online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
TW#5 – Disasterrhea
<
Pomiędzy sobą a mną
>
Praca Wyróżniona

Opis:

Z zestawu chyba jakoś wybrnąłem, ale tym razem przyznaję uczciwie, że efekt z rozmysłem odrzuciłem.

Tagi: #treningwyobrazni #western #karty #dzikizachod #rewolwer

TW#4 – Fura

 Postać: Ostatni rewolwerowiec broniący swojego domu

 Zdarzenie: Oblężenie

 Efekt: 56. Strumień świadomości - siadasz i piszesz. Nie przejmuj się jak wyjdzie. Po prostu uwolnij myśli – niewykorzystany

 

  Beniamin „Jack” Flanders siedział przy stoliku w małej chatce na skraju lasu. Zabijał czas, grając w blackjacka i racząc się mocnym samogonem, który regularnie, łyczek po łyczku, pociągał ze szklanki. Nie chciał się upić, robił to raczej, by urozmaicić samotną rozgrywkę. No i może dlatego, żeby złagodzić usztywniające mięśnie napięcie.

  Odrywał się od wykonywanych czynności tylko po to, by co jakiś czas spojrzeć przez zabrudzoną szybę niewielkiego okienka. Domek stał na odludziu i Ben nie spodziewał się gości innych niż umówieni, ale w piwniczce miał sporo towaru, dlatego – czy to mu się podobało, czy nie – znajdował się w stanie podwyższonej gotowości. I choć okolica była cicha i odludna, a popołudnie pogodne i spokojne, on sam nie mógł złapać wewnętrznej harmonii. Dlatego zajął się kartami.

  „Jack” sam się dziwił, dlaczego tak reaguje. Na bakier z prawem był nie od wczoraj – w przeszłości kradł przecież konie, przemycał bimber, a nawet brał udział w udanym skoku na bank. Miał też na sumieniu kilka „złych uczynków”, których szczegóły wolał zachować dla siebie. Ogólnie, uważał się za twardego. Dlaczego więc był tak zestresowany pilnowaniem kontrabandy? Tym razem miał przecież dziecinnie proste zadanie. Posiedzieć w leśnej chatce i uraczyć się alkoholem, słuchając świergotu ptaków, a gdy przyjadą partnerzy, wydać im towar i zainkasować umówioną kwotę. Czy może być coś prostszego? Łatwa robota – łatwa kasa.

  A jednak czuł w kościach kłopoty i nie mógł przegonić czarnych myśli. Może robił się już na to za stary? A może jego obawy miały związek ze wzmożoną działalnością agentów rządowych na tych terenach? Chodziły słuchy, że w ostatnim czasie wsiedli na bimbrowników i przestali się z nimi patyczkować. A może chodziło po trosze o jedno i drugie. Jednak hazard wymagał środków, a on lubił hazard. Szczególnie karty. Pokera, blackjacka i inne. Wszystko wskazywało na to, że z wzajemnością. Stąd też wzięło się jego przezwisko – „Jack” od „blackjack”. Ben miał niebywałe szczęście i nosa, dzięki którym często czyścił kieszenie współgraczy.

  Z bandą Totentanz współpracował już od pewnego czasu. Wynajmowali go do ochrony wysyłanych do klientów transportów. Czasem też, jako że w trakcie swojego pięćdziesięciodwuletniego żywota obracał się w różnych kręgach i poznał różnych ludzi, naganiał im klientów, którym mogli sprzedawać samogon. Współpraca z gangiem przebiegała bez problemów, a co najważniejsze opłacała mu się, zawsze dostawał wynagrodzenie za usługi, jakie dla niego świadczył.

  – Tak, cholera, stary „Jack” ciągle w formie! – zawołał z satysfakcją, gdy na asie pik wylądowała dama kier. Uśmiechnął się i zaczął tasować karty pod kolejną rozgrywkę. – To jeszcze jedna, na szczęście.

  Radość Bena nie była bezzasadna. W ostatnich dniach nie mógł sklecić blackjacka, stanowczo zbyt często wychodziła mu fura. Nie należał do przesądnych, ale wyjątkowo karciane niepowodzenia traktował jako zły omen. Dlatego te dwadzieścia jeden punktów podniosło go na duchu.

