online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
Sto lat dla Nuncjusza!
jasno
Jolanta — cykl 23 starocie (2)
>
Tagi: #piekło #tunel #zjazd #sci-fi

Szybka jazda w dół — cykl 23 starocie (3)

 — To trochę jak tor bobslejowy. Tylko że... Naprawdę chciałbyś to zrobić?

 Mówi, że tak. Sytuacja ma miejsce miesiąc temu.

 — Lewy korytarz jest trudny i na początek w zupełności wystarczy. Nawet jeśli zdarzyło ci się przy stu sześćdziesięciu na godzinę stawiać motor na koło i wiać przed glinami albo lecieć przez miasto ponad dwie paki, to się nie rozczarujesz. Uwierz mi. Korzystałem z tego tylko raz i wiem, co mówię. Adrenalina po prostu wysadza serce.

 Gość przytakuje. Potem wręcza spięte gumką banknoty.

 — Dobra, synu. Jedyne, co musisz wiedzieć, to by na rozwidleniu wybrać lewy korytarz. Słyszysz mnie? Lepiej się dobrze skoncentruj, bo wszystko będzie zasuwać naprawdę szybko. Piorunująco. Tak szybko, jak jeszcze nigdy nic w twoim życiu. Wybór drogi będzie na dwudziestej trzeciej sekundzie zjazdu od chwili startu, choć to bardziej jak spadanie, a nie zjazd. Od osiemnastej sekundy włączy się alarm, abyś mógł się na to wszystko przygotować. Z powodu tarcia szum będzie bardzo duży, więc go usłyszysz bezpośrednio ze słuchawki. Tak jak rozmawialiśmy na szkoleniu. Kiedy dźwięk się rozlegnie, odlicz w myślach do czterech i naprzyj całym ciałem na lewą stronę. Nie pomyl się i nie spóźnij! Jak chcesz, to dla pewności możesz zacząć napierać już przy trzech. Pierwszy raz to i tak nie najgorzej. Pytania?

 Ma. Pyta o prawy korytarz.

 — Kurde, dzieciaku. Przekazuję ci wszystko jak najstaranniej, a ty pytasz o prawy? Za pierwszym zjazdem? To może w ogóle odepnij lonżę i poleć sobie na żywca? Po co tracimy czas Ale, ok. Rozumiem. Płacisz, wymagasz, nie? Trochę pewnie odkładałeś na ten zjazd. Chcesz wiedzieć, masz takie prawo. Słuchaj!

 Słucha. Posiłkując się niepotrzebnym powiedzeniem, wręcz zamienia się w słuch.

 — Prawy korytarz jest tak naprawdę dla picu. W sensie, możesz go oczywiście wybrać, ale... To dla samobójców, rozumiesz mnie? Dla największych kotów, którzy mają już tak przeoraną psychę, że nie boją się dosłownie niczego. Ewentualnie dla zatraceńców, co są zbyt otępiali, by rozruszał ich jakikolwiek impuls. To ci sami goście, których możesz podejrzeć na necie, jak biegają po dziurawych mostach albo przecinają ruchliwe skrzyżowania z zawiązanymi oczami. Osobiście znałem tylko jednego typa, który wybrał prawą stronę, ale wiesz, serce. Nie podzielił się z nikim wrażeniami. Koleś był Irlandczykiem. Miał mnóstwo kasy. Zjazdy w ciągu roku wykupił aż osiem razy. To rekord. Więc jeszcze raz i zaczynamy, ok?

 Typ w odpowiedzi kiwa nieznacznie głową. Jest spokojny.

 — Za chwilę cię przypniemy i pofruniesz, ale wpierw chcę, żebyś mi obiecał, że nie zwariujesz i nie zrobisz tam w środku jakiejś głupoty. Nie musisz nic udowadniać. Wiemy, że jesteś odważny, bo inaczej byś się na to nie zdobył. Może kiedyś nadejdzie jeszcze twój czas i popłyniesz prawą stroną rzeki, ale dziś? Dziś masz się po prostu oswoić i dobrze bawić. Żadnych cholernych głupot i zbędnego cwaniakowania, ok?

