online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
Praca Wyróżniona
Tagi: #bizarro

Przystań zgniłych marzeń/ Inwazja bizarro

 Gęsta mgła unosiła się nad rzeką. Z trudem dojrzałem rufę jachtu, zacumowanego w przystani.

 Poczułem głód.

 Wpłynąłem pod kadłub i odetchnąłem z ulgą. Glony osadzały się na zapisanych kartkach papieru, spajając je z drewnianą konstrukcją. Spod zielonego nalotu wydobywały się pęcherzyki powietrza.

 Skosztowałem odrobinę lepkim językiem, karcąc siebie w duchu za uleganie pokusie. Powinienem zaczekać aż marzenie ulegnie całkowitemu rozkładowi.

 Wtedy smakuje najlepiej.

 Ciszę przerwał huk wystrzału. Rozległ się pełen dzikiego bólu jazgot. Brzmiał niczym skarga, którą echo roznosiło po lesie. Wrzaski ustępowały, by po chwili przybrać na sile. Wwiercały się przez bębenki do mojego mózgu, zagłuszając myśli.

 Przeczesywałem zarośla, by zlokalizować źródło hałasu. Wdepnąłem w kałużę. Uniosłem głowę, gdy powiekę oblała krwawa kropla spływającą z źdźbła trawy.

 

 ⃰

 

 Zbudził mnie odgłos kroków na pomoście. Wskoczyłem na belkę, by przyjrzeć się nieszczęśnikowi. Czarna noc, a on nie spieszył się do kajuty. Postawił kołnierz kurtki i wypuścił nosem kłęby dymu. Kuśtykał w stronę jachtu, kuląc głowę w ramionach. Przed wejściem na pokład wyrzucił niedopałek do wody, pozbawiając się ostatniej przyjemności.

 Rech.

 Mężczyzna w czapce z daszkiem odwrócił się, ale mnie nie dostrzegł.

 – Myszko… dlaczego nie śpisz? – Pełen wyrzutów rechot dobiegł zza mojego grzbietu.

 – Kotku, podziwiam... – wyszeptałem podekscytowany. – Podziwiam ofiarę własnych wyborów.

 Żona rozejrzała się niechętnie, po czym ziewnęła.

 – Jestem zmęczona, wracam zagrzebać się w mule.

 – Czujesz jak gniją? – Oblizałem ślinę zbierającą się w kącikach otworu gębowego i spływającą wzdłuż podgardla. – Czujesz jak umierają?

 Żona złapała mnie za przednią łapę, nakazując spokój.

 – Nie wiem o czym rechoczesz. Kto umiera?

 – Ludzie. I ich marzenia.

 – A po co ci oni, Pszczółko? – zapytała z ciekawością i odrobiną niepokoju.

 Otaksowałem ją wzrokiem: wyłupiaste oczy, szeroki pysk, czarne plamy na grzbiecie, skoczne nogi, a także niewyobrażalnie sprawny język. Była piękna, jednak niczego nie rozumiała.

 – Muchy mi obrzydły, Kiciu – Przyłożyłem błonę pławną znajdującą się między palcami tylnej kończynie do jej błony. W ten sposób tworzyliśmy jedność. – Potrzebuję czegoś bardziej… kalorycznego.

 – Skąd wiesz, że marzenia są kaloryczne? – Spojrzała na sternika, który stał na skraju pomostu. Spoglądał w dal, pocierając dłonią kieszeń kurtki.

 – Pamiętasz syna kapitana? Tego, co pragnął zostać pilotem odrzutowca, a jego tata uparł się, że wybudują razem statek? Maciuś po kryjomu czytał magazyn "Pierwszy lot", który trzymał w schowku, znajdującym się pod korą drzewa. Natomiast, gdy dorósł wypłynął z ojcem w morze. Któregoś dnia znalazłem go pod olchą wśród grzybieni białych. Jego gałka oczna zwiotczała i zapadła się do oczodołu. Ze wzdętego brzucha wypełzały larwy. Nad pokrytym zielonymi plamami ciałem unosił się intensywny słodkawy zapach. Wiesz, co wtedy zrobiłem? – Zarechotałem zawstydzony. – Zjadłem go. Skórka po skórce, mięsko po mięsku, kosteczka po kosteczce. Smakował wybornie. Podobnie jak egzemplarze czasopisma, które wrosły w łyko, tworząc twardą narośl na pniu.

