online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
Sto lat dla Nuncjusza!
jasno
(cod)#4 - Wielkie Polowanie (1z2)
<
(cod)#2 - Portfel - drabble
>
Tagi: #seria #codziennostrzał #PolskieKlimaty

(cod)#3 - PGR cz.3

 poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=6483&am

 

 1992 rok, lato

 

  Z północy nadciągał purpurowy korowód burzowych chmur. Gęste masy przysłoniły rozedrgany czerwienią zachód słońca. Pod bramą PGR-u zameldował się seledynowy wartburg 1.9 rocznik ‘90. Na placu mimo, że obiekt od dwóch miesięcy był zamknięty, nadal stały lśniące, wciąż marzące o kolejnych pracowitych żniwach, czerwone bizony. Budka strażnika przy wjeździe pozostawała pusta. Nosiła już ślady pierwszych zawodów w rzucanie kamieniami do celu. Kierowca zacisnął dłonie na kierownicy, po czym wrzucił bieg i dodał gazu. Auto wbiło się w zabezpieczoną łańcuchem bramę wyginając jej skrzydła w pokraczny sposób. Koła zabuksowały na żwirowej nawierzchni tworząc nieznaczne wgłębienia. Po chwili silnik zamilkł.

 — Idealnie — z dumą uniósł się kierowca. Otwierając drzwi naciągnął na głowę kaptur.

 — Nie będzie potrzebny — zapewnił pasażer. — Wystarczą tylko przeciwsłoneczne okulary. Nawet jeśli ktoś nas zobaczy, będą cięci tylko na dwóch gości w czarnych okularach.

 O ile w dziewięćdziesiątym trzecim nadal znajdą tyle zapału.

  Obaj wyszli z auta i spojrzeli na opuszczony plac przed sobą. Gdzieś w oddali majaczyło światło lampy. Zmierzchało, a z północy niosły się pierwsze, na razie ciche odgłosy letniej burzy. Lipiec ‘92 chciał odejść tej nocy w zapomnienie z solidnym walnięciem.

 Fiodor Aleksiejewicz położył dłoń na srebrnej klamce furtki. Nie stawiała oporu i po chwili byli już na terenie PGR-u. Pod nogami trzeszczały odłamki szyby z budki strażnika, gdy przechodzili w stronę ciągu pomieszczeń gospodarczych, w których uśpiona maszyneria czekała na błysk promieni słońca przez otwarte drzwi.

 — Ostatnio zalałem go do pełna — powiedział Jurij z lekkim niesmakiem wiedząc, że równie dobrze mógł zapełnić bak jedynie do połowy, a resztę paliwa zabrać ze sobą. Fiodor nalegał jednak, aby cała zawartość kanistra wylądowała zbiorniku.

 — Nadal nie uważasz, że to najlepsze rozwiązanie?

 — Każda kropla jest cholernie ważna. Z tego wiem, Czerep nie kwapił się, żeby załatwić nam wachę na powrót.

 — Wszelkie zadania wymagające IQ powyżej osiemdziesięciu zostawiam sobie. Nie wierzę, że Czerep załatwiłby odpowiednią mieszankę. W najlepszym razie poczęstowałby naszego staruszka duporwącym ściekiem, który wysadziłby cylindry po dwóch obrotach.

 Pomieszczenie skąpane było w mroku. Jedynym źródłem światła okazało się małe okno na tylnej ścianie pozbawione szyby. W jej miejscu tkwiła gałąź ociosana niczym osikowy kołek. Wisiały na niej dwie robocze marynarki. Fiodor postanowił przeszukać obie, ale oprócz otwieracza i dwóch kapsli nie znalazł niczego przydatnego czy wartościowego. Ich cel stał przy ścianie po lewej stronie. Jurij włączył pośpiesznie latarkę obrzucając zimnym światłem starego S-15 ustawionego na czterokołowej platformie.

 — Najlepsza zabawa będzie z korbą rozruchową — syknął kwaśno Fiodor.

 — Przy dobrych wiatrach załapie po dziesięciu, może dwunastu obrotach.

 — Pewnie, ale najpierw trzeba ją znaleźć.

 

 *****

 

  Zenek stracił tego wieczoru wiele. Licząc w punktach przy założeniu, że na pierwszy ogień idzie najbardziej dochodowa strata: dziewczynę, auto, resztki pieniędzy z oszczędności i sporą część zdrowia psychicznego. Małego fiata jeszcze by przebolał, bo w jakby tak dobrze się zastanowić i przypomnieć sobie znamienne lato ‘88, to nawet nie był jego i ciągle cuchnął na kilometr Sosnowcem, choć przemierzał żwirowe i rzadko asfaltowe drogi jakieś dwieście kilometrów na północ dalej. Ale Magda i jej ciepła posadka w urzędzie miasta - to już był cios poniżej pasa. W takich chwilach człowiek ma ochotę skopać sobie dupsko za swoją naiwność. Nie jego wina, że od dwóch miesięcy błąkał się za robotą, mając w pamięci obraz przełożonego obwieszczającego mu, że ciepła i przyjemna komuna zdechła bezpowrotnie, a przynajmniej została owinięta w drogi, święcący papierek degrengolady kapitalizmu. Często wracał pod bramę PGR-u, wspominając oblane alkoholem wieczory i walkę o powrót do domu, gdy świat stawał się jedną wielką karuzelą, zapraszając cię do przejażdżki przez następne parę godzin.

