online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
Sto lat dla Nuncjusza!
jasno
Tagi: #bizarro #groteska

Coś we mnie mieszka / Inwazja Bizarro - druga edycja

 Staję przed lustrem. Wyciągam brzytwę i patrzę na swoje odbicie. Powoli, pewnym ruchem podrzynam sobie gardło od ucha do ucha.

 Jasna cholera, chciałam tylko zgolić wąs.

 Coś we mnie mieszka.

 Coś we mnie mieszka.

 

 *

 

 Tydzień temu moje auto pojawiło się wysoko, wysoko na horyzoncie. Nie miało kół, bo w nocy ktoś fachowo odkręcił felgi wraz z oponami, żeby zostawić samochód na bezwartościowych sztabkach złota. Inflacja szalała, więc ludzie rzucili się na surowce. Guma, plastik, makulatura – ich popularność rosła, natomiast dolarami, złotem czy ropą można było co najwyżej przyprawiać obiad.

 Rozpoczęłam ostrożną wspinaczkę do drzwi pojazdu, który spoczywał na kilkudziesięciometrowej kupie sztabek. Po drodze musiałam zrobić przerwę, ale na szczęście w połowie dystansu ktoś zdecydował się otworzyć kawiarnię.

 – Opłaca się to panu? – zapytałam, kiedy barista poczęstował mnie zimnym napojem. W wielkim pucharze o pojemności Morza Śródziemnego pływali uchodźcy, konstytucja i cały nakład najnowszego wydania Gazety Wyborczej.

 – Oczywiście, że nie! – przyznał z radością.

 – To po co pan to robi?

 – No jak to po co? Żeby wyjść z domu, ruszyć się, mieć jakieś życie…

 Nie miałam serca powiedzieć, że za chwilę zabiorę samochód, a nad jego kawiarnią zawiśnie widmo plajty.

 Gdy oranżada zabulgotała mi w brzuchu i zaczęła wylewać się przez moje oczy, podziękowałam i poprosiłam o rachunek.

 Po chwili barista dopchał do stolika olbrzymią taczkę, stękając dziko. Spojrzałam z ciekawością: były w niej cztery opony od traktora.

 – Proszę – powiedział, podpisując z trudem paragon metalowym rylcem.

 Na wielkim kawale złota widniały słowa:

 Jedna kawa – cztery opony od Ursusa

 – To chyba błąd – powiedziałam, wskazując na porytą metalową sztabę.

 Bariście łzy napłynęły do oczu.

 – Proszę mnie nie wydać! Ja naprawdę chcę tu tylko uszczęśliwiać ludzi!

 Wzruszyłam ramionami i wstałam, żeby wspinać się dalej.

 – A opony? Proszę nie zapominać o oponach!

 – Nie trzeba, naprawdę.

 – Ty komarzyco! Ty skolopendro, rosiczko, opasiona krwią na polskiej tkance! To jest dokument państwowy! PAŃSTWOWY! Zapłatą za kawę jest zabranie tych czterech opon!

 – Ale przecież ja nie piłam kawy… – zaprotestowałam.

 – Ćśśś! – uciszył mnie barista.

 – Zabieraj pan to! – zdenerwowałam się.

 Mężczyzna wyciągnął spod fartucha długi nóż. Jego mina wyrażała niezadowolenie.

 – To jak będzie? – zapytał.

 W tym momencie wywróciłam puchar z oranżadą, która zalała baristę, kawiarnię i opony, porywając wszystko z nurtem.

 Co za dzień.

 Wspinałam się dalej. Kiedy w końcu dotarłam do samochodu, zauważyłam, że ktoś splądrował jego wnętrze, kradnąc wszystkie plastikowe elementy wyposażenia i stare, nieaktualne mapy. To, co było metalowe lub eleganckie – jak skórzana tapicerka – zostało na miejscu.

 Westchnęłam głośno nad tą desakracją, po czym zrezygnowana przekręciłam kluczyk w stacyjce.

 Samochód odpalił i ruszył w powietrzu. Leciał swobodnie przez kilka miesięcy, po czym przypomniał sobie, że to lata świetlne są miarą odległości. Wtedy z hukiem spadł na ziemię i uległ kompletnemu zniszczeniu, w taki sposób, że nie nabawił się nawet jednej rysy.

 Spróbowałam ponownie go uruchomić. Nie udało się.

 – No dobrze – powiedziałam, patrząc na moją ukochaną kupę złomu – czas przejść się do mechanika.

