online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
Płyń swoją rzeką (10) - codziennostrzał
>

TW#3 Świat, który znam, spłonął

 Postać: Ja, ty i płonący świat

 Zdarzenie: Biała flaga

 Efekt: 16. W ciągu kilku miesięcy stopniały lodowce. Osadź opowieść w takim świecie.

 

 

 Od jakiegoś czasu niepokoił mnie szlak, którym sunęło moje życie. To ciągłe wyczekiwanie wieczornych godzin, w których, po skończonych obowiązkach, będę mogła uwalić się na łóżku i zwyczajnie, po ludzku, odpocząć, stawało się samo w sobie niepokojące. Czy na tym ma polegać życie? Na wyczekiwaniu momentu, aż skończy się aktywna część doby i człowiek będzie mógł zapaść w senny marazm? Naprawdę, o to w tym chodzi?

 Każdego poranka staję się trybikiem codzienności.

 Wynurzam się ze snu, budzę dzieciaki, potem szybkie pytania, rutynowe czynności, zdalne lekcje, pęd do pracy. W ciągłym biegu. Łapię dla siebie kilka minut nad przedpołudniową kawą, w przerwie podyktowanej kodeksem pracy, po czym znów zapierniczam przy taśmie, składając lusterka do luksusowych aut, na które nigdy nie będzie mnie stać. Potem styrana wielogodzinną czkawką-powtarzalnych-czynności wracam do domu a tu znów, do upadłego – obiad, lekcje, wymuszony spacer – bo dzieci cały dzień przed komputerem, więc potrzeba im ruchu, uspokajanie, sprzątanie, zmywanie, szarpanie, maltretowanie, rzyganie… Codzienny egzystencjalizm okratowany kulturowymi przepisami, korporacyjnymi ograniczeniami, pandemicznymi paszportami.

 Tak to ma wyglądać? – Zastanawiam się patrząc w lustrzane odbicie. Ogniskuję wzrok na zmarszczkach pod oczami a zaraz potem na plamach i rysach wyzierających spod pary wodnej na lustrze. – Trzeba je umyć – bezwiedna myśl czmycha i sekundy później karcę sama siebie.

 Co za mechanizm rządzi takimi spostrzeżeniami? Co za mechanizm nakręca nas każdego dnia, wtłaczając w ramy powtarzalnych auto-czynności? Gdzie tu walka o wyższe idee?

 Siadam na rancie wanny. Biorę głęboki oddech i popadam w zadumę.

 – Mamo, nie mogę znaleźć piżamy! Mamo! A on mi zabrał zeszyt! – Harmider wyrywa mnie z głębin egzystencjalnej matni i wrzuca do świata codziennej rutyny. – Maaamoooo!

 – Ściszcie ten telewizor! – Wkraczam do pokoju dzieciaków z okrzykiem. – Ogłuchnąć można!

 „…Ta wzmożona aktywność słoneczna budzi pewien niepokój u części naukowców. Brak jednak dowodów, które mogłyby świadczyć o jakimś bezpośrednim przełożeniu tych procesów na ziemski klimat…” – Słyszę w telewizji.

 Od kilkunastu miesięcy jedno i to samo. Jak nie pandemia, to światowy reset – złoszczę się w myślach, ścieląc dzieciakom łóżka. – Teraz znów czymś innym straszą. Śmiercionośne protuberancje słoneczne? Gwałtowne ocieplenie klimatu? Znikające lodowce? Naprawdę?

 

 ***

 

 Smród toczy bagienne kanały w nozdrzach i nie pozwala zasnąć.

 – Nie ma to jak górskie powietrze. – Teraz już zupełnie rozbudza mnie głuchy rechot dobiegający z sąsiedniej pryczy. – Kiedyś to było. Dzisiaj to nima. – Pijaczyna, ubawiony własnym poczuciem humoru, zaczyna śmiać się w głos, po czym dławić szaleńczym kaszlem.

 W księżycowej poświacie odbija się szklana butelczyna, z której od dłuższej chwili pociąga jakiś alkohol. Odwracam głowę i tulę dzieciaki. Dobrze, że choć one śpią.

 Wodzę wzrokiem po ciemnym pomieszczeniu. Smród wilgoci, próchniejącego drewna i ludzkich wyziewów staje się odrażający. Stłoczeni na małej przestrzeni, jesteśmy jak gnijące jabłka zagarnięte do koszyka późną jesienią, w nadziei na przetrwanie.

 Jeśli zaraz nie zasnę, to zwymiotuję.

