online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
jasno
Tabula rasa cz. 2
>
Praca Wyróżniona
Tagi: #strachy

Tabula rasa (3)

 Jeszcze przez moment przyglądałem się fotografii, ale zanim zdążyłem zebrać myśli i zapytać, co właściwie zmieniło się w naszych planach, ojciec powiedział:

 — Nie możemy wywołać tych zdjęć, Osyp. Trzeba załatwić projektor. Zbyt duże ryzyko.

 — A nie mogliśmy wziąć pieniędzy za wizytę, obiecać poprawy, jakieś czary-mary i auwiderzejn? Kto jest tym znajomym, który podejmie się zabiegu?

 — Nie znam nikogo takiego.

 Zmarszczyłem brwi.

 — Przecież powiedziałeś Annie, że zbieramy pieniądze.

 — W istocie. — Uśmiechnął się. — Kto wie, może nawet operacja się odbędzie, a ty będziesz miał okazję wykorzystać swoje żelazne nerwy — rzucił.

 I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o kwestię dyskusji. Minął mnie i zniknął za ekranem komputera. Chciał, żebym zdobył szkolny sprzęt, przez kilka dni dłubał coś w zdjęciach, poprawiając ich wyrazistość, a w międzyczasie przyjął kilkunastu pacjentów. Takich z urazami, złamanymi rękami albo nadal kuśtykającymi, mimo długiego czasu między wypadkiem, a obecną chwilą. Wszystkim pomógł. W tym był dobry. Jego głos, empatia i opiekuńczość sprawiała, że nie przychodzono tu tylko jak do medyka, ale i po pocieszenie.

 Ja z kolei chodziłem do szkoły, próbując skupić się na matematyce, której obawiałem się bardziej, niż ponownego widoku Anny i tego, że nie uda mi się powstrzymać popędu. Mimo że miałem jeszcze czas, a dwa lata do matury to sporo, by nadrobić zaległości, szło mi coraz gorzej. Wierzyłem jednak nauczycielom, że te procenty byłem w stanie zdobyć z palcem w tyłku, jeśli tylko zapamiętam pewne schematy. Ćwiczyłem więc po prostu złote reguły. Nic więcej.

 — Co jeśli zgłosi to policji? — zapytałem ojca, kilka dni przed wystawką Slavy.

 — Mam pewne układy z miejscowymi.

 — Psy są różne. To nie krewni, którzy bronią swoich bliskich. Jeden cię ochroni, drugi sypnie.

 — Nie martw się o to, a nawet gdyby? Nie robimy niczego złego, to tylko zabieg.

 — Który zrobi chujwiekto, albowiem nikogo kompetentnego nie znamy.

 — Osyp... — Ojciec uśmiechnął się, mimo że próbował być poważny. — Gdybyś tak dbał o język w swoich wypracowaniach, pomijając oczywiście to brzydkie słowo, zamiast dwójek przynosiłbyś same piątki.

 — Co nie zmienia faktu, że Slava to dziecko, które jest fizycznie popierdolone i potrzebuje pomocy. Można znaleźć innych naiwniaków.

 — Potrzebujemy pieniędzy. — Wzruszył ramionami. — A to jest dobra okazja, żeby je zyskać. Rozumiesz?

 Nie rozumiałem. Naszły mnie dziwne wyrzuty sumienia, których nie miałbym, gdyby sprawa dotyczyła kogoś dorosłego. Nie miałem ich przecież, kiedy zmarła matka, a ja w żaden sposób nie pomogłem, nie wszedłem do pokoju, nie krzyknąłem. Dopadły mnie dopiero teraz. Nie byłem jednak pewny czy bardziej obchodziła mnie nadzieja Anny, czy może dzieciak. Chciałem powiedzieć, żebyśmy zajęli się nowotworami, o których tyle słyszałem, ale znów stchórzyłem. Zamiast tego powiedziałem wbrew sobie:

 — Rozumiem. Zróbmy tak, jak chcesz.

 I wtedy, właśnie wtedy zrozumiałem, że to pierwszy krok do tego, żeby czysta kartka zaczęła się zapełniać. Nie byłem już jak tabula rasa, ale leję na wasze zrozumienie, leję też na to, że część z was zachowałaby się inaczej. Gówno prawda. Gdybyście mieli okazję zarobić dużą sumę, zrobilibyście tak samo.