 Otworzyłam torebkę i wyciągnęłam z niej steampunkową książkę. Na moment wskoczyłam do środka, po czym wyleciałam ze stronic na olbrzymim aeroplanie. Być może był to zwykły sterowiec i mnie oszukali, nie jestem pewna. Poleciałam w stronę centrum, napędzając silnik za pomocą oddechu. Poszło naprawdę sprawnie, bo w przestworzach było zimno, a on działał na parę.

 Wleciałam na dach najwyższego budynku w mieście. Iglica sięgała wysoko, pozwalała rozejrzeć się wokół i dostrzec całą Europę oraz fragment stanu Oregon, ale bez stolicy w Salem. Na szczęście Portland było widoczne. Mój mechanik miał warsztat na przedostatnim piętrze. Cieszyłam się, że wyszło z tym aeroplanem, bowiem na wstęp do ścisłego, luksusowego centrum zezwalano jedynie osobom urodzonym na jego terenie. Nie dało się wżenić czy w inny sposób otrzymać obywatelstwa. Tylko narodziny.

 Takie prawo obowiązywało od dwóch miesięcy, przez co centrum do szczętu wymarło. Szybko okazało się, że w tej dzielnicy mieszkało zbyt mało osób, żeby zapewnić odpowiednią różnorodność genetyczną. W przeciągu tygodnia przyszło na świat kilkadziesiąt pokoleń nowych ludzi, którzy śmiali się, bawili i wiązali między sobą. Wszyscy umierali po ośmiu minutach z powodu wad genetycznych. W końcu centrum kompletnie opustoszało.

 Został tylko mechanik. Warsztat dostał po ojcu, który sklecił go z desek na bagnie. Z powodu jego niezbywalnego prawa do ziemi, budowano najpierw wokół warsztatu, ale szybko się znudzono i zaczęto budować pod nim, podnosząc kanciapę starego coraz wyżej i wyżej. W końcu umarł, przeziębiony, bo na tej wysokości panował wieczny mróz. Chciał nawet skoczyć na dół po jakąś kurtkę, ale budowano kolejne poziomy szybciej, niż on schodził po schodach. Zamarzł, a syn sprowadził trupa do warsztatu i umieścił w honorowym miejscu, czyli w kiblu, żeby nie straszyć klientów.

 Mechanik uśmiechnął się na mój widok. Był czysty. Miał na sobie garnitur szyty na miarę przez jednego z najdrożej biorących francuskich projektantów. Czekał na niego kilka lat, bo uparł się, żeby modysta – stary dziad – uszył go nie tylko osobiście, ale za pomocą stóp. Z tego powodu nieco to trwało.

 Na nogach mechanik miał buty z włoskiej, lekko opalonej skóry. Wolałam nie pytać, z którego regionu. Niestety, chłopak dostrzegł mój wzrok.

 – Z Watykanu – powiedział z zadowoleniem.

 – Słucham?

 – Prawdziwa watykańska skóra. Z Urbana VI! Prawdziwy unikat, kazałem spalić truchło po tym, jak wycięli tyle, ile było potrzebne…

 Przez jego twarz przeszedł smutek.

 – Cóż, mogło być lepiej, ale najwyraźniej polskie dzieci miały priorytet… nie mówmy już o tym. Co panią sprowadza?

 Mechanik poprowadził mnie w głąb czystego warsztatu. Przez kilka minut rozglądałam się podejrzliwie, nie mogąc znaleźć na żadnej ścianie glejtu od Polskiej Izby Mechaników. Chłopak dostrzegł moje poszukiwania i stropił się nieco.

 – Czy to konieczne? – zapytał.

 – No wie pan, będzie się pan zajmował moim samochodem… muszę mieć pewność, że nie jest pan jakimś oszustem.

 Mój rozmówca westchnął, po czym poprowadził mnie wąskim korytarzem do kantorka. Aromat świeżo palonej kawy i lodów pistacjowych drażnił mój nos. Miałam ochotę zwymiotować.

 – Czy wszystko w porządku? – Mechanik spojrzał na mnie z niepokojem.

 – Tak, zbyt wiele luksusu. Jakoś wytrzymam.

 Chłopak pokazał ścianę, na której wisiał kalendarz. Były na nim akty kobiet, mężczyzn i osób genderfluid, wysmakowane i w dobrym guście. Obcując z tymi obrazami miałam wrażenie, że jestem w galerii sztuki. Nie działały w żaden stymulujący sposób.