  Zachęcony sukcesem, ponownie odsłonił kartę. Król trefl. Dociągnął kolejną. Trójka kier. Odkorkował napoczętą butelkę trunku i uzupełnił szklankę.

  – No dalej, zrób mi tę przysługę – mruknął do talii. Pociągnął większy łyk i zaryzykował.

  Dziewiątka trefl.

  – Szlag by to… – zaklął i uderzył pięścią w stół. W tej samej chwili usłyszał na zewnątrz tętent kopyt i parsknięcie konia. Poderwał się na równe nogi.

  Wyjrzał przez okienko, spodziewając się ujrzeć na zewnątrz przedstawicieli bandy Totentanz. Zamiast nich, przez brudną szybę zobaczył zsiadających z koni mężczyzn w kamizelkach i melonikach. Było ich czterech. Każdy z nich miał uwieszoną przy pasie kaburę, jeden dzierżył w dłoniach dodatkowo karabinek powtarzalny.

  Ben zagryzł wargę i gorączkowo przerzucał w głowie karty dostępnych scenariuszy. Niewiele z nich przewidywało szczęśliwe zakończenie. „Przeklęty pech” – przebiegło mu przez myśl.

  Westchnął ciężko. Nie spuszczając z oka przybyszy, jedną ręką chwycił leżącego na stoliku wiernego Colta SAA, drugą zgarnął wysłużoną talię kart i wsunął do kieszeni na piersi. Wytrząsnął z paczki ostatniego papierosa. Odpalił go od pełgającej leniwie świeczki, włożył do ust i zaciągnął się głęboko. Czekał na rozwój wydarzeń.

  – Beniamin Flanders! – „Jack” aż się wzdrygnął, gdy usłyszał swoje nazwisko. Dodatkowo głos wołającego faceta brzmiał dziwnie znajomo. – Wyjdź z domu z podniesionymi rękami! Tylko bez numerów.

  Ben odciągnął kurek rewolweru i trzymał broń w gotowości. Nadal szukał wyjścia. Analizował dostępne możliwości.

  Mógł zejść do piwniczki, ale w niej będzie niczym szczur w pułapce.

  Mógł zacząć strzelać, jednak on był sam, a ich było czterech – niezbyt dobrze rokująca sytuacja.

  Mógł też negocjować. Jednakże jeśli mężczyźni na zewnątrz byli z…

  – Tu agent McKinley z Agencji Detektywistycznej Dinklemana! – zawołał przybysz, przerywając rozważania Flandersa, jednocześnie brutalnie wytrącając mu z ręki kartę negocjacji. Agenci pracujący dla Rządu nie byli ludźmi, którzy pozwalali sobie dyktować warunki. Tym bardziej w ostatnim czasie. – Wyjdź, Ben, nie róbmy scen. Wiem, że tam jesteś. Inaczej my przyjdziemy po ciebie.

  „Jackowi” głos wydawał się coraz bardziej znajomy. Nie mógł jednak przypomnieć sobie jego właściciela. Postanowił zaryzykować i wykonać ruch. Ujawnienie się było kwestią czasu – nie czekając, aż agenci wyciągną go z domku siłą, mimo wszystko zwiększał swoje szanse. A przynajmniej zyskiwał na czasie w poszukiwaniu rozwiązania.

  – Idę, tylko nie strzelajcie! – odkrzyknął tak, by usłyszeli go na zewnątrz.

  Odryglował drzwi, chwycił za klamkę i pociągnął. Powoli, ostrożnie uchylił skrzydło i stanął w progu, połowę ciała cały czas ukrywając za futryną. Tę połowę z trzymającą rewolwer dłonią.

  Gdy zobaczył rozmówcę w całej okazałości, już nie przez brudną szybę, zesztywniał. Rozpoznał w nim dawnego znajomego, Rogera McKinleya. Tego samego, na którym zgarnął kiedyś małą fortunę przy pokerowym stole. Tego samego, którego pobił do nieprzytomności, próbując ściągnąć karciany dług. I wreszcie tego samego, którego zostawił w podpalonym wcześniej domu, a potem odjechał na jego koniu ze zrabowanymi oszczędnościami w kieszeniach. Teraz, ten sam Roger McKinley, który najwyraźniej przeżył pożar, służył w szeregach agentów Dinklemana. I miał go na widelcu.