  Ulica była pusta i cicha. Niebieskie poświaty teleodbiorników w domach mieszały się z żółtym blaskiem latarni. Ostatni łyk samogonu od byłej ukochanej i można umierać. Tylko jak? W głowie oprócz narastającego szumu, utrwalił się obraz jej uśmiechniętej, niewinnej buźki. Usta poruszały się powoli i zmysłowo prosząc o trochę gotówki. Wyjął z portfela plik banknotów zdefiniowany jako ostatnie oszczędności. Odpowiedziała klasycznie: Nie martw się. Tylko tydzień, góra dwa. To było wczoraj, a dzisiejszy wieczór dobitnie pokazał że za dwa tygodnie realniejszym scenariuszem będzie odwiedzenie grobu Zenona Dłużnika, lat dwadzieścia cztery, przez jego kumpli od kieliszka.

  Czerwony fiat 125p stała zaparkowany pod barem mlecznym jak głosił szyld, od czterech lat specjalizującym się jednak w funkcji sklepiku parafialnego. Plastikowe zderzaki lekko odstawały od karoserii, nosząc ślady głębokiej eksploatacji powypadkowej. Zenek postanowił zaryzykować. Niczym przyczajony partyzant zbliżył się do auta bez przerwy lustrując okolicę. Stare nawyki przeważyły nad totalną ignorancją zagrożenia. Dla pewności chwycił za klamkę. Może to naiwność, a może po prostu uznał, że skoro ten dzień spłynął rynsztokiem całym sobą, teraz będzie tylko lepiej. O dziwko drzwi zgrzytnęły lekko ukazując niewielką szparę pomiędzy słupkiem b, a ich krawędzią. Dalsza droga ku całkowitemu otwarciu przebiegła z pomocą Zenka. Powypadkowy fiat zapewne już w czasach nowości nie grzeszył sztywnością, jednak kolejne przygody i wizyty u „zawodowych” wiejskich mechaników obniżyły ją jeszcze bardziej. Zanim wsiadł na miejsce kierowcy jeszcze raz dokładnie przeczesał ulicę wzrokiem ( co jest z tobą? Gdzie ta cholerna ignorancja, manifest porzucenia?). Teraz liczyły się każde sekundy. Chociaż nie, wcale nie. Ma tyle czasu ile zechce. Sam, bez przerażonych pisków i błagań, żeby się pośpieszył, przerywanych sprośnymi serenadami śmiechu. Ostatni raz fiata odpalał na kablach w dziewięćdziesiątym na Mazurach, gdy poziom naiwności w swoje szczęście osiągnął apogeum. Wszystko zajęło w sumie sześć minut i skończyło się na spalonej akcji, krótkiej, ale treściwej bijatyce z właścicielem rzeczonego fiata, oraz na wyzwaniu przeleć swoją dziewczynę i jej siostrę w mazurskich lasach tej samej nocy. Wtedy nawet nie przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić schowek. Adrenalina robiła swoje. Tym razem nie miał już nic do stracenia, przynajmniej w jego mniemaniu. Znalazł tam jednak coś więcej niż śrubokręt, paczkę papierosów i trochę drobnych. Nie można mieć tyle szczęścia jednej nocy. Równowaga w końcu zapuka do drzwi, ale wiecie co? Jebać ją, póki można.

 

 ****

 

 — Ktoś tu węszył — mruknął z przekonaniem Fiodor, rzucając kawałkiem blachy w mrok. Głuchy dźwięk rozniósł się po całym pomieszczeniu, płosząc niezidentyfikowane stworzenie skatalogowane w umyśle Fiodora jako cholerne ptaszysko nocne.

 — I zarąbał akurat korbę rozruchową od pieprzonego es-a. Mógł się wysilić i wziąć komplet, ale postawił na minimalizm i zadowolił się kawałkiem żelastwa.

 — Nie martwi cię to?

 Jurij wzruszył ramionami, rozjaśniając swą twarz blaskiem latarki. W ogarniającej go zewsząd ciemności wyglądał jak upiór mając zaraz wydać z siebie przejmujący jęk.

 — Martwi mnie twoje zbytnie zaangażowanie. To Czerep czeka na nas nie my na niego. Zresztą i tak nie wie po jaką cholerę miał zawinąć tamtego policjanta. Będzie czekał w umówionym miejscu do usranej śmierci, albo naszego przybycia.

