masz naprawdę bardzo twarde, ale ten jeden jedyny raz organizm siada.

 Przypadek. Instynkt. Wszechobecna śmierć.

  Prawdopodobnie tryskasz wodą z dupy, gdy w tym samym momencie, gdzieś na wysokości trzeciej mili północnego szczytu Tiricz Mir, twoi koledzy mają poszerzane uśmiechy przy pomocy tępej strony noża. Miejscowi obchodzą się z nimi naprawdę bardzo ostro. Do tego stopnia, że góra decyduje utajnić raport. Żadnych szczegółów o odcinanych na żywca językach czy wyłupywanych oczach. Jedynie flaga na drewnianą skrzynię, salwa honorowa i jazda w ciemny dół.

 "Syn umarł za ojczyznę, proszę pana".

 

 I właśnie teraz, niemal siedem lat później oraz kilka tysięcy mil od ośnieżonych szczytów Pakistanu, Merlin poczuł dokładnie to samo. Zagrożenie dużo większego kalibru, niż wskazywałaby na to sytuacja.

  — Gdzie?

 Proszący o pomoc wskazał głową na tego drugiego.

 — Tylko on?

 Skinięcie.

 — Czekaj tu.

 Idąc w kierunku gościa, motocyklista ujrzał, że i Wiwat szykuje się do drogi. Wstrzymał go gestem dłoni. Zakapior rozłożył szeroko ręce, lecz usłuchał. Eddie Paradino, wciąż ze znudzonym wyrazem na upoconej do czerwoności twarzy, dociskał dupskiem siodełko Chrupogrzmotki, jak nazywali jego pordzewiałą, przelataną już Hondę w typie Gold Wing. Rupieć Saracena stał obok, tonąc w promieniach Słońca, ale Indianin przepadł.

 — Cześć.

 Strzeliło w kolanach, gdy chudy garbus wstał. Upieprzony aż po łokcie smarem, niegościnny z zakazanej gęby, z rudą mewą monobrwi płynącą przez środek czoła.

 — Cześć — odparł w tonacji wcześniejszego "spierdalaj". Następnie splunął, wyraźnie zaznaczając granicę odległości, jaką uważa za słuszną. Merlin dostrzegł na jego długiej szyi charakterystyczną symbolikę, którą ktoś mniej obyty mógłby uznać za pozerski tribal. Tyle że to nie był żaden pozerski tribal. Oj nie.

 — Może mi powiesz, co jest tutaj grane? Twój koleżka nie za bardzo gramotny?

 — To odpad, nie mój koleżka — warknął tamten. — Inicjacja.

 — Robi się coraz lepiej. — Rozweselony głos Wiwata nie dawał zapomnieć o tym, że jego właściciel wciąż jest skory do uczestnictwa w dalszym przedsięwzięciu. — Jeden przyjebany i jeden buc. Dwieście pięćdziesiąt mil w cholernym pyle i takie atrakcje.

 — Inicjacja? — spytał herszt Oil Brothers, odkładając narzekania kumpla na dalszy plan. — Co inicjujemy?

 — A po co tu, tatuśku, przyjechałeś?

 Merlin postanowił typa sprawdzić, wykonując w jego kierunku krok. Mięśnie lekko napięte, lecz poza tym nic. Pełna zlewka albo doskonała imitacja takiej. U Psychos, jak u Wiwata, nie wiadomo.

 — Masz niewłaściwy ton.

 Zakapior Psychos też podszedł i nie bacząc na to, jak wysoce taki gest jest ryzykowny, położył Merlinowi dłoń na ramieniu. Wolną ręką zatoczył obszerne koło, wskazując spalone rancho.

 — Widzę, tatku, że sam tego wszystkiego nie posklejasz. Tamten obszczaniec — wskazał na stojącego pod filarem trzęsiportka — to zwykły odpad zawinięty z tej zwęglonej szopy. Oclało mu się niechcący, choć sporo widział. Pewnie dużo więcej, niżby chciał. Załapujesz?

 Merlin skinął. Następnie strząchnął dłoń ze swego barku.

 — Przyjechaliście spory kawał drogi — kontynuował tamten, obchodząc teren, jakby ich oprowadzał po lunaparku. — Sam mówisz, że dwieście pękło.

 Indianina wciąż nigdzie nie było. Pozostali dwaj członkowie Oil Brothers z uwagą rozglądali się po otoczeniu.

 — Do rzeczy.

 Irlandczyk z Vagos ciągle orbitował wokół pogorzeliska. Kręcił się, wskazywał na spaleniznę poszczególnych pomieszczeń, opisując, kto gdzie siedział i co kogo spotkało. Wszystko ewidentnie po to, żeby wywrzeć odpowiednie wrażenie przed niechybnie nadchodzącą kulminacją.

 — Do rzeczy — pospieszył Merlin. — Oszczędź smętów.

 — To nie smęty, dziadku. To... sceneria.

 Przepity głos Wiwata znów przypomniał o swoim istnieniu.