  Ben już nie miał złych przeczuć. Wiedział, po prostu wiedział, że to nie może się dobrze skończyć. Cholerny karciany pech zaczynał przybierać niebezpieczne kształty.

  – Kopę lat, Benny! – zawołał pojednawczo McKinley, szczerząc się przy tym szeroko. Ton głosu kłócił się jednak z nieprzyjemnym błyskiem, jaki „Jack” dostrzegł w jego oczach. – Trochę to trwało, ale w końcu cię znaleźliśmy.

  Flanders przebiegł wzrokiem po pozostałej trójce agentów. Dłonie dwóch z nich ostrzegawczo spoczywały na rękojeściach rewolwerów. Ostatni trzymał przed sobą karabinek powtarzalny. Broń nie była wycelowana w Bena, jednak mężczyzna miał pewność, że jej właściciel był gotowy w razie potrzeby unieść lufę i wpakować mu kulkę prosto w serce.

  – No i co z tym zrobimy? – zapytał „Jack”, analizując, w którego z nich powinien wycelować najpierw.

  – Wyjdź i pokaż ręce, Benny – wesołość ulotniła się z głosu Rogera tak szybko, jak sen ulatnia się po przebudzeniu. Słowa starego znajomego zazgrzytały teraz metalicznie.

  W czystym, pachnącym igliwiem powietrzu zawisło ciężkie napięcie.

  – Tylko spokojnie, Roger – „Jack” uspokajająco uniósł widoczną dłoń. Postanowił łgać. – To musi być jakieś nieporozumienie.

  – Nieporozumienie, powiadasz? Nieporozumieniem jest to, że taka śmierdząca szumowina jak ty nadal chodzi wolno, rozumiesz? – wycedził McKinley z pogardliwą miną, ale po chwili na jego twarz ponownie wpełzł złośliwy uśmieszek. – Na szczęście twój długi jęzor rozwiązuje się po szklaneczce szkockiej. Przy stole do blackjacka można się dużo dowiedzieć.

  Flanders zmarszczył brwi. Wpatrywał się bezrozumnie w agenta.

  – Ostatnio tak dobrze szła ci karta, że nie omieszkałeś się przy tym pochwalić, co ostatnio porabiasz, powiedzmy, „zawodowo”. Ledwo wytoczyłeś się z budynku, więc możesz nie pamiętać szczegółów. Ale ja pamięć mam dobrą. – McKinley spojrzał z zadowoleniem na Bena. Dodał: – A tak się składa, że spędzałem popołudnie w tej samej knajpie, co ty. Jak myślisz, jak trudno było cię potem wyśledzić?

  Osaczony mężczyzna kalkulował. Colt ślizgał mu się w mokrej od potu dłoni.

  – Pamiętasz, co mi zrobiłeś? – wycedził Roger. – Pamiętasz, że przysięgałem cię dopaść? Że pożałujesz? Oto nadszedł dzień zapłaty.

  Agent wyszarpnął rewolwer z kabury i wymierzył w „Jacka”.

  – Panowie, odnotujcie, że poszukiwany stawiał czynny opór – rzekł do towarzyszy i pociągnął za spust.

  Beniamin Flanders, mimo słusznego już wieku, był nadal dość sprawny fizycznie. To oraz fakt, że przez cały czas pozostawał w stanie podwyższonej gotowości, uchroniło go przed kulą, która zamiast w niego, trafiła w zamykane pospiesznie drzwi. Pocisk wyrwał w nich kilkucentymetrowy otwór, a odłamki drewna posypały się na podłogę. „Jack” ponownie zaryglował drzwi, wypluł papierosa i oddychając ciężko, padł na podłogę. Wycofał się rakiem w kąt pomieszczenia, między ścianę i małą, rozklekotaną szafkę.

  W następnej chwili rozpętało się piekło. Kanonada strzałów zlała się w jeden huk, a ryczące dziko lufy zasypały chatkę gradem ołowiu. Pociski wpadały do domku, krusząc szyby w oknach, dziurawiąc drewniane ściany i wyrywając kawałki drzwi. Kurz i odłamki fruwały w powietrzu, a Ben, skulony za szafką, czekał na dogodną okazję, by się wychylić i oddać strzał.