 Fiodor zmarszczył brwi i bez odpowiedzi wrócił do poszukiwań. Zrozumiał co do literki, dlaczego Jurij najpierw wspomniał o śmierci, a dopiero potem łaskawie dodał ich przybycie w rok dwa tysiące siedemnasty. Nie miał absolutnie żadnych złudzeń, że Czerep wykaże się cierpliwością i wypełni zadanie do końca. Facet zapewne był przekonany, że najtrudniejsze już za nim. Nie spodziewa się, że najgorsze dopiero nadchodzi.

  Niebo rozdarło się na dwie części w oślepiającym blasku, a po kilku chwilach do rozpoczynającego się spektaklu dołączył grom. Po szczelną kopułą burzowych chmur na żwirowej krętej drodze majaczyły słabe światła reflektorów. Auto mknęło przez piaszczyste wertepy, jęcząc i dudniąc przeraźliwie. Gdy przejeżdżało obok wbitego w bramę PGR-u wartburga, nieco zwolniło, po czym skręciło na pusty plac nieopodal, przeznaczony na auta dla pracowników. Silnik zgasł i samochód pogrążył się w mroku. Wysoka, postawna postać stanęła obok i oparłszy się o dach, wbiła wzrok w letnie, burzowe niebo. Gdy pierwsze rzęsiste krople uderzyły o maskę auta, ruszyła nieśpiesznie w stronę bramy.

 

 

8709 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *marok
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 42

Opis:

Codziennostrzał - dzień 3 - Środowa seria - rozpoczęcie dowolnej serii, która będzie kontynuowana tylko w środy

Dodano: 2021-04-21 22:45:59
Komentarze.
Dobrze, że się wyrobiłeś, już na Ciebie polowałem, żeby pytać, jak tam
Odpowiedz
*marok 1 m.
Canulas jest git,walczę dalej
Odpowiedz
z wykopem
" Fiodor Aleksiejewicz położył dłoń na srebrnej klamce furtki. Nie stawiała oporu i po chwili byli już na terenie PGR-u. " - dłoń czy furtka. Znaczy, wiadomo, o co kaman, ale no...
Może: Fiodor Aleksiejewicz położył dłoń na srebrnej klamce. Furtka nie stawiała oporu i po chwili byli już na terenie PGR-u." to duperel, ale można wybrnąć z lekkie dwuznaczności. No ale to rak na sztukę tylko.


"Nie jego wina, że od dwóch miesięcy błąkał się za robotą, mając w pamięci obraz przełożonego obwieszczającego mu, że ciepła i przyjemna komuna zdechła bezpowrotnie, a przynajmniej została owinięta w drogi, święcący papierek degrengolady kapitalizmu." - to

"Wyjął z portfela plik banknotów zdefiniowany jako ostatnie oszczędności. Odpowiedziała klasycznie: Nie martw się. Tylko tydzień, góra dwa. To było wczoraj, a dzisiejszy wieczór dobitnie pokazał że za dwa tygodnie realniejszym scenariuszem będzie odwiedzenie grobu Zenona Dłużnika, lat dwadzieścia cztery, przez jego kumpli od kieliszka." - i to.

Oba zapisy bardzo wysokiego lotu i już tylko one dodają jeden wykop do oceny. Czyta się to 15sek, ale żeby tak zapisać, minimum 40min pracy.

" — Ktoś tu węszył — mruknął z przekonaniem Fiodor, rzucając kawałkiem blachy w mrok. Głuchy dźwięk rozniósł się po całym pomieszczeniu, płosząc niezidentyfikowane stworzenie skatalogowane w umyśle Fiodora jako cholerne ptaszysko nocne." - też spoczi, ale ten fragment wyżej - o Mazurach - przegadany.

" Jurij wzruszył ramionami, rozjaśniając swą twarz blaskiem latarki." - tu zapisałeś, jakbyś uciekł z wattpada. Wiadomo, że swoją twarz.

" Jurij wzruszył ramionami, rozjaśniając twarz blaskiem latarki". - ooo

Tekst ok. Coś w stylu 1części, choć Ci bohaterowie trochę mi latają koło chuja. Ani ich kocham, ani nie lubię. Przynajmniej w tej części nie uwypuklasz ich wad ani zalet.
Śmieszkowanie miejscami zacne. Słowny floret niekiedy kusi celnie. Musisz jednak dozować te "zacności", bo jak będzie ich za dużo, to się zleją.


Odpowiedz
*marok 1 m.
Canulas no wyrażam się dopiero po przerwie dlugiej z tą serią. Ale myśle że dalej już poleci lepiej. To taki trochę lekki przejściowy zapychacz na wprowadzenie, tylko ze dla mnie do tego uniwersum
Odpowiedz
marok pinknie, łoby gryzło
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.