 – A kiedy… Kiedy was zaczęło podtapiać? – Przeczesuję wzrokiem szarówkę w poszukiwaniu właścicielki smętnego głosu. W końcu znajduję. Siedzi oparta o ścianę z podkulonymi nogami i tak pustym wzrokiem, jakby cały jego blask uleciał przez naprzeciwległą, potłuczoną szybę okienną w kierunku Księżyca.

 – Kilka tygodni temu – odpowiadam i siadam na legowisku. I tak nie zasnę. Po chwili biorę jeden z kocy, wstaję i podchodzę do dziewczyny. Usadawiam się obok i okrywam nas obie. – A jak było z tobą? Kiedy zalała was woda?

 – Jeszcze jej nie widziałam. Uciekłam wcześniej. – Przełknęła głośno ślinę. – A możesz mi powiedzieć, czy to prawda, że wszystko jest zalane? Cały, cały świat?

 – Nie. Na pewno nie. – Bardzo chcę w to wierzyć.

 – A woda? Czy tu też dojdzie?

 – Nie sądzę. Jesteśmy na Gęsiej Szyi*. To dobrze ponad kilometr nad powierzchnią morza. Powinno wystarczyć. – Oszukuję sama siebie.

 – Więc skąd dolatuje ten smród? Otacza nas ze wszystkich stron. Dlaczego go czuję?

 Nie umiem jej odpowiedzieć. Też się boję.

 

 ***

 

 Bramy dwunastego Bastionu otwierają się ze zgrzytem. Rozbudza mnie dźwięk ich mozolnego szurania o błotniste podłoże.

 Nasza całonocna wachta nad stadem owiec dobiega końca.

 – Nieźle, nie ubyło ani jednej – słyszę jak chwali nas strażnik. Wciąż mamy za mało miejsca w środku, ale już planujemy budowę masywnego ogrodzenia. Musimy, bo ci z uboższych zagród stają się coraz śmielsi w łupieżczych podchodach – widmo głodu nikogo nie oszczędza.

 Wczesnoporonne rozbudzanie po nocnej wachcie zaczynam od rozmasowania bolących kości. Potem orzeźwiająca toaleta w lodowatym strumyku i drobna przepierka – w promieniach słońca pranie szybko wysycha.

 Ubrania łopoczą na wietrze. Niczym białe flagi – wychwytuję to skojarzenie od jakiegoś czasu i uparcie odrzucam. Nie ma mowy o poddaniu się.

 Szybko jednak uginam nogi.

 Przystaję i z niepokojem obserwuję, jak z prowizorycznej izolatki, naprędce skleconego szałasu, wynoszą znajomego pijaczynę – gruźlica jednak może zabijać. Macki paniki wyzierają z podświadomości. Zaczynam się dławić oddechem.

 Na szczęście w sporej części pochodzimy z pokolenia zaszczepionych – sekundy później wije pocieszających myśli przecinają jaźń i bezwiednie ściskam zaszyte w kamizelce medykamenty – niepełne opakowanie przeterminowanej doxycykliny i głupi, przeciwbólowy ibuprofen – w jeszcze głupszej nadziei, że nigdy nie będę zmuszona ich użyć. W odruchu ironicznego lęku zaczynam żałować, że nie ma tam też jakiejś szybko uśmiercającej trucizny.

 Gwar dzieciaków wybudza mnie z ponurych kontemplacji. W ubraniach połatanych naprędce biegną po chrust. Młodemu wczoraj pękła na pół zelówka i podłożyłam mu korę z drzewa. Mam nadzieję, że go nie obetrze. Następne obuwie będzie już musiało być chyba... wystrugane.

 Odwracam głowę. Nie chcę teraz o tym myśleć. Dzieci znacznie szybciej adaptują się do nowej sytuacji. To mnie pociesza. Obserwatorzy wysłani na niziny mówią, że poziom wody przestał się podnosić. To też dobre informacje. Wobec tych złych każda najdrobniejsza pozytywna wiadomość jest pieszczona, celebrowana w umyśle niczym diament.

 

 Mijają dni. Przemijają noce.

 W księżycowej poświacie lśni tafla wody snującej się na nizinach. Obserwuję ją z niepokojem i dziką fascynacją. Wsparta o ścianę zagrody, walczę z sennością. I chłodem. Boję się zimy, choć mówią, że przez tą nagłą zmianę klimatu, to chyba jej jednak nie będzie. Ale kto to wie?

 

 I uderzył żar z nieba.

 Świat, który znam, spłonął.

 Popioły skryła woda.