  Nagle ni stąd ni zowąd przypomniało mu się, jak kiedyś będąc w saloonie, spotkał starego historyka, który snuł opowieści o średniowiecznych zamkach, rycerzach i bitwach na miecze. Padło też wtedy słowo: „oblężenie”, które teraz, samo z siebie, stanęło mu przed oczami. Właśnie trwało oblężenie jego małego, drewnianego bastionu. Tylko od niego zależało, czy uda mu się obronić zamknięty w lochach skarb. Szybko jednak przegonił te myśli, zdziwiony, że w być może ostatnich chwilach życia przypominają mu się podobne bzdury.

  Gdy ostrzał nieco zelżał, Ben wziął głęboki oddech. „Teraz albo nigdy”, pomyślał i poderwał się na chwilę, by oddać strzał przez okno. Wymierzył i ściągnął spust, a wypluty przez Colta pocisk posłusznie dosięgnął celu i rozorał szyję jednego z agentów Dinklemana. Trafiony wrzasnął i zniknął „Jackowi” z oczu. Flanders zdążył paść na ziemię, zanim grad kul ponownie zasypał domek.

  W pomieszczeniu śmierdziało dymem i bimbrem, który skapywał ze stołu, tworząc na podłodze wysokoprocentową kałużę. Widocznie jeden z pocisków musiał rozbić flaszkę.

  Kiedy znów zrobiło się ciszej, Ben ponownie podniósł się i wymierzył, tym razem jednak nikogo nie zobaczył. Wtedy podziurawione jak szwajcarski ser drzwi otworzyły się z impetem, a do środka wbiegł jeden z agentów. Zobaczył Flandersa. Wycelował w mężczyznę, który już spoglądał na intruza znad lufy rewolweru. Dźwięki dwóch wystrzałów zlały się w jeden huk. Agent Dinklemana padł bez życia na ziemię, a „Jack” poczuł uderzenie tuż nad mostkiem. Spojrzał w dół i zobaczył, jak jego koszula zabarwia się lśniącą czerwienią. Colt wypadł mu z ręki. Zapanowała cisza, przerywana tylko krótkimi, niezrozumiałymi komendami dobiegającymi z zewnątrz.

  Ben pogodził się już z losem. Wiedział, że czas spasować. Po raz ostatni sięgnął do kieszeni, drżącą ręką wyciągnął talię i wyłożył na podłogę wierzchnią kartę. As trefl. Dociągnął drugą, coraz ciężej oddychając. Czwórka karo. Z sykiem wciągnął powietrze. Ból zaczynał być coraz bardziej odczuwalny. Flanders przekrwionymi oczami obserwował trzecią dobieraną kartę. Ósemka pik.

  – Cholera.

  Usłyszał chrzęst szkła. Przez cały czas ściskając w dłoni talię, spojrzał w kierunku drzwi i zobaczył McKinleya, mierzącego do niego z rewolweru.

  – Koniec gry, Benny. – Twarz agenta emanowała nienawiścią i satysfakcją zarazem. – Nie igra się z prawem. Nie igra się ze mną. – Roger odciągnął kurek. – Do zobaczenia w piekle.

  Karty rozsypały się w nieładzie.

12416 zzs

Liczba ocen: 8
98%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 95

Dodano: 2021-05-23 11:00:06
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
TreningWyobrazni zaraz będzie wykonane!
Odpowiedz
Uszanowanko, zacznę od pierdół:


* „grając w Blackjacka” – choć to nazwa gry, to niepotrzebnie zapisana z wielkiej litery; analogia ta sama co przy grze w pokera, berka czy makao

* by urozmaicić sobie samotną rozgrywkę – niepotrzebne „sobie”, bohater jest na razie jedynym podmiotem


* Odpalił go od pełgającej leniwie świeczki - kurde, dzięki Tobie poznaję nowe słówka


* zawołał głos, przerywając rozważania Flandersa – duperela jak większość, ale niezbyt pasuje mi ten „wołający głos”. Zdecydowanie, w tym przypadku, nie robiłabym podmiotu gramatycznego z dźwięku, zmieniłabym na „nieznajomego”, „przybysza”, czy coś w ten deseń – ale to zdecydowanie nie błąd

* Przy stole do Blackjacka można się dużo dowiedzieć – blackjacka

Na początku pomyślałam „Ugluku, czemu Ty robisz tyle opisowej ekspozycji?! Co się stało?!”, ale przeszłam przez wstęp i potem wszystko potoczyło się gładko, w pytkę i nie mam uwag. Cała scena bardzo klimatyczna, w klasycznym westernowym stylu. Zatem gitówa, odmeldowuję się, Kapitanie!