 — Będziemy zapraszać ludzi w ciągu dnia. Chodzi o to, żeby przyszli naprawdę dużą ekipą i żeby sprawiało to wrażenie grupy pacjentów. Ja będę załatwiał klientów, a ty, Osyp zrobisz wszystko, żebyśmy ciągle byli nad powierzchnią. Jeden, może dwa miesiące wystarczą.

 Miałem więc za zadanie stać na czatach. Na świecy. Wydawało się, że to będzie proste do wykonania, ale jak to zwykle bywało w życiu, logika wszechświata lubiła sobie zadrwić z wszelkich zasad. Czasem nawet z samej siebie.

 Kiwnąłem głową na znak aprobaty.

 

 

 ***

 Poranek był chłodny, a niebo niebieskie. Majowe słońce jeszcze niemrawo ogrzewało, ale to było bez znaczenia, bo niepokój rozgrzewał bardziej niż żółta kula ileś tam kilometrów stąd.

 Ojciec znalazł w internecie kilku naiwniaków, podsyłając im zachęcające zdjęcia w średniej rozdzielczości i obiecując, że kiedy obejrzą wszystko, pokaże im Slavę. Zgodzili się zapłacić. Uwierzycie? Po prostu zarezerwowali miejsce jak na cyrkowej arenie. Spytałem go, czy to nie są jacyś bezdzietni, pokręceni faceci, którzy chętnie zobaczą kawałek nagiego dziecka, ale nie odpowiedział. Mnie z kolei zemdliło na myśl o brandzlujących się po powrocie do domu gościach. Nie mogłem jednak znowu stchórzyć.

 Czerwona poświata roztaczała się nad gabinetem, a tablica na której miało być wyświetlone zdjęcie Slavy znalazła swoje miejsce na jednej ze ścian.

 Wyglądało jak w burdelu. Choć nigdy nie zabawiałem się z mewkami, wiedziałem, że ten kolor był zarezerwowany właśnie dla nich. Ojciec mówił, że czerwony uspokaja, relaksuje, ja mówiłem, żeby nie nadawał kurestwu fałszywej subtelności. Nie doszło do porozumienia. Czerwony został, a ja stanąłem na czatach, witając tępaków i pajacyków, którzy oddawali kasę, za jedno zdjęcie twarzy. Tak, pierwsze, co było na aparacie to buzia. Żadnej nagości, żadnego dziwnego czegośTAM między nogami, nawet kawałka sutka czy pupy.

 Było ich około dziesięciu, a może więcej jeśli liczyć też kobietę, która dotarła moment później i Annę. Nie pozwolono matce wejść do sali z uwagi na medyczne przesłanki. Ojciec lubił używać mądrych określeń, ale większość z nich, w mojej głupiej głowie, brzmiała jak bełkot.

 Dotrzymałem kobiecie towarzystwa. Pokazałem nawet szufladę, gdzie schowałem pieniądze i wtedy nieco się ożywiła. Uspokoiła, że ta szopka prowadzi do jakiegoś celu, a jej zwieńczeniem będzie kraina szczęśliwości dla Slavy.

 — Mąż mnie zostawił — szepnęła, chyba tylko po to, żeby coś mówić. — Nie miał psychiki do tego wszystkiego.

 — A ty masz?

 — Pomagam córce w oddawaniu moczu i patrzę codziennie na jej ból. Pytasz mnie czy mam? — prychnęła. — Pieprzony Czarnobyl.

 — Ta... Skąd właściwie pomysł, że to przez to? Przecież ma dopiero cztery lata. Raczej coś no wiesz, nie zagrało tam z wami. Rodzicami. — Przewróciłem oczami, a potem zlustrowałem jej obojczyki i linię biustu. Nie odpowiedziała. Patrzyliśmy na siebie przez moment, powietrze iskrzyło, a motyle zaczęły fruwać wokoło. Zdążyłem jednak zatrzymać rękę w pół drogi, nie dotykając Anny. Zapukałem do drzwi gabinetu. Nie czekając na odpowiedź, wszedłem.

 Cisza. Kompletna cisza. Nic z tego co sobie wyobrażałem nie było prawdą. Na ścianie nie było twarzy Slavy, ojciec nie omawiał przypadku choroby, nie tłumaczył niczego, nie mówił nawet, co czeka na widzów na następnym zdjęciu. Siedział za komputerem, a na przeciwko mnie widniało zdjęcie krocza dziewczynki, z wetkniętym w miejscu pochwy małym lejkiem. Ostatnie ze zdjęć, które widziałem na aparacie. Zerknąłem na ojca, ale nie wyglądało na to, żeby chciał cokolwiek wytłumaczyć. Mężczyźni zaś, faceci, którzy wiekiem mogli mu dorównać siedzieli z wyraźnymi wzwodami i rumieńcami na twarzy.