 Zaschło mi w gardle. Przełknąłem ślinę.

 – Kaloryczny posiłek dodał mi sił…

 – Zabierasz ludziom marzenia? – Żona rzuciła mi lodowate spojrzenie.

 – O nie… nie stać by mnie było na takie okrucieństwo. – Pogładziłem ją po oślizgłym grzebiecie – Sami je porzucają. Ludzie to zadziwiająco słabe istoty. Rezygnują ze swoich pragnień przy pierwszej napotkanej przeszkodzie. A wtedy ich sylwetka się kurczy, skóra wiotczeje, włosy siwieją. Nazywają ten etap swojego życia starością. Nie zdają sobie sprawy, że po prostu gniją. Tak jak ich marzenia.

 Mężczyzna w czapce z daszkiem zapalił kolejnego papierosa i usiadł na brzegu deski. Westchnął tak ciężko, że mgła opadła, rozpływając się w wodzie. Sternik ściągnął buty, po czym zanurzył stopy w rzece.

 – Widzisz, Rybeńko, poddał się. – Nie mogłem oderwać od niego wzroku, gdy pochylił się nad taflą. Jego ciało ulegało rozpadowi.

 Z kieszeni wysunęły się białe koperty, które porwał wiatr i rozsypał po gładkiej tafli. Zdążyłem przeczytać imię adresata: Marianna, gdy atrament rozpuścił się w cieczy, barwiąc ją na niebiesko. Listy zanurzały się, by oblepić kadłub.

 Sternik uniósł zesztywniałe ciało i skierował się w stronę jachtu, gdy jego stopy zaczęły puchnąć. Łydki i uda nabrzmiały, rozrywając szwy w spodniach.

 Na twarzy mężczyzny pojawiły się zielone plamy. Jęknął cicho, zginając się wpół. Jelita przebiły jamę brzuszną i wypełzły na pomost. Z tętnicy buchnęła zgniła krew. Gdy wysuszone ciało osunęło się na deski, sternik oddychał płytko, jakby zapadał w sen. Tyle, że do moich nozdrzy dobiegał już słodkawy zapach.

 – No dalej, walcz… Możesz napisać nowy list… Nie wszystko stracone…

 Zdrada. Zdrada dobiegała z otworu gębowego mojej żony.

 – Co tam rechoczesz? – syknąłem, z żalem odwracając wzrok od gnijących zwłok. Speszyła się i spuściła głowę. Tak, w tej pozycji kłamstwa łatwiej przechodzą przez gardło.

 – Nic, Gąsko, nic… – Zamrugała zalotnie. – Chodź w zarośla, ułożę się na brzuchu, a ty wskoczysz na mój grzbiet. Wiesz, jak marzę o kijankach…

 Przyłożyła błonę pławną rozpiętą między palcami do mojej błony. Spojrzałem na jej zdradliwy pysk i cofnąłem łapę.

 – Tak, wiem… wiem, Rybciu.

 

 ⃰

 

 Do domu wróciłem nad ranem, gdy wschodzące słońce odbijało się smugami w wodzie. Przedzierałem się przez mokradła wśród sennej ciszy, której nie miałem odwagi zakłócić. Żona leżała wśród trzciny. Rozpalona i drżąca. Spojrzała na mnie z niespotykaną dotąd błogością w oczach.

 – Wróbelku, dlaczego nie wróciłeś na noc? Potrzebowałam cię. Temperatura rośnie, zbliża się lato. Niedługo skończy się okres godowy… – rzekła zadziwiająco opanowanym tonem. Jeszcze kilka dni temu przeklinała seksualną bierność, na którą ją skazałem, ciskając we mnie błotem.

 – Wybacz… – Rozejrzałem się dookoła. Nie dostrzegłem niczego niepokojącego. Mimo to, odnosiłem wrażenie, że coś się zmieniło.

 – Nie mogłam dłużej czekać, Żuczku… Złożyłam skrzek – wyrzuciła jednym tchem.