Odpowiedz
Hiraeth Hir jak zwykle niezawodna

Ten "Blackjack" zmieniałem w trakcie korekty na małą literę, musiało mi widocznie umknąć raz czy dwa. Ci do reszty baboli masz słuszność, jak tylko zasiądę do komputera, nareperuję wsio. Dzięki za czujne oko!

Ajj, czyżbym znowu skręcał w zbytnią opisowość? Będę to analizował. Dziękuję Ci pięknie za dobre słowo, fajnie, że klimat czuć, bo na tym mi szczególnie zależało

Miło było Cię gościć, pozdrówka!
Odpowiedz
CptUgluk Nie jestem pewien, czy odrzuciłeś efekt, kapitanie.
Odpowiedz
Alchemik przyznaję bez bicia, Alchemiku, że odrzuciłem. Mimo że po części tak jest, że jak siadam, to palce same tańcują po klawiaturze, nie dałem rady zupełnie się odciąć. I przejmowałem się jak wyjdzie – to już przekreśla efekt
Odpowiedz
z wykopem
Nie jestem wielką fanką westernowych klimatów, ale czytało się to naprawdę dobrze. Klimat, emocje i "to coś było", więc jak dla mnie było w porządku.

W przeciwieństwie do Hiraeth nie przeszkadzała mi opisowa ekspozycja. Tworzyła klimat i była, jak dla mnie na właściwym miejscu, a sądzę, że akurat na przesadzonych opisach sama znam się się całkiem nieźle, bo mam do nich niechlubne skłonności.

Dobra, lecę do innych TW, bo nagle pojawił się ich jakiś wysyp... czyżby syndrom deadlinu?

Pa!
Odpowiedz
MHSchaefer A dziękuję, tym bardziej mi miło, że Ci się podobało pomimo niekoniecznie pasujących Ci klimatów. Fajno

Sam czasem mam jeszcze problem, żeby określić, czy dany opis jest już zbyt obszerny, czy można jeszcze "zaszaleć". Choć na pewno jestem bardziej świadomym autorem, niż choćby pół roku temu Jednak opis jakiś być musi. Trzeba w końcu tego biednego czytelnika wprowadzić w nasz świat, czyż nie?

Wysyp opek na peeeewno wiązał się z deadlinem. Przez chwilę miałem obawy, bo edycja zapowiadała się dość biednie, ale użytkownicy nie zawiedli i mimo goniącego szaleńczo czasu, wielu z nich wypełniło obowiązek!

Dziękuję pięknie za wizytę, miło mi było Cię gościć. A, i jeszcze jedno: bardzo ładnie się uaktywniłaś komentatorsko! Super, dzięki takim drobiazgom portal żyje, a zabawa toczy się dalej
Odpowiedz
Ruszyło głosowanie w obecnej edycji TW!