 — To popieprzone — wyrwało mi się, ale nawet wtedy nikt nie spojrzał. Wybiegłem. Nie było Anny. Nie było też, jak się później okazało, pieniędzy. Gorączkowo rozmyślałem co powiem, kiedy trzeba będzie przeliczyć gotówkę.

 Nie oberwałem od ojca za to, że nie dopilnowałem wypłaty. Był pewien, że Anna wróci i odda wszystko to, co zabrała. I wiecie co? Powtórzę słowa, które mówiłem na początku. Był próżny. Próżny i głupi. Anna nie pojawiła się już u nas. Za to tydzień później, kiedy ojciec poddawał pod wątpliwość powrót kobiety, kiedy był już coraz bardziej zdenerwowany i bliski sprawienia mi lania, ktoś zapukał do drzwi.

 Dziecięce oczy, tym razem pełne łez, patrzyły przez szparę w uchylonych drzwiach. Z kieszeni wystawała kartka.

  Kłamałam, Osyp. Ja też nie mam psychiki. Wrócę.

 Pomyślałem wtedy, że są czasem rzeczy, o które mocno prosimy, ale przychodzą albo spotykają nas po czasie, na chłodno. Są też sprawy, do których nie chcemy wracać; koszmary, przykre wydarzenia; sklejamy więc ręce w jakąś głupiutką modlitwę, nie znając nawet poprawnej formy i błagamy. Pleciemy trzy po trzy, robiąc krótkie pauzy na: „Boże, proszę zrób to, a obiecuję poprawę". Modlimy się. Żeby nie przyszły. Nie przydarzyły się więcej. Ale to na nic. One i tak w końcu przychodzą. To nieuniknione. Zło ciągnie się za nami jak guma przyklejona do szkolnej ławki, którą ktoś po latach każe odkleić, żeby drewno wyglądało nieco lepiej. Hej! Nie łudźcie się. Ta plama zawsze zostaje.

 — Wejdź — szepnąłem.

 Na odwrocie kartki, maleńkim druczkiem widniał napis: „Pamiętajcie, że musi sikać co godzinę... i trzeba jej w tym pomagać".

 Ojciec nie zadzwonił na psy, tłumaczył coś, że ci są gorsi niż bezpieka i będziemy mieć kłopoty. Chciałem zapytać, czy teraz nie będą jeszcze gorsze, ale trzeba było odzyskać pieniądze, które zabrała Anna, więc zostawiłem wątpliwości dla siebie.

 Zaopiekowaliśmy się nią, chociaż obaj nie mieliśmy pojęcia o wychowywaniu małej dziewczynki. Jeszcze mniej o takiej, której trzeba było wyciskać mocz kilkanaście razy w ciągu dnia. I wiecie co? W końcu nam się to znudziło. Ale o tym za chwilę. Najpierw kilka słów jak plan uległ zmianie.

 Nadal przyjmowaliśmy ciekawskich pod płaszczykiem zwykłych klientów i oczywiście takich, którzy naprawdę nimi byli.

 Nie mogłem zrozumieć tylko jednego, dlaczego nikt tam ze sobą nie rozmawiał, dlaczego ojciec siedział jedynie za komputerem, wyświetlał zdjęcia i wreszcie dlaczego nadal przychodzili ci sami, mimo że wszystko już widzieli. W końcu jednak prawda ujrzała światło dzienne.

 To było wtedy, gdy Slava weszła w asyście ojca do gabinetu. Po raz pierwszy zaczęło być gwarno. Ludzie przekrzykiwali się jak w galerii sztuki na dobroczynnej licytacji. I rzeczywiście, kiedy w trakcie liczenia pieniędzy przystawiłem ucho do drzwi usłyszałem jak padają różne sumy. Kwoty, o jakich nawet wam się nie śniło. I mi, jeśli mam być szczery, też. Minęło kilka minut, poprzetykanych płaczem Slavy i odgłosami mężczyzn, aż w końcu usłyszałem jedno krótkie słowo: sprzedana. Sprzedana. Brakowało uderzenia młotkiem.

