online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
COD#7 Na duszę własną
<
Tabula rasa cz. 1
>

Bliscy ludzie cz.13

 Logan Harris wrócił do Deadwood. Porzucił pomysł sprawdzenia szpitala, przerzucając to na barki Sandlera. Wieść o śmierci aresztowanego dotarła do niego chwilę po pobudce obok potulnej już Rosemary. Wczorajszy wieczór spędzili razem, chociaż mężczyzna ciągle miał w głowie sprawę Penny. Starał się ukryć myśli o tym, że kobieta i jej sąsiadka nie będą ostatnie, a w mieście dzieje się coś niepokojącego, że istnieje ktoś, dla kogo pieniądze nie były dostateczną zapłatą. Ktoś, kto szuka śmierci, bez przelewu krwi. Przez sznur. Uduszenie.

 Spróbował dźwignąć się z łóżka.

  — Zamknij oczy. — Rose przytrzymała go za ramię. — Nie musisz jeszcze wstawać.

  — Jeśli nie wstanę zamoczę pościel, a tego chyba byś nie chciała. — Głupkowaty uśmiech przeciął jego twarz.

  — To zależy co pod tym rozumiesz. — Znalazła się w okolicy jego bioder.

  — Nie masz dość?

 Pokręciła głową.

  — Nie jesteś zbyt porządna, Rose. Co powiedzą ludzie w szpitalu, jeśli się dowiedzą, jaka jesteś pruderyjna? — Odwrócił ją na plecy i odnalazł wgłębienie w szyi. Dotknął.

  — Głupek — zabrzmiała jak nastolatka przedrzeźniająca kolegę. Długie włosy związane w kucyk zarzuciła do przodu. Przez moment patrzyli na siebie, badając własne ciała, jakby nigdy wcześniej ich nie wiedzieli. Później zadzwonił telefon.

  — Tak będzie już zawsze? Piąta? Szósta? Szkoda, że nie dzwonią do ciebie o trzeciej nad ranem. Wtedy nie musiałbyś się nawet kłaść, bo czekałbyś na wiadomość.

  — Rose…

  — Taa. Widocznie cię potrzebują. — Spróbowała się uśmiechnąć.

 W słuchawce tym razem usłyszał Megan. Wyrzucała z siebie słowa jak z karabinu maszynowego.

  — Poczekaj, bo nie bardzo rozumiem, mieliśmy jedynego świadka, a teraz nie mamy nic, bo go nie dopilnowaliście? — zapytał.

  — Grzebaliśmy w komputerze, a Frank, no… niczego nie było słychać.

  — Aha — skwitował, a potem dodał: — Kurwa, przecież to niedorzeczne.

  — Mamy pewien trop. Ktoś, kto zabił Penny, zgłosił się do niej po przeczytaniu tekstu. Pisała, że szuka wnuków i dobrze zapłaci, jeśli ktoś ich zna. Później, że dzieciaki zmarły w wieku pięciu lat, ale potrzebuje oczyścić sumienie i nadal czeka. Rozumiesz? Chciała zapłacić obcym ludziom, żeby poudawali bliskich.

 Logan Harris usiadł na brzegu łóżka i chłonął każde słowo. Przypomniał sobie wyznanie Penny o tym, że kiedyś odwiedzi ją gromadka tłustych wnucząt. Była tego pewna. Dlaczego dzieci zmarły tak wcześnie? Ta myśl nie dawała mu spokoju.

  — Jak się skontaktowała ze sprawcami?

  — Tego jeszcze nie wiemy. Nikt nie odpowiedział na wiadomość, a ona podała tylko pocztę.

  — Aha. Czyli wracamy do punktu wyjścia. Co zamierza Kurt?

  — Zack dał ludzi, żeby sprawdzili, czy te gęby opisane przez Franka gdzieś tu są. Dobrze, że zdążył to zrobić przed śmiercią.

