online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 10 min.
Sto lat dla Nuncjusza!
jasno
Czakram wawelski tajemnicze miejsce mocy Bioenergia ziemi
>

TW # 5 Cmentarz Zapomnianych

 TW # 5 Cmentarz Zapomnianych

 

 Postać: Polityk prawy i uczciwy

 Zdarzenie: Z laboratorium wirusologicznego ucieka zarażony nietoperz

 Efekt: 62. Niech punktem kulminacyjnym opowiadania będzie scena rozbrajania bomby.

 

 Przedwczoraj dziadek wrócił do domu zgaszony. Był u lekarza. Od dwóch tygodni jeździł na jakieś badania, wracał po nich coraz to smutniejszy, ale nic nie chciał powiedzieć. Nawet i dziś rano był jakby inny.

 − Nie pójdziemy na mszę na Wawel – oświadczył po śniadaniu – ale pomożesz mi, Ignasiu. Pójdziemy na Skałkę.

 − Do Paulinów? – spytał chłopak.

 − Nie, obok – usłyszał w odpowiedzi – Ale jak chcesz, to i do Ojców Paulinów wejść możemy. Zresztą sam zadecydujesz, co i jak będzie.

 − Z czym, Dziadku?

 − Z tobą. Z tą twoją szkołą wojskową. Pomodlisz się, pomyślisz, zrobisz, co ci Duch Święty podpowie.

 − Dziadku, tyle razy o tym rozmawialiśmy. Szkoła wojskowa to dla mnie szansa. Pewna praca, mieszkanie dają...

 − Mówiłeś to wiele razy. Rozumiem, ale chodźmy, chodźmy…

 Ignaś z niepokojem obserwował jak dziadek, który był jego opiekunem, raz po raz przystaje i z trudem łapie oddech. Bał się o niego, bo nigdy go takim nie widział. Jeszcze w Boże Narodzenie szli właśnie tu, do ojców Paulinów na pasterkę, to dziadek wielokroć przystawał i żartował, że on, stary a radę daje, a z niego? Co ta za młodzi dzisiaj? Ledwo z domu wyszli, a tu już zadyszkę mają? Tym razem to on musiał czekać.

 

 Ku jego zaskoczeniu minęli jednak wejście do bazyliki, poszli wąską ścieżką wzdłuż otaczającego klasztor muru, aż doszli do czegoś, co niby do klasztornych murów przylegało, ale jakby klasztorem chyba nie było. Ni to dom, ni to buda okropnie zaniedbana, przy niej podwórze, w niewiele lepszym stanie i płot. Chyba z tego wszystkiego najsolidniejszy. Bo i huśtawka dla dzieci na konarze starej jabłoni zawieszona, coś jakby piaskownica… Dziadek nacisnął dzwonek przy furtce. Raz, drugi. Chłopak zauważył, że firanka w oknie lekko zafalowała, widać ktoś najpierw sprawdził, kto przy furtce stoi. Chwilę później drzwi się otworzyły i wyszedł z nich stary, pogarbiony mężczyzna.

 − A toż to pan Adam! – krzyknął – Idę, idę, otwieram.

 

 − Spokojnie, panie Włodku, nie spieszy się, a nam to już powoli trzeba…

 Obydwaj roześmiali się. Mężczyzna zwany Włodkiem podszedł do furty, odsunął rygiel i otworzył bramkę.

 − Wchodźcie, wchodźcie – powiedział – niedziela dziś. Gość w dom, Bóg w dom, będę miał się z kim herbaty napić. A cóż to pana Adama do mnie sprowadza?

 − Mówił mi pan Włodzimierz, że piec coś szwankuje, to i przyszedłem zobaczyć, w czym problem. Póki się jeszcze po tym świecie kołaczę, to może we dwóch coś poradzimy i naprawimy, a jakby było trzeba, to i młode silne ręce Ignasia do pomocy mieć będziem.

 

 − W niedzielę? W Maryi Królowej Polski?

 − Cóż, i tak czasem wypada – odparł Dziadek – W tygodniu nie ma czasu, człowiek te dziesięć godzin dzień w dzień, od poniedziałku do soboty w robocie, więc jak co dla przyjaciół zrobić trzeba, to niedziela ino zostaje. A że dziś święto akurat wypadło? A bo to raz człowieka w święta do roboty wzywali, bo zmiennik zapijaczył, a przecie szpital ogrzewany musi być?

 − Prawdę pan Adam mówi – odparł pan Włodzimierz – oj świętą prawdę. Wejdźmy do domu.

 

 Dom był dokładnie taki, jak go sobie można było wyobrazić. Skoro gospodarz samotny, leciwy już, a do tego prosty człowiek, co za palacza u ojców Paulinów robi, to i czego się po tym domu spodziewać? Ignacy rzucił jedynie okiem na kąt bez okna, klitkę, w której stało jakoś tam zasłane proste łóżko, kuchenkę, ale taką starą, westfalkę, co to i dwa palniki gazowe ma, i płytę węglem ogrzewaną, kredens, kiedyś zapewne biały, dziś pożółkły ze starości, z plackami po farbie, co Bóg raczy wiedzieć ile lat temu odpadła. I schody. Jedne ku górze, zapewne na stryszek, drugie w dół, do piwnicy. Gospodarz przekręcił włącznik prądu i zeszli do kotłowni. Wielki, stary piec. Musiał być niewyobrażalnie ciężki, skoro budowniczowie posadowili go na solidnych, stalowych szynach, chyba jak kolejowych, a może i grubszych.