 

 Nadpływa nowe.

 Kropla za kroplą.

 Fala za falą.

 

 Burza za burzą.

 Sztorm za sztormem…

 

 

 

 Przypisy:

 *Gęsia Szyja (1489 m) – szczyt w reglowej części Tatr Wysokich [za: Wikipedia}

 

7111 zzs

Liczba ocen: 10
80%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Agnieszka
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 59

Opis:

Dodano: 2021-05-01 21:47:30
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.ph
Odpowiedz
"którym sunęło moje życia" - życie;
"Ogniskuje wzrok na zmarszczkach pod oczami" - Ogniskuję;
"Jesteśmy na Gęsiej Szyji" - Szyi;
"Dzieci znacznie szybciej adoptują się do nowej sytuacji" - adaptują;
Przede wszystkim jest bardzo na czasie, bo bezpośrednio łączy się z obecną sytuacją i rozwija ją w... jeszcze gorszą sytuację. Właściwie to nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej, ale człowiek cały czas ma nadzieję - i Ty to świetnie tu pokazałaś. Ludzie walczą, by przetrwać, bo wciąż wierzą, że walka ma sens. Słodko-gorzkie opowiadanie - i to mi się w nim najbardziej podoba.
Odpowiedz
alfonsyna Już nareperowane
Dzięki za wyłapanie błędów - czytam kilka razy przed wstawieniem a i tak zawsze coś tam mi umyka...
Pozdrowionka
Odpowiedz
~Zdzislav 11 d.
z dużym wykopem
Bardzo fajny tekst. Czytając pierwszą część, miałem wrażenie, że to o mnie (z drobnymi różnicami) Twój tekst to intrygujące studium upadku ludzkości i nadziei na jego odbudowę, pokazane z punktu widzenia matki. Emocjonalne indywidualne oblicze apokalipsy. Bardzo lubię takie spojrzenia.
Odpowiedz
Zdzislav Mam wrażenie, że większość ludzkości w jakiś sposób (z drobnymi różnicami of kors ) mogłoby się wpasować w pierwszą część tej opowieści

Dzięki za fajny komentarz
Pozdrowionka
Odpowiedz
~Hiraeth 11 d.
z dużym wykopem
Ale niezłe opka wpadają.
Jakichś dodatkowych literówek, które są już wypisane, nie zauważyłam. Choć cała historia wydawała mi się nieco "ucięta", to jest przy tym bardzo dobrze napisana
Odpowiedz
Hiraeth Ucięta powiadasz? Może, może...
Czasem klamra spinająca całość dobrze robi opowiadaniu. Tutaj na końcu wstawiłam coś a'la wiersz... żeby rozmydlić koniec własnie. Nic nie jest więc oczywiste. Pod tym względem, faktycznie można by mieć uczucie, że opko zostało "ucięte".
Dzięki za przeczytanie i komentarz
Odpowiedz
~Alchemik 11 d.
z dużym wykopem
Powtarzam za Hiraeth.
Jest wysyp bardzo dobrych opowiadań.
Oczywiście są uzależnione od nadanego w zestawie tematu, ale świetnie jest to obchodzone.
Uciekanie wzwyż jest bardzo metaforyczne, choć przy takim temacie realistyczne.
Woda powołała życie. Wilgoć przy życiu od dawna powołanym, to zgnilizna i pleśń.
Gdzież tam na szczytach, które od tej pory zostaną wyspami, jest nadzieja. Kolejne lądy odosobnione, które może gdzieś, kiedyś w przyszłości będą najeżdżać się, aby łączyć kulturę.
Odpowiedz
Alchemik Dostrzeżenie metafory w ucieczce w górskie wyżyny świadczy - piękna sprawa.
Pozostałe porównania / metafory - ciekawe. Fajnie, ze je wyłowiłeś i nazwałeś.
Dzięki za przeczytanie i komentarz
Pozdrowionka
Odpowiedz
~Alchemik 11 d.
Agnieszka
To jest tam jakieś vice versa, bo ja czytałem Twoją fantasstykę z ustami czekającymi na muchy. Byle nie te zielone, śmietnikowe.
Myślałem, że to ja przez czytanie jestem ekspertem od tego gatunku.
Ale Ty przez swoje pisanie, zmieniając STYLE I TECHNOLOGIE, PAJAKI JAKIEŚ, KTORYCH JA NIE ZABIJAM, BO BARDZIEJ OD NICH NIE CIERPIĘ MUCH.
Ucieczka w górę, to wynik zalewania niższych lądów.
Ucieczka w górę, to zmiana sposobu myślenia.
Nie chodzi o górnolotny, wręcz przeciwnie.
NOE to mit.
Ale ucieczka w górę dotyczy pewnie nie tylko ludzi.