  — O ile to prawda. Co stało się dzieciom?

  — Nie wiem. Przyjedziesz do nas?

 Zerknął w stronę Rose. Ciszę przerywało jedynie tykanie zegara i oddechy w słuchawce.

  — Megan?

  — No?

  — Spieprzyliście to. I obym się mylił, ale ktoś za to przeoczenie zabaw Franka oberwie nieźle po kieszeni. Jeśli tylko po tym.

  — Do zobaczenia, Harris. Potrzebujemy cię teraz — nie odniosła się do zarzutów.

  — Do później.

 Odetchnął głęboko i położył się z powrotem na łóżko.

  — Coś nie tak?

  — Frank dołączył do grona świętych męczenników.

  — Nie rozumiem.

  — Och, Rose. Po prostu się zabił. I ani Kurt, ani Megan, ani ktokolwiek z funkcjonariuszy siedzących na tym ich wypizdowie nie przypilnował go.

 Rosemary otworzyła usta, a po chwili natychmiast je zamknęła. Znów nie wiedziała co powiedzieć, więc po prostu pokiwała głową na znak, że rozumie.

  — To był jedyny świadek.

  — Tak.

  — To nieco komplikuje sprawę.

  — To co teraz?

 Logan Harris spojrzał na kobietę spod przymrużonych powiek. Zlustrował jej nagie ciało, rozważając w głowie powrót do łóżka, co byłoby najlepszym rozwiązaniem, bo nic nie wkurzało go bardziej niż problemy na rozpoczęcie dnia, ale zamiast tego powiedział:

  — Będziemy szukać. Po prostu.

 Drzwi do łazienki zamknęły się, a Rose zarzuciła na siebie kołdrę i ponownie zasnęła. Logan z kolei wziął krótki prysznic, wypił kawę, zagryzając rogalikiem z masłem i kilkanaście minut później siedział już w barze numer dziesięć. Kurt Sandler na niego czekał. Usiedli w rogu, zostawiając dużą przestrzeń dla innych gości.

  — Wydaje mi się, że jednego z tych mężczyzn kojarzę — zaczął detektyw.

  — Skąd?

  — Stąd głąbie. Z Deadwood. Pamiętasz urodziny twojego ojca jakieś dwa miesiące temu?

  — Taa jakbym mógł zapomnieć. Pamięta o tym chyba każda szklanka i większość butelek. Tych stłuczonych na pewno. Było hucznie, co?

 Harris przypomniał sobie jak Zack ośmieszył syna, podważając jego umiejętności strzelania przy niezłej grupce osób. Poleciało kilka szkieł i wątpliwej jakości przypadkowych zębów. Tak. Zdecydowanie było hucznie.

  — Był tam taki jeden, chociaż mogę się mylić. Trochę wypiłem. Kręcił się wokół barmana i też nie żałował sobie alkoholu.

  — Niewiele nam to mówi. A ten drugi, kojarzysz?

  — Nie bardzo.

  — Może powinniśmy się przyjrzeć bardziej Elenie? Ona powinna coś wiedzieć, skoro tyle razem przesiadywały.

  — Pytałem. Wie tylko o listach, ale nawet ich nie czytała. Nie ma pojęcia czego Penny i Sara szukały w komputerze.

 Kurt zmarszczył brwi.

  — Czyli na razie mamy szansę taką jak wygranie w lotto?

 W tym samym momencie drzwi do baru otworzyły się. Grupa nabitych mężczyzn usiadła w samym rogu. Czuło się od nich woń niestrawionego jeszcze alkoholu i machorkowych papierosów. Byli głośni. Policjant przewrócił oczami i dotknął prawej kieszeni, gotowy, żeby uciszyć rozbawionych pajacyków, ale Harris pokręcił głową na znak dezaprobaty.

  — Nie świruj — zawyrokował. — Będziesz machać pukawką, jak znajdziemy sprawców. I jeśli nam się poszczęści, a tych dwóch jest nadal w Deadwood, to będzie to całkiem niedługo.