 Ani drgnie. Instruktor, pomimo oporów, bierze ciszę za: "tak".

 — Dobra, zaczynamy. I pamiętaj. Dziś jest właśnie twój dzień. Szczególny moment. Ten zjazd cię zmieni na zawsze. Doznasz takich stanów, że... Normalnie urywa głowę. Dobra gościu, wystarczy tego ględzenia. Zakładaj przecholerną kamizelkę!

 Zakłada.

 Instruktor dalej opowiada, jak to po zjeździe chłopak stanie się zupełnie innym człowiekiem. Przygotowania trwają dwadzieścia minut.

  — Ok. Lonże są. Pasy i uprząż także. Kamizelka założona poprawnie. Węzeł też. No nic. Wszystko na miejscu. Jeśli jesteś gotowy, daję znać technikom i zaczynamy. Jesteś?

 Jest.

  — Dobra, startujemy. Aż ci cholera zazdroszczę. Wiesz, robię w tym i przysługuje mi jeden zjazd na trzy lata. W przyszłym roku wypada. Normalnie nigdy by mnie nie było na to stać. No ale dobra. Załóż maskę, a potem, jak będziesz gotów, naciśnij czerwony przycisk. Bez pośpiechu. Uspokój najpierw serducho.

 Chłopak długo nie czeka i daje znać strażnikowi po czternastu sekundach. Zanim kołowrót wprowadzi liny w ruch, wie którą drogę wybierze.

 

 *

 Cztery dni później.

 Komisja dyscyplinarna wydziału "Szybkich zjazdów".

 

  — Co mi możesz powiedzieć — pyta nadzorca. — Jakieś pomysły, jak to się mogło stać?

 Strażnik jest nie tylko zmieszany. Jest trupio-blady. Nerwowo międli palcem, to ściągając, to znów wsuwając obrączkę.

  — No... — zaczyna. — Nie do końca wiem.

 Tamten wciąż go okrąża. Przystaje, przygląda się i znów rusza. To jego przystawanie jest najgorsze.

  — Ale odpowiadałeś za ten zjazd, prawda? Na papierach są twoje oznaczenia.

  — Tak — potwierdza pytany. — Odpowiadałem.

  — Ok. To już coś mamy. Więc, jak to się stało? Jak doszło do takiego zaniedbania?

 Strażnik drapie się w głowę.

  — Prawdopodobnie planował to od początku. W sensie, mówiłem wszystko, jak nakazują szkolenia, ale wybór był jego. Zawsze wybór jest ich.

  — Teraz mi mówisz, że to planował, tak, ale w notatkach niczego nie umieściłeś. Czemu?

 Cisza. Pot wypływa spod czapki.

  — Pytałem czemu?

  — Nie wiem. Teraz tak mi się jakoś skojarzyło. On nie odbiegał od normy. Był spokojny. Nie mogłem tego przewidzieć.

 Przełożony nagle się zatrzymuje i klaszcze w dłonie, jakby bijąc strażnikowi brawa. Nie ma w tym jednak odrobiny szczerości, a opaloną, końską twarz, wykrzywia grymas.

  — No właśnie, kurna! Spokojny! Chłopak staje u wrót największej zmiany w życiu, za moment wszystko mu się wywali do góry nogami na pysk, przewartościują się wszystkie jego poglądy, a on jest, kurwa, spokojny! Nie wydawało ci się to ani trochę podejrzane?

 Ponownie cisza.

  — Więc?

  — Nie — pada cicha odpowiedź. — Nie wydawało.

 Nadzorca ze świstem wypuszcza powietrze z płuc, a potem znów go okrąża. W końcu wąskie usta się rozchylają.

  — Premię do końca roku masz już z głowy. Tak samo najbliższy zjazd. Możesz się oczywiście odwołać od tej decyzji. Chcesz?