 Spojrzałam podejrzliwie na mechanika.

 – Panie, kurwa, co to ma być?

 – Nooo… – Chłopak był zakłopotany.

 Podeszłam bliżej kalendarza. Spojrzałam na datę. Aktualny!

 – Przecież to fałszywka! Co pan mi tu wciska, co?! – zapytałam ze złością.

 Mechanik nie odpowiedział, tylko z zakłopotaniem zdjął ze ściany elegancki kalendarz. Tuż pod nim znajdował się stary, wytłuszczony papier z ordynarną gołą babą, która za pomocą mięśni pochwy miażdżyła kantor i dusiła goblina. Na plakacie widniała data 1795.

 – Od razu lepiej! – pochwaliłam. – Czemu pan to chowa?

 – Do wnętrza mi nie pasuje – wymamrotał mechanik, po czym ponownie zakrył plakat za pomocą kalendarza. – Dobrze, przejdźmy do głównej hali i opowie mi pani, co się stało.

 Poszliśmy.

 – W porządku. Proszę mi powiedzieć, czy lubi pani swoje auto?

 – Tak.

 – Ale bardzo?

 – Bardzo.

 – Czy oddałaby pani za nie życie?

 – Co?

 – Rozumiem. Ile posiada kół?

 – Obecnie zero. Zostały skradzione.

 – A szyb?

 Obruszyłam się.

 – Nie wiem, nigdy nie liczyłam…

 – Jak może więc pani lubić swoje auto, skoro go pani nie zna? Czy myśli pani, że gdybym zapytał kogoś o lubianą osobę, to by nie wiedziała, ile ma kończyn? Albo głów?

 Zdenerwował mnie, ale nie mogłam odmówić mu racji.

 Mechanik kontynuował swoją przemowę.

 – Naprawę samochodu zaczniemy od rozmowy… od podreperowania delikatnej psychiki maszyny. Założę się, że uszkodziła pani nie tylko rdzeń auta, jego części czy karoserię. Myślę, że prawdziwym problemem jest głęboko ukrywana rozpacz… może depresja… proszę się nie dziwić, przychodzi pani tylko, kiedy chce pani gdzieś jechać. Czy spędziła pani ze swoim samochodem swój czas wolny? Nie, to relacja pasożytnicza, oparta na jednostronnym wykorzystywaniu…

 – Ale przecież leję w moje autko benzynę, zmieniam olej, dokonuję napraw! – jęknęłam.

 – To nie wystarczy. Czy dobrze by się pani czuła, gdyby ktoś bez pardonu gmerał w pani piździe?

 – Słucham? – zapytałam zaszokowana.

 – A na dodatek twierdził, że wszystko w porządku, bo przecież ma pani co jeść i pić… bo przecież leje pani benzynę i olej, prawda? – dodał gorzkim tonem.

 Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

 – Co więcej, założę się, że nawet nie ma pani garażu – dodał oskarżycielskim tonem.

 – Nooo…

 – Czyli nie tylko wchodzi pani do samochodu bez rozmów – co jest pogwałceniem jego prywatności i intymności – ale jeszcze przez oszczędność, a raczej skąpstwo, wymusza pani na swoim aucie bezdomność. Pięknie. Wie pani co, dość tego. Won z mojego warsztatu!

 – Ależ, proszę pana, jeśli pan nie pomoże, to kto? Czy przez złość na mnie może pan skazać wspaniałą maszynę na dalsze życie w taki sposób, ale do tego z upośledzeniem ruchowym? Bez możliwości ruchu? Proszę się zastanowić.

 Doskonale wiedziałam, jakie nuty poruszyć w mechaniku, bo zmienił nastawienie.

 – Cóż, widzę, że jednak ma pani jakieś uczucia… to się dobrze składa. Pani auto zapewniało mnie, że nie jest pani całkiem bez serca.

 Zerwał zasłonę. Tuż za nim na kilku wspornikach spoczywał mój samochód. Mechanik pogłaskał go po masce delikatnie, z uczuciem, z jakim nikt nigdy mnie nie dotykał.

 – Jak pan myśli, uda się naprawić? – zapytałam.

 – Wyleczyć! – Zapluł się.

 – Oczywiście, wyleczyć. – Poprawiłam się, udając wstyd.

 – Nooo… to zależy. Fizycznie nie będzie problemu, ale obawiam się, że z psychiką nie pójdzie tak łatwo…

 Chłopak umilkł, jak gdyby słuchał.