Czy wierzysz w globalne ocieplenie?
Czy uważasz, że spływanie lodowców i nasze delikatne na razie zmiany pogodowe
Odpowiedz
~Alchemik 11 d.
Ja widzę wiele metafor, dlatego że sam je stwarzam, bowiem to ukryte realia.
Zmiany pogodowe są nieistotne?
Nie mówię o ogniu z niebios.
Wyobraźmy sobie spływanie lodowców, gór lodowych. A TO SIĘ DZIEJE W ZMOŻONYM coraz bardziej TEMPIE.

Wiesz dlaczego w Europie klimat jest tak łagodny?
Istnieje kilka prądów morskich, w tym Golfstrom.
To ciepły prąd okalający Morze Północne, a więc Europę. Bo i Bałtyk też. Golfstrom daje nam łagodny klimat.
Globalne ocieplenie spowodowane przez tzw. emisję w atmosferę gazów cieplarnianych (Co2, metan i parę innych) to zatrzymywanie ciepła. Jak przez szkło w cieplarni. Promienie przenikające przez szkło, gazy cieplarniane, nie odbijają się, by wrócić do przestworzy. Pozostają. Zmieniają się w ciepło. Początkowo to wymieszanie temperatur. Czekamy w maju na jakieś ciepło, które pamiętamy z majówek, a tu byle co.
Lodowce rozpuszczają się na naszych oczach.
Zimny prąd i góry lodowe wpływają do Golfstromu.
I paradoksalnie , przez globalne ocieplenie mamy tu na wybrzeżach Europy oziębienie.
Nasze wybrzeża nie czekają w tym globalnym ociepleni na ciepło. Czekają na zlodowacenie. Kiedy spadną śniegi powstanie tzw. albedo, czyli odbicie światła słonecznego. Powierzchnia nie wchłonie światła i ciepła. Odbije od śnieżnych i lodowych powierzchni.

Dobrze, że wycofałaś ich w góry, Agnieszko. Tam jest większe napromieniowanie światłem słońca. A w zależności od zbocza, czyli kąta padania promieni słonecznych mamy gorącą plażę, albo lodowaty chłód.

Tu, odzywała się ta bardziej naukowa część alchemika.
Alchemik posiada wiele części. Dla tego jest alchemikiem.
Odpowiedz
~CptUgluk 10 d.
z dużym wykopem
Opowiadanie krótkie, oszczędne można by rzec, jednak treści w nim wystarczająco. Fajne ukazanie poszczególnych etapów... katastrofy? Niezły też pierwszy fragment z opisem codziennie powtarzanej rutyny. Proza życia, he. Dobre opo, podobało mi się
Odpowiedz
~Ogonisko 10 d.
z wykopem
Zgrabne opko. Pomyślałem, a niech topnieją lodowce. Łódkę sobie zrobię, wędka i sieci na pokład - dużo wody to i ryby powinny być powszechniejsze. Ości zbeirałbym na narzędzia i opał xD A gdyby woda zaczęła opadać, zająłbym się szabrowaniem.
Odpowiedz
z wykopem
Zajebisty ten końcowy wiersz. Opko ciekawe, dobrze napisane, nieco złudne w konstrukcji, bo początkowa pieczołowitość obiecuje dłuższy tekst lub chociaż kolejną część. A tu nima. No i bajadera tytuł.
Odpowiedz
*Ritha 9 d.
z wykopem
Uniwersalne tematy ubrane w Twoją narrację, w której nie ma zbędnych słów, czyta się błyskawicznie, płynnie i z przyjemnością. Zgrabna końcówka, kurde, mocna edycja
Odpowiedz
Przyjemnie mi się czytało, dziękuję 🙂
Odpowiedz
z dużym wykopem
Przygnębiające, ale takie prawdziwe. Opowiadanie na pewno skłania do refleksji. Kurcze, aż się boję pomyśleć o przyszłości. Chyba będę miała dziś apokaliptyczne koszmary
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ta beznadzieja na samym początku mnie przytłoczyła, poczułam się tak samo zmęczona jak bohaterka, dosłownie aż czułam tę monotonię, upływające dni, szarą rzeczywistość. Jest w tym opowiadaniu coś ulotnego i smutnego, co mocno chwyta.
Odpowiedz
z wykopem
To chyba każdego dopada taka codzienna rutyna
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.