 – Sama? W jaki sposób?! – Moje gałki oczne wysunęły się z oczodołów.

 – Masturbowałam się. – Jej policzki poczerwieniały. Przejechała łapą po spoconym czole, prostując grzbiet.

 – Co takiego?! – zapiszczałem zdecydowanie zbyt cienkim głosem.

 – Pieściłam się pod tylnymi kończynami… jednak cały czas myślałam tylko o tobie, Kiciu! – Przysunęła się do mnie, mrugając powiekami. – Teraz powinieneś polać jajeczka nasieniem.

 – Motylku, nie mam zamiaru. – Pogładziłem żonę po głowie. – To musi być skrzek urojony.

 – Nic z tych rzeczy. Skrzek jest prawdziwy. Sprawdź między kaczeńcami – wyszeptała, wskazując brzeg rzeki.

 Przepłynąłem pod okrągłymi liśćmi. Minąłem rozgałęzione łodygi, na których rozwijały się żółte kwiaty. Nigdy tak gorączkowo nie szukałem czegoś, czego znaleźć wcale nie chciałem.

 Odetchnąłem z ulgą.

 Zmierzałem w stronę trzciny, by wytknąć żonie łgarstwo, gdy dostrzegłem skrzek. Kilkanaście jaj, znajdujących się w galaretowatej masie, dryfowało na wodzie.

 Kłęby zaczęły pęcznieć. Nieukształtowane kijanki napierały na osłonki, przebijając się na zewnątrz. Usłyszałem pomrukiwanie, które stopniowo przechodziło w gwar, zagłuszający ciszę poranka.

 Wrzaski układały się w słowa: tato, tato… tato, pomóż…tato…

 Las opanował rozdzierający lament. Łączył się z nawoływaniami dzieci, tworząc kakofonię dźwięków.

 Zasłoniłem palcami błonę bębenkową, ale mieszanina rozpaczy i strachu i tak dudniła w mojej głowie.

 Żona blakła, wyróżniając się na tle trawy. Pozbawiona śluzu skóra traciła połysk i wysychała. Brzuch się kurczył. Smutne oczy samicy błagały, bym ratował marzenia.

 Pomyślałem o ucieczce. Naprężyłem tylne kończyny, gotowy do skoku. Krzyki przybierały na sile.

 Tato. Tato.

 Jazgot przerodził się w skowyt. Krwawa kałuża spływała strumykiem do rzeki.

 Niechętnie odwróciłem głowę, dostrzegając jak zielona powłoka pokrywa skrzek. Poczułem słodkawy intensywny zapach. Zostałem.

 Spomiędzy kłębów wynurzyły się patykowate odnóża. Pająk wbijał szczękoczułki w galaretowatą substancję i pożerał jajka. Nie mogłem na to pozwolić.

 Wysunąłem lepki język i chwyciłem nim odwłok. Wessałem złodzieja razem z kończynami, przełykając głośno ślinę.

 Rech.

 Na twarzy żony pojawił się uśmiech nadziei.

 Szybko go zgasiłem, zatapiając pysk w rozkładających się otoczkach.

 Wrzaski ucichły.

 

 ⃰

 

 Ciężkie chmury przykryły niebo. Krople deszczu uderzały o taflę wody.

 Czułem głód.

 Tylko kaloryczny posiłek mógłby powstrzymać burczenie w brzuchu. Gdy drżącymi kończynami wdrapałem się na pomost, zakręciło mi się w głowie. W oddali dostrzegłem jacht.

 Nareszcie.

 Sternika w czapce z daszkiem skonsumowałem pospiesznie. Zgnilizna rozpływała się w pysku. Lekka, ale pełnowartościowa. Dodawała energii. Dojadłem resztki truchła żony, które przechowywałem pod liliami na czarną godzinę. Ciążyły na żołądku i długo je trawiłem.

 Od kilku dni nie miałem niczego w pysku. Byłem głodny.

 Biały żagiel zapowiadał ucztę.

 Skakałem w miejscu z podniecenia, gdy jacht zacumował w przystani. Z pokładu zeszła dziewczyna w czerwonym płaszczu i kaloszach. Spod kaptura wystawał jasny warkocz.