 Poczułem niepokój pomieszany z ekscytacją. Ostrożnie uchyliłem drzwi, a oni nadal rozmawiali, więc nie zwrócono na mnie większej uwagi. Około pięćdziesięcioletni, ubrany w jodełkowy garnitur facet stał blisko Slavy i trzymał rękę na dziecięcym, wątłym ramieniu. Patrzyła tępo, niemal martwo. Wiedziałem, że znów ma pełny pęcherz i wierzcie, chciałem podbiec, wziąć dziecko za rękę i pomóc w sikaniu, ale ojciec pokręcił stanowczo głową na znak, żebym nie podchodził. Wiedziałem co stanie się, kiedy jej nie pomożemy. Czasem dla zabawy przetrzymywaliśmy Slavę, aż do momentu, kiedy zwijała się z bólu, a ujście cewki pęczniało razem z małymi dziurkami. Chryste, jak ona wtedy krzyczała.

 Zrobiliśmy tak kilka razy ze zwykłej ciekawości, czasem kiedy już nam się znudziły te pielęgniarskie obowiązki też, ale nigdy w obecności kogoś innego.

 Twarz dziewczynki zrobiła się czerwona, a ręką zaczęła intensywnie pocierać okolice ud. Patrzyła na mnie proszącym wzrokiem, bo to zwykle ja jej pomagałem, choć miałem mniej siły w rękach niż ojciec. Nie podszedłem. Pozostali wyszli. Zostaliśmy w czwórkę. Ja, Slava, tatko i pan jodełkowe drzewko.

 — Doktor kupił naszą dziewczynkę — usłyszałem. — Teraz zabierze ją do domu.

 — A Anna?

 — Mama umarła, Osyp. Musisz się z tym pogodzić.

 Spojrzałem na niego badawczo.Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że mówi o Slavie jak o mojej siostrze. Obok komputera zaś leżała koperta z grubym plikiem banknotów. Mężczyzna oddychał coraz głośniej, głaszcząc Slavę po włosach. Robił to tym mocniej, im ona bardziej zaciskała nogi. Widziałem ten ból, splecione kostki, ale i rosnące podniecenie mężczyzny.

 — Nie bój się, Osyp. Pan zrobi naszej Slavie otwór. Tak, żeby mogła normalnie żyć.

 Zrobiło mi się słabo. Mężczyzna położył rękę czterolatce w okolicy wzgórka łonowego i mocno przycisnął. Przez białe rajstopy, te same, które miała na sobie, gdy zapukała do naszego mieszkania, poleciały krople. Małe kropelki. Po chwili odetchnęła. On też, jeśli wiecie co mam na myśli.

 Chciałbym powiedzieć, że wybiegłem i zadzwoniłem na policję, bo ktoś porywa dziecko, ale przecież my zrobiliśmy podobnie. Chciałbym też powiedzieć, że odnalazłem Annę i razem zaczęliśmy poszukiwania jej córki, a potem wyznałem kobiecie swoje uczucia. Chryste, naprawdę chciałbym, żeby tak było. Zrobiłem jednak coś zupełnie innego. Stchórzyłem.

 Wróciłem do domu po dziesięciu minutach. Ich już nie było. Na stole leżała koperta z pieniędzmi, podpisana Osyp.

 — Mój dzielny syn — powiedział ojciec. — To tylko jeden raz. Za miesiąc nie będziemy o tym pamiętać.

 Tchórz, pomyślałem ja. Nigdy nie kończy się na jednym razie. Nie wierzcie w to. Zło jest jak pudełko pralinek. Chcesz poznać każdy smak, czasem wykrzywisz usta, bo trafisz na te z alkoholem, ale próbujesz dalej. I zanim się obejrzyjrzysz siedzisz w czekoladowym gównie cały. Pociąga cię smak zła, w kącikach ust zbierają się resztki orzechów, a ty nie pamiętasz już co to znaczy biała kartka.

 Z dnia na dzień też przestałem pamiętać. Czasem tylko, kiedy słyszałem w radiu:

 

  „We're going to a place when our fun will never end where

 I can always play games with my newest best friend

 I don't know when I'll be home but I don't feel too bad But I wonder why mommy and daddy look so sad...”*

 

 Myślałem o tym, co zrobiono Slavie. O nowym otworze, przez który sikała. I, Chryste, oby tylko to.