 — Wierzysz w krasnala, który na końcu tęczy kitra złocony gar. Nie rżnij przewodnika i powiedz, co tu jest grane. Przyjechaliśmy dopilnować deala, nie na pastucho-steki. Myślisz, że u nas nie ma spalonych chałup?

 — Słusznie. — Po chwili zastanowienia uznał tamten. — Zakosujcie tego śmiecia i ruszamy na dalszą wycieczkę.

 Merlin podrapał czterodniowy zarost.

 — Tak myślałem, że w tym kierunku zmierzamy.

 — Zatem do boju, dziadku.

 Nastała chwilowa cisza, po której herszt Oil zwrócił się do jednego ze swych ludzi.

 — Wiwat, uwal go.

 — Naprawdę mogę? Zara, ale którego?

 — Tak, możesz. Zajeb tego irlandzkiego buca.

 Zakapior ochoczo zsiadł, ukazując wydobyte nie wiadomo skąd, dwa długie noże. Następnie ostrym końcem jednego szturchnął Eddiego w udo.

 — Masz fartowną rękę, Buraczany. Którym?

 Nim Eddie zdołał się w jakikolwiek sposób odnieść, zakapior z Vagos wypluł z siebie jedno krótkie słowo.

 — Troja.

 

 Link do części III:

 

6317 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 32

Opis:

Dodano: 2021-04-20 21:18:17
Komentarze.
*Ritha 20 d.
"Merlin" - dobrze się zaczyna, Merlin i wszystko jasne, będę, po dwóch kawach i jak ogarnę procesy myślowe, ale będę
Odpowiedz
"jest już tak nieodłączną częścią codzienności, że nie przeszkadza jej ciągła obecność, co nagły brak" - trochę bym to zmieniła, żeby było sensowniejsze i mam dwie propozycje - albo: "jest już tak nieodłączną częścią codzienności, że nie tyle przeszkadza jej ciągła obecność, co nagły brak" lub: "jest już tak nieodłączną częścią codzienności, że nie przeszkadza jej ciągła obecność, a nagły brak";
Końcóweczka miodzio, Wiwat jednak ma swoje momenty. Jakoś szybko przeczytałam, znaczy miło by było poczytać więcej, ale biorę, co dają.
Odpowiedz
*Canulas 20 d.
alfonsyna kurczaksooonnn, z repertuaru Twych porad wybieram wersję II. Dziękuję.
Odpowiedz
*Ritha 20 d.
"Śmierć powszednieje. Staje się tym samym, co tanie żarcie w pobliskiej spelunie, podła wóda i najtańsze kurwy. Siada z wami do kart. Jeździ na patrole. Sypia obok. W końcu kostucha jest już tak nieodłączną częścią codzienności, że nie przeszkadza jej ciągła obecność, co nagły brak. Zaczynasz łapać się na tym, że idąc do głupiej knajpy, wybierasz miejsce pod kątem obserwacji drzwi. Nie sadzasz dupy na barowym stołku czy nie daj Boże pod oknem. Nie, nie. Za plecami musisz czuć solidny kawał ściany. Nawet nie wiesz, skąd to w ogóle przyszło, czym jest i czy zostanie z tobą już na zawsze. Świat nie znosi próżni, więc żeby do końca nie zwariować, definiujesz nowo poznane jako instynkt. Zawierzasz mu, bo czemuś przecież trzeba" - przezajebisty fragment, fragment, który mógłby być startową narracją filmu Tarantino

W ogóle to masz tam narrację drugoosobową, co jest przezajebistym i niezwykle rzadkim zabiegiem.

"Strzeliło w kolanach, gdy chudy garbus wstał. Upieprzony aż po łokcie smarem, niegościnny z zakazanej gęby, z rudą mewą monobrwi płynącą przez środek czoła" - opis taki bardzo Twój, poznałabym po omacku, że to Canulardo pisał

Wklejam, jadę dalej
Odpowiedz
*Ritha 20 d.
z dużym wykopem
— Cześć — odparł w tonacji wcześniejszego "Spierdalaj". - hahaha

Technicznie, dalabym z małej albo z dwukropkiem:
— Cześć — odparł w tonacji wcześniejszego "spierdalaj".
— Cześć — odparł w tonacji wcześniejszego: "Spierdalaj".
Chyba z małej po prostu, jak uważasz.

"Oclało mu się niechcący, choć sporo widział" - haha jak 70% ocalałych z twd

— To nie smęty[,] dziadku. To... sceneria.

" — Wiwat, uwal go.
— Naprawdę mogę? Zara, ale którego?"

Nooo kurde, uwielbiam to uniwersum, wyborna scena, Wiwacik w formie!

"Link do części III:"
Odpowiedz
*Canulas 20 d.
Ritha no ja wiem, że rozpoznawalny. Dlatego jestem debil w konkursach, gdzie się trza maskować. Fajno, że podchodzi, bo ciągnę to uniwersum i szarpię, jak tylko mogę. Zara się okaże, że przewalę formułę, a za wiele innego nie mam
Odpowiedz
*Canulas 20 d.
Ritha łoj, poprawię od razu, bo zapomnę

Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.