  — Nie. Oczywiście, że nie. I dziękuję. To bardzo dużo dla...

 Tamten mu przerywa machnięciem dłoni.

  — Nie pieprz, tylko się bardziej skup na swojej pracy. Macie tam przecież monitory do kurwy nędzy! Programy! Komputery! Zawsze, jeśli zachodzi nawet najmniejsza ewentualność, że coś się spieprzy, możecie zarządzić dodatkowe badania. Niczego tym nie ryzykujecie. A w razie czego, delikwenta wycofuje się z listy. Rozumiesz mnie?

  — Tak, proszę pana. Rozumiem.

  — Dobra. Jakieś pomysły, jak się w ogóle odwiązał?

 W pomieszczeniu jest tak parno, że ścienny wentylator zupełnie sobie nie radzi. Krople potu spływają po twarzy pytanego, kończąc wędrówkę na zapiętym pod samą szyją kołnierzyku. Ktoś obdarzony ponad przeciętnym węchem zapewne skrzywiłby twarz.

  — Wydaje mi się, że on się nie rozwiązał, tylko odciął. Jakimś nożem czy czymś. Przeszukiwany oczywiście był, ale...

 Nabrzmiała od gniewu twarz mutuje w wyraz zdziwienia.

  — Ale?

  — No... Do tyłka mu, rzecz jasna, nie zaglądałem.

 Kierownik robi kolejne, szybkie kółeczko. Przystaje.

  — Dojdzie do tego, że trzeba będzie tak robić. Zobaczysz sam. Przyjdą czasy, że przed każdym zjazdem będziemy im grzebali w dupach albo i świecili latarkami. Już teraz zarząd chce wprowadzić prześwietlenia. Jezu. Co za psie czasy.

 Z głosu nadzorcy stopniowo uchodzi napięcie, przez co wydaje się trochę bardziej przyjazny. Niemal ludzki. Strażnik to wyłapuje i nie zastanawiając się nad tym, co tak właściwie chce zrobić, łapie szefa za łokieć.

  — Panie Kserotulis — pyta, starając się nie stopić pod naporem lodowatego wzroku pryncypała — mogę panu zadać jedno pytanie?

 W pierwszej chwili ma wrażenie, że nadzorcą wstrząsnął jakiś dreszcz. Odwraca on twarz w drugą stronę i chwilę tak stoją bez ruchu. Strażnikowi wydaje się, że słyszy ciche liczenie. Zupełnie, jakby jego przełożony powstrzymywał się przed tym, by nie wgryźć się w jego twarz. Trzynaście, czternaście, piętnaście. Kiedy w końcu liczba dobija do trzydziestu, pan Kserotulis odwraca się z twarzą najzupełniej normalną. Żadnego dobrotliwego uśmiechu i żadnych kłów.

  — Dobra. Tylko szybko!

  — Chodzi mi o ten tunel — rzuca strażnik, zanim logika i strach nie przekonają go, że to wcale nie jest taki świetny pomysł.

  — Tego się sam domyśliłem. A dokładniej?

 Jakby tego było mało, umierający wentylator właśnie zdechł. Ciszy nie przerywa nikt i nic.

  — No... o prawą stronę mi chodzi. W sensie... Do tej pory każdego człowieka, który się zdecydował na prawy korytarz, wyciągaliśmy martwego lub w takim stanie, że... Sam pan przecież wie.

  — No i?

  — Jak panu się wydaje, panie Kserotulis, co tam jest?

 Tamten się szczerze uśmiecha, choć ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby stwierdzić, że bardziej obnaża zęby. Co prawda białe i równe, ale to wcale nie oznacza, że mniej krwiożercze od innych wampirzych kłów. Po chwili pada odpowiedź.

 — Każdy się nad tym głowi. I każdy, prędzej czy później, o to pyta. A kiedy do mnie przychodzą, kiedy już nie mogą sobie z tym poradzić, utrzymać w głowie, odpowiadam: A co o tym wszystkim myślisz ty?