 

 

 

 

 * (tłum.) „Zmierzamy do miejsca, gdzie nasza zabawa nie będzie mieć końca, gdzie zawsze mogę bawić się z moim najnowszym najlepszym przyjacielem. Nie wiem, kiedy będę w domu, ale nie czuję się najgorzej, ale zastanawiam się, czemu mamusia i tatuś wyglądają tak smutno.”

 

 

13725 zzs

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~jotka
Kategoria: thriller

Liczba wejść: 46

Opis:

W tekście wykorzystano fragment piosenki „Slendy's watching me".

Dodano: 2021-05-02 12:45:46
Komentarze.
~Ogonisko 11 d.
Przeczytam, gdy uporam się z tekstami na TW
Odpowiedz
~jotka 11 d.
Ogonisko Jasne
Odpowiedz
Bardzo mocny tekst ...
Odpowiedz
~jotka 11 d.
behemot48
Być może. Dzięki za odczyt
Odpowiedz
"Takich z urazami, złamanymi rękami albo nadal kuśtykającymi" - "kuśtykających", bo podmiotem są pacjenci;
"Który zrobi chujwiekto, albowiem nikogo kompetentnego nie znamy" - tu chyba powinno być "Które", żeby miało to sens i pasowało do poprzedniej wypowiedzi;
"a na przeciwko mnie widniało zdjęcie" - naprzeciwko;
"Patrzyła tempo, niemal martwo" - tępo;
"Nie wierzcie to" - chyba brakuje "w";
Kurczę, nieźle przywaliłaś. Niby można było się spodziewać, że za dobrze się to wszystko nie skończy, zwłaszcza dla Slavy, ale potrafiłaś tak poprowadzić tę historię, że człowieka przechodzą ciarki. A najgorsze jest to, jak wiele w tym wszystkim prawdy o ludzkiej naturze - bardzo często nie istnieją żadne świętości i skrupuły, gdy liczy się własny zysk i zadowolenie.
Kawał dobrego opowiadania, gratuluję!
Odpowiedz
~jotka 11 d.
alfonsyna o Chryste nawet ortograf Dzięki, dobra kobieto za łapankę 😅
U mnie, jak to zwykle bywa, rzadko szczęśliwy koniec :x
Odpowiedz
~Heparyna 11 d.
z dużym wykopem
,,Nie robimy niczego złego.to tylko zabieg." - pewnie miał być przecinek po złego : ).
,,Nic z tego co sobie wyobrażałem nie było prawdą." - co sobie wyobrażałem trzeba by oprzecinkować.

Podobało mi się tutaj prowadzenie Anny, ciekawa postać. Nie jest takim idealnym, kryształowym rodzicem jak ci z filmów o chorych dzieciach, fajnie pokazałaś jej wewnętrzne sprzeczności i pęknięcia. Ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek wróci, czy podrzuciła córkę na zawsze, bo nie mogła już znieść sytuacji.
Dobre, gorzkie opowiadanie : ).



Odpowiedz
~jotka 9 d.
Heparyna
A no gorzkie, zgadza się ☺️Dzięki
Odpowiedz
z dużym wykopem
Coś czuję, że po przygodach z doktorem, Slava dołączy do Samary, Kayako, Carrie, Almy Wade i co niektórzy będą mieć przejejane. Do tego w radio puszczają piosenki o Slendym, to będzie istny kipisz.
Zgodnie z Twoją zapowiedzią to ostatnia część, chyba że czegoś nie zdradziłaś do końca Szkoda, a może nie szkoda - zostało sporo dla wyobraźni z dalszymi perypetiami Slavy, które raczej nie będą dla niej pomyślne. Opuszczona, zostawiona i sprzedana - przez wszystkich. Dzieli losy tych, o których nie napisano jeszcze artykułu w "Wysokich Obcasach" itp. Spodobała mi się historia, to jak ją prowadziłaś, dałem radę wczuć się w kreowany świat, to postsowieckie buuum. I jeszcze to obdzieranie Slavy ze wszystkiego co posiada, całkowite uprzedmiotowienie. Okurutniku ty jeden.
Dzięki jotka.

Odpowiedz
~jotka 9 d.
Ogonisko
Podoba mi się to określenie "okrutniku" 😒Dzięki, że zostałeś do końca 😁
Odpowiedz
Gratulacje!!!
Odpowiedz
~jotka 3 d.
jacek79 dzieki,Jacku!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Gratuluję
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.