 Cuchnęła młodością i ambitnymi planami.

 Stanęła w trawie, trzymając w ręku kawałek białego materiału. Nuciła radosną melodię, sprawiając, że drzewa się zieleniły, kwitły czerwone róże, a niebo stawało się bardziej niebieskie. Dla niej. Dla mnie.

 Wyjrzało słońce.

 Poczułem ucisk w żołądku.

 Wraz z nadlatującym niebieskim ptakiem rozległo się jazgotanie. Zimorodek usiadł na wyciągniętym ramieniu dziewczyny, żałośnie pojękując. Gdy zawinęła bandaż na krwawiącej kończynie, zawodzenie ucichło. Krwawe ślady znikły.

 Rech.

 Pielęgniareczka pochyliła się, wręczając mi garść sojowych świerszczy. Idiotka. Wegetarianizm to kpina, więc zaśmiałem się jej w twarz. Obrończyni życia zsunęła kaptur z głowy, po czym wsiadła z powrotem na pokład i odpłynęła.

 Leżałem na drewnianych deskach, marząc o rozkładających się jelitach i płucach. Promienie słoneczne wysuszały skórę. Wraz z potem, traciłem siły. Gdy wysunąłem język, by chwycić przelatującą muchę, poczułem wydobywający się z mojego pyska mdlący zapach.

 Rech.

 Palce tylnych kończyn piekły. Błony pławne pękały.

 Muszę zjeść zgniłe mięso, inaczej sam się w nie zmienię! Gdzie trup? Gdzie glony? Gdzie zielony nalot? Bolały mnie łapy. Gdzie idiotka z bandażem?

 Powieki opadły. Odpływałem, choć nie unosiłem się na wodzie.

 

 ⃰

 

 Otrzeźwiło mnie chłodne powietrze.

 Z trudem przewróciłem się na brzuch, dostrzegając białe żagle.

 Czarne chmury spowiły niebo, gdy jacht zacumował w przystani. Gęsta mgła unosiła się nad rzeką.

 Poczułem słodkawą woń zgnilizny.

 

 

 

 

10817 zzs

Liczba ocen: 6
92%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Olciatka
Kategoria: horror

Liczba wejść: 99

Opis:

Dodano: 2021-04-25 10:28:19
Komentarze.
~Hiraeth 18 d.
z dużym wykopem
Uszanowanko; tak na początek kilka pierdółek:

* Rech – Pech? Nie wiem jestem pewna, czy bohater rechocze, czy chochlik zamienił literki. W dalszej części tekstu też to występuje. Jeśli chodzi o rechot, śmiało zamieniłabym to na „Rech-rech” żeby było jasne, bo pierwsze, co się kojarzy, to że babok wpadł.

* Maciuś po kryjomu czytał magazyn Pierwszy lot – „Pierwszy lot”

* Zdąży-łem przeczytać imię adresata: Marianna, gdy atrament rozpuścił się w cieczy, barwiąc ją na niebiesko. – Zdążyłem. Ta konstrukcja „Marianna, gdy atrament rozpuścił się w cieczy, barwiąc ją na niebiesko” nieco mi zgrzyta. Tak ociupinkę wskazuje, że to Marianna została zabarwiona. Rozdzieliłabym to – jak nie na nowym zdaniem, to „Mariannę” wzięłabym w dwa, inne niż są obecnie, znaki przestankowe.

* gdy jego stopy zaczęły puch-nąć – puchnąć
* Jelita prze-biły jamę brzuszną i wypełzły na pomost – przebiły
* Zdrada. Zdrada dobiegała z otworu gębowego mojej żony. – Jeśli żona mówi „zdrada”, to warto to zaznaczyć. Jeśli robi coś, co jest uznawane przez bohatera za „zdradę”; także. W tej chwili nie wiem, czy to mówiona fraza, która powinna być zapisana jak dialog, czy coś innego.

* – Wróbelku, dlaczego nie wróciłeś na noc? Potrzebowałam cię. Temperatura rośnie, zbliża się lato. Niedługo skończy się okres godowy… – odrzekła. „Odrzec” można komuś, bardziej by mi pasowało „orzekła” albo po prostu „rzekła”.