  — Nie chcę, żeby Zack przejął pałeczkę — Kurt patrzył gdzieś w dal. — Ojciec musi zobaczyć, że nie popełnił błędu dając mi pełną swobodę. Rozumiesz?

 Logan przytaknął.

  — Mniej więcej, ale nie bawimy się w „Znajdź morderców w siedem dni”. Zluzuj.

  — A jeśli zginie ktoś jeszcze? Kurwa, Logan, nie podoba mi się to. Dlaczego po prostu nie zabrali kasy i nie zawinęli się gdzieś, gdzie pieprz rośnie? Są tacy głupi?

  — Albo spragnieni.

  — Co?

  — Albo spragnieni dusz. Ciał, Sandler. — Detektyw brzmiał poważnie. — Nie wiemy co dokładnie się stał, co sprowokowało ich do powieszenia kobiet, co popchnęło do tego, żeby zostawić Franka przy życiu, i wreszcie, dlaczego kazali wzywać pomoc osobiście.

 — Nie dostali pieniędzy?

 — Dostali. Przynajmniej tak mówił ci Frank.

 — A Sara? Chcieli zatrzeć ślady? Myślisz, że wiedziała skąd są? — Myślę, że nie zaszkodzi sprawdzić kilku barów w okolicy. W mniej formalnym stroju.

 — Mogłem zapytać Franka o kilka rzeczy.— Kopnął w ladę.

 — Mogłeś, ale stary już nie żyje. Teraz trzeba skupić się na tym, żeby nie zginął nikt więcej.

 — Wydaje mi się…

 — …że gówno wiesz, Harris. Byłeś tak samo pijany jak ja, a może nawet bardziej.

 Logan Harris przewrócił oczami, ale nie miał zamiaru przekonywać Kurta o swojej racji. Czuł, że widział gdzieś tę twarz i jeśli wierzyć przeczuciom ten ktoś był stąd. Zacisnął oczy, jakby porażony nagłym bólem głowy i zawiesił spojrzenie na kelnerze. Przez moment obserwował, jak mężczyzna krząta się między grupką zebranych osób, a potem coś wpadło mu do głowy.

 — Kurwa — wyrzucił z siebie, nadal mierząc wzrokiem obsługującego salę. — Jeśli Frank miał rację, no obstawmy, że ją miał i nie myli się co do rysopisu, to istnieje prawdopodobieństwo, że któraś z tych mord siedziała na tym stołku.

 — Na tym?! — Kurt Sandler niemal wrzasnął.

 — Chryste. W przenośni. Jak ją znaleźli?

 — Załóżmy, że sprawdzili w Internecie. Przecież tu mieszka tylko jedna Penny Morris.

 — Załóżmy. Chwilę później ginie Sara, osoba, z którą Penny wystawiła ogłoszenie i której być może zwierzyła się z planów. Skąd mieli też jej adres?

 Kurt Sandler zacisnął usta. Zasznurowane wargi nie rozklejały się przez kilka dobrych sekund. Policjant zwiesił luźno ramiona, westchnął, pokręcił głową, niedowierzając.

 — Może namierzyli IP komputera?

 — Może.

 — Coś innego chodzi ci po głowie?

 Logan Harris chrząknął i znów spojrzał na kelnera.

 — Nie wiem. Coś mi tu śmierdzi i zanim będziesz pajacować, to od razu powiem, że to nie ty — westchnął.

 — Musieli się wcześniej skontaktować. Nikt nie przychodzi ot tak.

 — Chyba, że jest kominiarzem — burknął detektyw.

 — Nie podała numeru, ale… Może usunęła odpowiedź? Kurwa, przecież to prawdopodobne.