 – Proszę się odwrócić – powiedział.

 – Słucham?

 – Proszę się natychmiast odwrócić! Pani auto nie chce, żeby dłużej oglądała je pani w tym stanie. Zaczniemy od napraw mechanicznych. Samochód nie czuje się dobrze ze sobą przy tym stopniu rozkładu… no, skończone.

 Odwróciłam się, nieproszona. Mój wozik wyglądał o niebo lepiej. Dostał nowiutkie felgi, świeże opony, jego wnętrze zostało odrestaurowane.

 – Jak pan to tak szybko zrobił?! – wykrzyknęłam.

 – Polska Izba Mechaników nie wydała mi zaświadczenia na darmo. A, skoro jesteśmy przy tym… to będzie trochę kosztować…

 – Proszę, nie mówmy o pieniądzach w takiej chwili! – skarciłam go. – Najpierw proszę wyleczyć samochód do końca.

 Widziałam, że złapał haczyk. Mechanik wszedł pod auto, wiszące na podnośniku, i zaczął coś cicho mruczeć.

 Cicho podeszłam bliżej i zwolniłam blokadę. Samochód spadł z głośnym hukiem, miażdżąc pod sobą chłopaka. Krew bryznęła głównie na podłogę, chociaż podejrzewam, że spód pojazdu ochlapało bardzo obficie.

 Nagle poczułam ból między ustami i nosem. Pobiegłam do łazienki: wyrosły mi dorodne wąsy. Tak mnie to zdziwiło, że prawie oparzyłam się papierosem.

 Papierosem?

 Wróciłam do pomieszczenia. Wbrew sobie zaczęłam dewastować sterylną halę, wylewać oleje, rozbijać butelki po piwie i mazać po ścianach.

 O, cholera.

 Coś we mnie zamieszkało.

 

 *

 

 Każdy wolny moment spędzałam przed lustrem, próbując pozbyć się wąsów. Zaklejałam się taśmą i wyrywałam zarost. Skubałam włoski jeden po drugim za pomocą pęsety. Próbowałam wycierać się pumeksem. To wszystko na nic, a bałam się ostrzejszych środków, bo co chwilę traciłam kontrolę nad własnym ciałem. Opętał mnie duch ojca mechanika, który podczas dominacji przekształcał warsztat samochodowy swojego syna w prawdziwy warsztat. Kiedy spojrzałam przez okno, okazało się, że budynek został przeniesiony do typowej dzielnicy przemysłowej, śmierdzącej paloną gumą (ktoś chyba ukrywał dochody), starym olejem i metalem.

 Miałam coraz mniejszą kontrolę nad sobą. Naprawiałam auta, pisałam na fakturach „wymiana rozżondu” i narzekałam na samochody elektryczne. Wieczorami zbieraliśmy się z innymi mechanikami pod świętym silnikiem 1,9 TDi, który ponoć zrobił milion kilometrów. Nasze libacje trwały zazwyczaj do świtu.

 W pewnym momencie uznałam, że to koniec. Ostatkiem sił przejęłam dowodzenie, po czym złapałam za długą, ostrą jak brzytwa brzytwę i zamknęłam oczy. W ten sposób ciężko się jednak ogolić, więc uniosłam powieki, spojrzałam na siebie w lustrze i wykonałam zamach na wąsy.

 Dłoń sprzeciwiła mi się, prowadząc ostrze ku szyjnym żyłom i aortom. Brzytwę pokryła nagle rdza mojej krwi, tryskającej wesoło na lustro, umywalkę i podłogę. Kiedy umarłam, duch mechanika zyskał pełną kontrolę i pognał chyżo, żeby oszukać jakiegoś klienta. Moje ostatnie wspomnienie to bańka po oleju palmowym, który z cichym pluskiem spływa do wlewu w nowej Toyocie Prius…

 – Hybrydami bendo mi tu jeździć, miejskie pacany. Tylko diesel! – Mój głos był gruby, chrapliwy i niski. Dłonie porosły włosy. Na nogach miałam laczki. Ostatecznie straciłam kontrolę i odpłynęłam w niebyt, słuchając skowytu disco-polo ze zgrzytającego radia marki Unitra.

 

13481 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~mortecius
Kategoria: groteska

Liczba wejść: 8

Opis:

Moje hasło to "Coś we mnie mieszka" ;)

Dodano: 2021-06-10 12:02:14
Komentarze.
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.