Serdecznie zapraszamy do oddania głosu
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Pozdrawiamy!
Zespół TW
Odpowiedz
z dużym wykopem
Nie jestem jakimś wielkim fanem westernów (no może poza "Tańczącym z wilkami", ale to chyba nie jest klasyczny western), jednak to bez znaczenia, bo to bardzo mocne opowiadanie. Nawet jeśli ktoś nie jest wielbicielem szybkorękich panów z coltami u pasa, to i tak musi docenić Twój kunszt. Świetne warsztatowo, ciekawe fabularnie, bardzo dobrze odmalowane. Scena pojedynku, zwłaszcza sam początek - rewelacja. Tak to właśnie powinno wyglądać. Pif-paf!
Odpowiedz
Zdzislav Jako że, jak sam mówisz, nie jesteś fanem gatunku, tym bardziej cieszy mnie, że tekst dobrze się przyjął Powiem Ci w tajemnicy (ha ha), że mam w głowie plan na napisanie "pełnometrażowca" w klimatach westernu. Zobaczymy, co to wyjdzie. W każdym razie każda opinia jest dla mnie cenna. A jeśli udało mi się zaciekawić i w wiarygodny sposób oddać choć cząstkę klimatu – jestem rad. Czy tam polon
Piękne dzięki za wizytę! Paf-pif
Odpowiedz
Też nie jestem fanką westernów, choć oczywiście parę razy miałam z nimi do czynienia i były to względnie udane razy. Niemniej, nie spojrzałam na Twoje opko przez ten westernowy pryzmat, bardziej pod kątem samego bohatera i tej jego konfrontacji, poniekąd z samym sobą i z demonami przeszłości. Być może faktycznie początek nieco leniwy, ale za to punkt kulminacyjny i samo zakończenie to nadrobiły - wręcz miałam takie niemiłe zaskoczenie, że oto się skończyło, a rozkręciłam się i mogłabym czytać dalej.
Odpowiedz
alfonsyna może poczytasz dalej, jak już się wezmę za rozwijanie pomysłu
Dzieki za dobre słowo. Ten leniwy początek trochę mnie martwi, ale będę nad tym rozmyślał
Klasycznie - miło było gościć!
Odpowiedz
~oidrin 4 m.
z dużym wykopem
Już na wstępie plus za nieco westernowy klimat i pisanie po amerykańsku, ale bez naginania pewnych reguł gry, które nie działają w polskim. Skonstruowane zgodnie z wymogami gatunku i rzeczywiście trzyma w napięciu aż do ostatniego słowa.
Czep mam jeden, ale istotny: wielość imion i ksywek bohatera troszeczkę wybija z rytmu. W krótkim tekście chyba lepiej postawić na oszczędność pod tym względem. Nie zepsuło mi to jednak ogólnie dobrego wrażenia.
Odpowiedz
oidrin hello, bardzo mnie miło, ze klimat Ci poszedł bardzo ważny jest dla mnie realizm przy pisaniu, więc tym bardziej się cieszę, że obyło się bez zbytniego naginania rzeczywistości.
Co do czepa, bez bicia przyznaję, że nieraz mam z tym problem. W jednym z moich poprzednich opek bohater był przedstawiony tylko z imienia i tam znowu było na odwrót - był przesyt, bodajże, Alberta staram się znaleźć jakiś złoty środek. Dzięki za tę uwagę, a także za dobre słowo i wizytę
Odpowiedz
^Ozar 4 m.
z wykopem

Ciekawy tekst i fajnie się czytało. Jedno mi z lekka jakoś nie pasuje. To nie zarzut ale zawsze jak coś zgrzytnie to o tym pisze. O co chodzi. Klimat wydaje się być z lekka westernowy, jednak nazwa tej grupy czy bandy Totentanz – taniec śmierci jakoś mi nie styka. Niemiecka nazwa oczywiście jest możliwa bo jak wiemy Stany na początku zasiedlali wszyscy Europejczycy, także Niemcy. Może to zmienić na angielskie "Dance of death”?, albo coś podobnego. Twój bohater jak żył, tak zginął, czyli można powiedzieć „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”.
Reasumując kawałek ciekawego tekstu.
Odpowiedz
Ozar dziękuję Ci pięknie za komentarz, Ozarze!
Szczerze Ci powiem, że "Totentanz" jest takim baaardzo hermetycznym zabiegiem. To takie puszczenie oka i nawiązanie do kilku moich wcześniejszych westernowych miniatur (które również znajdziecie wśród moich prac na t3 - autoreklama ). Dlaczego taka nazwa? To już nieco dluzsza historia rozumiem jednak, z czego wynika zgrzyt. Faktycznie nazwa średnio pasuje do Dzikiego Zachodu.
Pięknie dzięki za wizytę. Pozdrowionka!
Odpowiedz
~Manta 4 m.
Heloł Kapitanie! no no no, mimo że stronę od westernów, to kupuję ten tekst. Trzyma w napięciu, fajnie i zgranie opisana scena akcji. Jest zemsta, jest przeszłość bohatera, jest akcja i reakcja! pięknie!
Tylko jedno mi zgrzytnęło, o tutaj:
"odkrzyknął tak, by usłyszeli go przez dzielącą ich drewnianą barierę." - może prościej, bo ta bariera dziwnie brzmi: odkrzyknął tak, by usłyszeli go na zewnątrz.
Jednak to drobiazg, drobiażdżek
Odpowiedz
Manta Bardzo dziękuję za dobre słowo Widzę, że większość czytelników nie gustuje w westernach. Powiem szczerze — sam nigdy żadnego nie przeczytałem. Jednak planuję napisać własny! Może uda mi się odczarować ten mało popularny gatunek?
Dziękuję za sugestię, rzeczywiście ta "bariera" tak średnio pasowała. Zmieniłem zgodnie z Twoją radą — teraz brzmi naturalniej.
Dzięki bardzo za odwiedzinki
Odpowiedz
z dużym wykopem