 Podwładny jest zmieszany. Zaczyna żałować, że pytał.

  — No śmiało. Co o tym sądzisz?

  — Nie wiem — mruczy pod nosem. — Ja jestem tylko od wykonywania...

  — Tak, tak! Jesteś tylko od wykonywania czynności, bla, bla, bla. Czynności, które spieprzyłeś! Więc pytam! Jak sądzisz, dokąd prowadzi prawa strona tunelu? Co tam jest?

 Jeżeli wcześniej strażnik miał jakiekolwiek wątpliwości, to teraz jest już pewien, że niepotrzebnie w ogóle się odzywał. Trzeba było zamknąć mordę i dać staremu wyjść. Zwłaszcza że i tak miał sporo szczęścia. Dużo więcej niż inni.

  — No! — nalega przełożony. — Czekam!

  — Różne rzeczy się słyszy — mówi wymijająco, mając nadzieję, że jego głos jest dostatecznie cichy i bezbarwny, żeby zniechęcić Pana Kserotulisa do dalszego drążenia tematu. Nic z tego. Zwierzchnik pozostaje nieugięty.

  — Różne rzeczy to się słyszy w pierdolonym radiu. Chcę wiedzieć, co myślisz ty! Jakie są twoje własne spostrzeżenia?

 Wtedy strażnik zdobywa się na odwagę i odpowiada. Mówi staremu Kserotulisowi, co jego zdaniem siedzi na końcu tunelu. Wyrzuca z siebie wszystko jednym tchem. Unosząca się w powietrzu cisza jest długa, tłusta i nieznośna. O dziwo wentylator zmartwychwstaje. Na chwilę, ale i tak zawsze cud.

  — Może i tak — odpowiada szef, kładąc strażnikowi dłoń na ramieniu. Rzecz absolutnie, nieprawdopodobnie, niespotykana. Zwłaszcza u ludzi o robociej perfekcji. — Może i faktycznie jest tam piekło. Piekło. Hades. Czerń. Ostatnia przystań. Kto to, kurwa mać, wie?

  — Pan wybaczy. Nie chciałem...

  — A może nie — wchodzi w słowo nadzorca. — Może to taki paradoks? Taki żart? Największy figiel Boga Wszechmogącego? Nie pomyślałeś o tym?

 Strażnik kręci głową. Jest skołowany. Do tego kawa, która miała mu dodać przed audiencją animuszu, ostro ciśnie na pęcherz. Plecy zaś kąpią się w pocie. Po prostu słodko i bosko. Po prostu czad.

  — To co, że tunel wiedzie w dół — kontynuuje pan Kserotulis takim tonem, że do końca nie jesteś w stanie stwierdzić czy aby nie mówi do siebie. I strażnik także nie może. Stoi i czeka. — To co, że jest kręty, jak sto diabłów i nie wiadomo, gdzie tak naprawdę się kończy. Że zjazd przypomina objawienie. Odmienia życie. Co z tego, że wiedzie w dół?

 Ochroniarz tylko wzrusza ramionami. Jedyne, czego pragnie w tej chwili, to wyjść i pójść się załatwić. Przestępuje zatem z nogi na nogę, czekając końca refleksji. Ten nie nadchodzi.

  — Może to właśnie tam tak naprawdę jest niebo? Kim jesteśmy, żeby uważać się za nieomylnych? Za najmądrzejszą rasę we wszechświecie? Niebo wcale nie musi znajdywać się nad nami, a piekło pod. A obecne prawa fizyki mogą obowiązywać tylko dlatego, że jeszcze nie odkryliśmy następnych – większych i pradawniejszych. Jesteśmy na to wszystko zbyt mali i nieważni, by móc stawiać osądy. By móc pytać. Mrówkom też dobrze się żyje w warunkach domowych, dopóki wykonują swoją robotę. Kopią korytarze, nie zastanawiając się nad tym, jak niezmierzony jest świat. Dopiero kiedy przestają, skupiają na sobie uwagę tych, co na zewnątrz. Tych wielkich, dla których są tylko niewiele wartą ciekawostką. Zabawką, którą bardzo łatwo jest popsuć lub hobby, które bez problemu można rzucić. Czasem po prostu lepiej nie kusić losu. Uwierz mi.