 Nastała cisza. Pełna wyczekiwania na kolejny wywód. Przerwał ją dopiero telefon Sandlera. Policjant ściągnął brwi i odebrał. Przez moment odpowiadał jedynie krótkimi równoważnikami zdań, żeby ostatecznie pozostać przy mruknięciach. Zrobił się czerwony, a potem głośno coś syknął. Cisnął telefonem w ladę.

 — Zack odsuwa mnie od sprawy. Pieprzony sukinkot! — wrzasnął.

 — Jezu, to twój ojciec, Sandler. Dlaczego?

 — W takim razie przepraszam. To pieprzony dupek — sprostował. — Nie dopilnowałem Franka. Nie wydaję mi się jednak, żebym miał takie zadanie. Poza tym kilka osób było ze mną, więc tak samo powinni beknąć. Megan, ten jebany informatyk z czerepem jak połowa arbuza i dwóch…

 — Nie może cię teraz odsunąć — przerwał Logan.

 — Jezu, Harris, tylko nie powtarzaj jakiegoś wyświechtanego powiedzenia, że będzie dobrze. Już to zrobił i powiem ci więcej: jeśli mnie to i ciebie. Byłeś chroniony pod moim płaszczem, a skoro go już nie ma obaj możemy robić za statystów.

 — Nie zostawię tego tak. Kończę rzeczy, które zaczynam. W przeciwieństwie do niektórych.

 Wiedział, że to dotknie Kurta. Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki ten zapienił się instynktownie, otworzył usta, żeby wydać z siebie pomruk niezadowolenia, ale nie zdążył, bo usłyszeli strzał. Kula drasnęła róg stołu, usytuowanego najdalej, w głębi baru. Kurt wymierzył w mężczyznę. Ich spojrzenia, pełne znaków zapytania skrzyżowały się w pełnym emocji splocie. Strzelec przeniósł wzrok na Logana.

 — Trzymasz się blisko Sandlera. A Kurt Sandler to pajacyk. Gówienko na przedniej szybie. — Słowa karzełkowatego brodacza sprawiły, że Logan Harris cofnął się w pamięci do momentu, w którym wyszedł z domu Penny. W barze nieopodal usłyszał rozmowę dwójki ludzi, którzy debatowali na temat morderstwa. Opowiadali ze szczegółami historię, która zdarzyła się jakiś czas temu. Opowiadali o ucieczce Penny przed Frankiem, motywach zbrodni, a kiedy zbliżył się do nich, kiedy był już bardzo blisko jeden z nich wyszeptał coś co utkwiło mu w głowie. Teraz powtórzył dokładnie to samo.

 — Uważaj, bo to gówno, może odprysnąć .— Sandler splunął przed siebie i przytrzymał spust.

 — My się chyba już znamy. Pan zdaje się był na tej samej imprezie co my, Kurt. I bardzo ryzykowne było przychodzenie tu ponownie.

 Tym razem strzał był celny. Policjant wciągnął oddech - zaczerpnął w płuca ciężkiego smrodu alkoholowych oparów i zimnego, jesiennego powietrza. Przystawił szklankę do ust. Wypił jeden z dwóch pozostałych łyków wody, a głos w jego umyśle tłukł się jak ptak z przyciętym skrzydłem.

  Nikt nie ma prawa cię obrażać, Kurt. A jeśli ktoś się ośmieli, po prostu zrób mu krzywdę. Lubisz to, Sandler. Pamiętasz jaką czerpałeś z tego radość jeszcze kilka lat temu?

 Potrząsnął głową, żeby pozbyć się tych myśli, ale to nadal w nim siedziało. Rosło, pęczniało jak nieumiejętnie wyrwany chwast. Czekało gdzieś w mroku, żeby dać o sobie znać. I wszystko wskazywało na to, że miało dość zwlekania.

 Detektyw zadrżał; usta wykrzywiły mu się w grymasie niesmaku.

 

 

 

 

 

11702 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: kryminal

Liczba wejść: 17

Opis:

Dodano: 2021-04-24 07:35:17
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.