Helloł

"Odrywał się od wykonywanych czynności tylko po to, by co jakiś czas spojrzeć przez zabrudzoną szybę niewielkiego okienka. Domek stał na odludziu i Ben nie spodziewał się gości innych niż umówieni, ale w piwniczce miał sporo towaru, dlatego – czy to mu się podobało" - jeśli chcesz osiągnąć złowieszczy Taraninizm, nawet w narracji, żongluj grubością słowa.
Jeśli zdrabniasz jedno pojęcie, drugiego nie zdrabniaj. To pewnie odmierzało echem szaleństwa oraz powagi.



"Pocisk wyrwał w nich kilkucentymetrowy otwór, a odłamki drewna posypały się na podłogę.„- nie wydaje mi się, by w tej narracji użycie miary centymetra było fortunne. Dwucalowy może. Lub calowy.

W każdym razie bardzo dobry tekst w moim ulubionym klimacie i bez happy endu, ale z nutą szaleństwa. Jeśli osiądziesz w tym na dłużej, nie przegapię ani jednego napisanego słowa.
Odpowiedz
Canulas dopiero po Twoim komencie się zorientowałem, że w jednym zdaniu mam aż trzy zdrobnienia :| to pokazuje, jak ważne jest chłodne spojrzenie z zewnątrz.

Pełna zgoda z tymi centymetrami. Koniecznie do poprawy. Dzięki!

Dziękuję, bardzom pozytywnie zaskoczony takim odbiorem. Planuję coś większego w klimatach Dzikiego Zachodu. Najpierw jednak muszę się uporać z innymi rozgrzebanymi sprawami. Dzięki bardzo za wizytację
Odpowiedz
CptUgluk a proszę
Odpowiedz
z dużym wykopem
Swietnie się czyta....Gratulacje!!!
Odpowiedz
Jeszcze dodam ze klimat jest niesamowity...taki „hazardowy”
Odpowiedz
jacek79 pięknie dziękuję. Też mi się w tym klimacie podoba, może pobędę dłużej fajnie żeś wpadł! Pozdro!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Gratuluję! Dobrze napisane.... Historia wciąga, ładnie zbudowane napięcie. Wykończenie akcji wyśmienite: bo tu gaśnie życie a ta przemożna nuta hazardowa (mógłby być każdy nałóg lub zabobon) trwa z bohaterem do końca... Duże wyczucie postaci u autora: Szacun! Tak się rodzi literatura... Dobra literatura. Do tej pory tylko mój ulubiony W. Myśliwski potrafił tak oddać tą nutę hazardu... Ty też dźwignąłeś temat...)) Pozdrawiam Wszystkich, którzy na otwarcie dnia stawiają pasjansa... Ja na szczęście tego nie robię... Ha ha!!!
Odpowiedz
WSzaniawski O kurka, bardzo miłe słowa, sprawiłeś mi radość Tak naprawdę to historia z początku nie zakładała hazardowego motywu, miał być po prostu gość pilnujący towaru. Karty zrodziły mi się w głowie jakoś przypadkiem i wychodzi na to, że to był udany przypadek
Fajnie też, że wyczucie postaci wyszło, nie ukrywam, że do tego zawsze przykładam dużą wagę.
Też nie stawiam rano pasjansów. Zostawiam to pasjonatom pasjansów, ha!
Dzięki piękne za wizytę i bardzo miły koment!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ciekawe opowiadanie ...gratki
Odpowiedz
behemot48 bardzo dziękuję, starałem się
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.