 

 − Odkręcić trzeba, panie Włodzimierzu – zaczął Dziadek.

 Więcej słów im nie było trzeba. Gdzieś tam pan Włodzimierz jakieś zawory przekręcił, szlauch do mniejszego kranika podłączył i przez chwilę patrzyli, jak do kratki kanalizacyjnej woda ścieka. Wzięli dwa wielkie klucze nastawne i odkręcili mutry, które łączyły piec z rurami.

 − No, Ignaś, bierz się z tamtej strony. Odsuwamy.

 − We trzech, Dziadku? Nie pójdzie…

 − Pójdzie, pójdzie. Wiary ci ino trzeba.

 

 Dziadek z jednej strony stanął, on z drugiej. Chwycił mocno krawędź pieca.

 − Na trzy – powiedział Dziadek – Uwagaaaa! Raz, dwa i trzyyyy…

 O dziwo piec się ruszył. Sunął po szynach do przodu, gładko, jakby to była nocna szafka, a nie wielki, ciężki żeliwny piec. Ignaś zdążył zauważyć, że wraz z piecem jedzie też… podłoga pod piecem. Odsunęli na metr. Otwór był na tyle duży, że można było wejść. Dziadek sięgnął do środka. Wyjął kabel elektryczny ze wtyczką i podał mu. Ignaś rozejrzał się dookoła, zobaczył w ścianie gniazdko. Włożył wtyczkę do gniazda i natychmiast z wnętrza zajaśniało światło.

 − Chodź! – powiedział Dziadek.

 − Gdzie? – spytał chłopak.

 − Na cmentarz zapomnianych. I skazanych na zapomnienie.

 Dziadek zszedł na dół, jemu też nie pozostało nic innego. Ruszył za Dziadkiem. Schody były wąskie, dość strome, lekko kręcone. Zeszli, tak na wyczucie, jakieś półtora piętra.

 − Krypty? Takie jak u Paulinów?

 − Nooo… – odparł Dziadek – Tylko tych krypt oficjalnie nie ma.

 Dziadek sięgnął bez namysłu po jeden ze stojących na drewnianym regale kartonów.

 − To mój cmentarz, Ignasiu – powiedział – Także i twój…

 Nie czekał na pytania. Otworzył karton. Wyjął pierwsze zdjęcia.

 − Jadwisia. Twoja mama…

 − Ponoć umarła, jak się urodziłem. W szpitalu…

 − Umarła, jak się urodziłeś – odparł Dziadek – Ale nie w szpitalu.

 Wyjął kolejne zdjęcie. I złożony starannie plakat.

 − Twoja mama, Jadwiga Badecka była córką kapitana Feliksa Badeckiego. Rozstrzelanego w 1940 roku przez Sowietów, czy, jak wolisz, Rosjan w Katyniu. Wraz z nim tam akurat, pod Smoleńskiem, zginęło jeszcze ponad cztery tysiące polskich oficerów…

 Rozłożył plakat. Bekanntmachung. Obwieszczenie. Lista nr 7 polskich żołnierzy i oficerów rozstrzelanych w Katyniu. Odnalezieni w czerwcu 1943…

 − Co to jest, Dziadku?

 − Cmentarz Zapomnianych – odpowiedział Dziadek – We wrześniu 1939 roku Sowieci przyłączyli się do hitlerowców i najechali na Polskę od wschodu. Od razu zaczęły się wywózki na Syberię. A ci… Dostali rozkaz nie walczyć z Sowietami, tylko poddać się i wykonali rozkaz. Katyń, Kozielsk,

 

 Starobielsk, Miednoje, Charków… Sowieci w ciągu miesiąca, w kwietniu czterdziestego, zastrzelili ponad dwadzieścia tysięcy polskich oficerów.

 − To kłamstwo, Dziadku! – krzyknął Ignaś.

 

 − Kłamstwo, za które zabito twoją mamę! – odparł Dziadek spokojnie, choć z wyczuwalnym wzruszeniem w głosie.

 − Jak to? – młody człowiek wyraźnie stracił pewność siebie.