* i tak dudniła w mo-jej głowie – mojej

* Gdy drżącymi kończy-nami wdrapałem się na pomost – musisz używać jakiegoś dziwnego programu, który ładuje Ci te nieszczęsne minusy w nieoczekiwanych momentach :O Aż zaczęłam myśleć, że to może jakiś przekaz podprogowy czy o co chodzi z nimi ;x

* Gdy zawinęła bandaż na krwawiącej koń-czynie < --- tutaj też ;x Nowa zabawa słowem?

Ogólnie, bardzo fajny, zgrabnie napisany tekst z pomysłem. Przyjemnie mi się go czytało, widać, że nie są to Twoje pierwsze kroki.


Odpowiedz
~Olciatka 18 d.
Hiraeth
Kopiowałam z worda i takie dziwne rzeczy mi powyskakiwały. Mam nadzieję, że udało mi się wszystkie poprawić.
Oczywiście Rech nie Pech:-)
Dziękuję za lekturę i komentarz. Cieszę się, że czytałaś z przyjemnością:-)
pozdrawiam
Odpowiedz
z wykopem
Dobre, o cos takiego mi chodziło, jeśli patrzeć od tej Horrorowej strony, a i tak parę humorystycznych wtrętów znalazłem
Odpowiedz
~Olciatka 18 d.
fanthomas
Dziękuję za komentarz;-) fajnie, że odnalazłeś w tekście humor.
pozdrawiam
Odpowiedz
*marok 17 d.
z dużym wykopem
Czytałem, czytałem już. Dalej się broni, dalej świetne. Bizarro pełną gębą i jeszcze spoko bardzo humor. Jestem niezmiennie na tak!
Odpowiedz
~Olciatka 17 d.
marok dzięki wielkie!:-) cieszę się, że Ci się podoba.
Pozdrawiam
Odpowiedz
*Canulas 13 d.
z dużym wykopem
Bardzo dobry, ciekawie napisany tekst. Widać, że nie powstał na kolanie
Odpowiedz
~Olciatka 12 d.
Canulas dziękuję za miłe słowa:-) miałam nadzieję, że żaba jako narrator zainteresuje.
rech, pozdrawiam:-)
Odpowiedz
z dużym wykopem
Bardzo ciekawe....Gratulacje!!!
Odpowiedz
jacek79
dziękuję:-)
pozdrawiam
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ojej. Świetne.
Nigdy bym nie pomyślała, że opowieść o żabach wzbudzi we mnie tyle emocji.
Niesamowity, pokręcony, świeży pomysł, technicznie pięknie zrealizowany.
Jak przeczułam, że pożre żonę, to drgnęło mi serduszko.
Jaką masz wyobraźnię i jak sprawnie posługujesz się słowem - tylko pozazdrościć.



Te rzeczy mi się szczególnie spodobały:

,,Przed wejściem na pokład wyrzucił niedopałek do wody, pozbawiając się ostatniej przyjemności."
,,Powinienem zaczekać aż marzenie ulegnie całkowitemu rozkładowi.

Wtedy smakuje najlepiej."

,,Speszyła się i spuściła głowę. Tak, w tej pozycji kłamstwa łatwiej przechodzą przez gardło."
Odpowiedz
Heparyna
dziękuję Ci, to bardzo miłe:-)
co do wyobraźni- widocznie mam w sobie dużo z dziecka:-)
pozdrawiam serdecznie
Odpowiedz
Zasłużona nominacja, miss Olciatko. Może spróbuj sił w TW?
Odpowiedz
Canulas
dziękuję.
Za chwilkę na pewno sprawdzę, co to jest TW:-) wybaczcie, jeszcze nie bardzo umiem się tu odnaleźć.
pozdrawiam serdecznie
Odpowiedz
Canulas
Spróbuję, ale wcześniej niż w czerwcu nie dam rady.

Odpowiedz
Olciatka spoko. Na napisanie i tak jest zawsze sporo czasu, a nawet jak się nie uda napisać, to żadne straszne rzeczy, a to nie grożą 🙃
Odpowiedz
Canulas
Tak? Myślałam, że może jakaś mała chłosta albo klęczenie na grochu:-)
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.