 Strażnik jest oszołomiony tym wywodem. Jego pęcherz prawdopodobnie też, bo przez chwilę o sobie zapominają z obopólną korzyścią dla obydwu.

 Tym razem wentylator jest zbyt martwy, by ożyć i nie odwróci już niczyjej uwagi. Strażnik zaciska dłonie. Bieleją palce.

  — A pan? — pyta. — Jak pan myśli, panie Kserotulis? Co tam jest? Piekło czy niebo?

  — Czyściec — odpowiada nadzorca, z niebywałą trudnością tłumiąc łzy. — Jestem bardziej niż pewien, że to czyściec.

 Światła migoczą i gasną, by po sekundzie ciemności przejść na tryb awaryjny. Pomieszczenie zalewa fala pomarańczowych błysków, a z głośników umieszczonych nad drzwiami dolatuje miły, kobiecy głos, oznajmiający, że właśnie ogłoszono alarm trzeciego stopnia. Oznacza to, że jakieś stworzenie znów wydostało się z klatki i dopóki ekipa bardzo dużych złych panów sobie z tym stworzeniem nie poradzi, nie należy się szwendać po korytarzu.

 Po kilku sekundach sytuacja robi się poważniejsza. Światło znowu pulsuje, by przejść na kolor błękitny, a alarm jest stopnia drugiego. Co oznacza, że duzi i źli panowie albo są właśnie rozszarpywani na kawałeczki, albo spieprzają w podskokach.

  — Tak, czyściec — kontynuuje zawieszoną w próżni myśl, pan Kserolulis. — To musi być czyściec. Musi, skoro piekło jest tu.

 Światło miga ponownie, a gdy się w końcu stabilizuje, jest czerwone. Jeszcze nigdy nie było tak poważnie.

  — A może sprawdzimy sami? — pyta nadzorca, zupełnie nie zważając na cieknące mu teraz ciurkiem łzy. — Co ty na to, chłopcze? Masz chęć?

 Światła gasną zupełnie. Podobnie jak określający stopnie alarmowe, kobiecy głos. Za to gdzieś z ciemności dobiega piekielny ryk.

  — Tak — szepcze pan Kserotulis. — Na sto procent jest tu.

13859 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 12

Opis:

Rok też w granicach 2011-2012 (Sci-fi/horror)

Dodano: 2021-06-10 22:47:54
Komentarze.
z dużym wykopem
Kolejny świetny tekst, choć staroć, ale przecież to nie ujma. Super historia, w dodatku inspirująca, bo zasiała w mojej głowie zalążek pomysłu. Bardzo fajnie się czytało, chociaż jestem w pracy i zaangażowanie w tekst, z konieczności, mniejsze.
Odpowiedz
Zdzislav technicznie, zdecydowanie najsłabszy ze wstawionych, ale pomysł mi też pasował. Fajnie, że Ci siadł, może coś strzelisz
Odpowiedz
Canulas, technicznie to się nie wypowiem, żeby sobie ewentualnego wstydu nie narobić (bo dla mnie jest spoko ), ale fabuła wciągająca bardzo. Sam coś strzelić zamierzam, ale... wszystko robię małymi kroczkami w tempie galopującego żółwia. Pomysł, który wpadł mi do głowy po przeczytaniu "Szybkiej jazdy w dół", wylądował na mojej osobistej stercie pomysłów, z której będę czerpał w bliżej nieokreślonej, ale - mam nadzieję - pewnej przyszłości
Odpowiedz
Zdzislav superrrr, ciesze się. Też piszę baaardzo wolno
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.