 − Pamiętam jak dziś. To było jakoś na początku jesieni. W pięćdziesiątym pierwszym. Ukazał się wtedy artykuł w gazecie. Że niby dziesiąta rocznica zamordowania tam, w Katyniu, polskich oficerów. Że gdy hitlerowcy zaatakowali ZSRR, to Rosjanie uciekli, a polscy jeńcy wojenni byli w obozach jenieckich. No i hitlerowcy zajęli te obozy, jeńców rozstrzelali, kazali okolicznym Żydom wykopać mogiły, pogrzebać polskie trupy, a potem tych Żydów tam rozstrzelali. No i Jadwisia nie wytrzymała. Wiedziała, kim jest. Jej mama, też Jadwiga, była tam z delegacją Czerwonego Krzyża, w czterdziestym trzecim. Była sanitariuszką kliniczną, pojechała z naszymi profesorami z Krakowa…

 W lutym czterdziestego piątego przyszło po nią wojsko. Jedno pytanie zadali, czy była sanitariuszką w Katyniu. Gdy odpowiedziała, że tak, kazali jej się ubrać. Nikt jej nigdy więcej nie widział… Twoja mama, Jadwisia, gdy przeczytała to o Katyniu w gazecie, postanowiła napisać list. Do samego Stalina. Z prośbą, aby przesłano jej akt zgonu jej ojca, kapitana Feliksa Badeckiego, zabitego w Katyniu w kwietniu tysiąc dziewięćset czterdziestego roku. Miała jeszcze wtedy nadzieję, że przywódca radziecki to polityk prawy i uczciwy.

 Dziadek zrobił chwilę przerwy.

 

 − Mówiliśmy jej, że to zły pomysł, że zginie, że zabiją ją gdzieś tam po cichu na Montelupich albo wywiozą w las i jak psa zastrzelą, ale gdzie tam. Próbowaliśmy ją przekonać, że będzie jak zarażony nietoperz, który uciekł z laboratorium wirusologicznego i będą ją ścigać po wsze czasy, bo dotyka tematu tabu, którego nie wolno poruszać.

 

 Powiedziała jedynie, że chce dziecko szczęśliwie urodzić, ale w kłamstwie żyć nie będzie. Stało się dokładnie tak. Urodziłeś się 25 listopada. Jeszcze tego dnia Jadwisia pokazała nam ciebie z okna… Przyszli po nią tej samej nocy. Ty zostałeś w szpitalu, ona… zniknęła. Doktor Szczepański mówił, że wzięli go na Montelupich, bo coś się Jadwisi niby po porodzie dziać zaczęło, a że on ginekolog, to go ze szpitala zabrali. Była strasznie pobita, ze śladami poparzeń, nic nie mógł zrobić. To było 28 listopada. Potem nikt nigdy już twojej mamy żywej nie widział.

 

 Wtedy właśnie, z Włodkiem, postanowiliśmy zagospodarować te piwnice i urządzić tu Cmentarz Zapomnianych. Takich, o których nie wolno mówić. Zaglądanie tu to jak rozbrajanie bomby. Gdyby komuniści zobaczyli, co tu jest, aresztowaliby nas wszystkich.

 Dziadek sięgnął po kolejne zdjęcie.

 − A to Staś. Twój ojciec…

 − Ponoć zwariował, napadł na żołnierzy, a ci go zastrzelili…

 − Nie zwariował – odparł Dziadek – Dobrze to pamiętam. Poszedł na występ Chóru Armii Czerwonej z Kijowa. Jak wszyscy inni studenci, poszedł, bo musiał. I tam zobaczył pułkownika, Ukraińca, co całą jego rodzinę wymordował wraz z całą polską wsią. Więc poszedł i drugi raz. Z granatami i pistoletem. Zastrzelił tego pułkownika i rzucił granaty. Ostatni zachował dla siebie. Tak zginął. Tu znajdziesz prawdziwy opis tego, co się stało.

 − Dziadku, ty ponoć adoptowałeś tatę…

 

 − Raczej przygarnąłem. Trafił do nas jakoś zimą czterdziestego trzeciego. Chyba pod koniec stycznia, bo Niemcy w Stalingradzie jeszcze walczyli. Nooo, to musiał być styczeń. Ukraińcy zaczynali wtedy napadać na polskie wsie i miasteczka, mordowali każdego, kto był Polakiem.

 − Za co? – spytał zdziwiony Ignaś – Po co? Przecież to byli towarzysze broni w walce z Hitlerem!

 − Oj, Ignaś, chłopcze ty mój, chłopcze – sapnął – cóż ty tam wiesz… Ukraińcom marzyła się wolna Ukraina tak jak nam wolna Polska. Sowieci jeszcze wtedy baty od Niemców brali, Niemcy byli zbyt potężni, by ich ruszać, więc ubzdurali sobie, że jak Polaków wybiją, to jednego wroga się pozbędą. No i zaczęli mordować. Stasiek się jedyny ze wsi uratował, po lesie się błąkał i tak go nasz patrol znalazł. Prawie zamarzniętego.

 − Wasz patrol? – spytał zdziwiony Ignaś.

 − No nasz, partyzantów z Armii Krajowej.

 − Opowiesz mi, jak to było? – poprosił.

 − Tak, ale innym razem.

 

11044 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ^Ozar
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 14

Opis:

Historia pokazująca jak Polacy musieli ukrywać dokumenty pokazujące prawdę zbrodni komunistycznych takich jak choćby mordu w Katyniu.

Dodano: 2021-06-11 10:33:29
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.