online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Odejście największej z gwiazd — Cykl 23 starocie (5)
<
Szybka jazda w dół — cykl 23 starocie (3)
>
Tagi: #długirejs #dużogadki #szczyptarasizmu #tandetnymistycyzm

Winda — cykl 23 starocie (4)

 

 

 Facet był czarny, niczym spód od patelni i otyły. Ubrany jak urzędas. Pantofle. Biała koszula w czarny, kreskowy kod. Poprzecierane spodnie od garnituru.

 Był wysoki, a zęby miał jak z reklamy. Na łysej główce tkwił kaszkiet, który przywodził na myśl kombinatora. Generalnie budziłby pozytywne skojarzenia, gdyby nie oczy. Bo oczy, cóż. Oczy kąpały się w krwi.

 Zmierzyliśmy się wzrokiem. W lustrze za nim dostrzegłem kłęby dymu, które materializowały się w zaciśniętą dłoń i uderzały z łoskotem w szkło. Dostrzegł moje zdziwienie i swym wielkim cielskiem dyskretnie przesłonił widok. Ręce trzymał splecione jak bramkarz w klubie. Na jednym z kiełbasianych paluchów gruba obrączka rozrzucała zajączki.

  — Poproszę kartę — powiedział.

 Podałem mu plastikowy wielobok, który otrzymałem na recepcji od pięknej, również krwistookiej, brunetki. Takiej dziewiątki w wiadomej samczej skali.

  — Jeszcze papiery — dodał uroczy olbrzymek. — Ma je pan?

 Trzymałem je w drugiej dłoni, więc pytanie uznałem za kurtuazję lub najzwyklejszą głupotę. Nie mniej, także podałem.

 Zaczął wertować i udało mi się zajrzeć za jego plecy, widząc, że to coś za lustrem dalej próbuje się dostać. Tylko tym razem zamiast samej pięści, bardziej przypominało człowieka od pasa w górę. Murzynek dostrzegł mój wymyk i dobrodusznie pogroził mi dużym palcem.

  — Nieładnie — stwierdził z uśmiechem, który zbyłem wzruszeniem ramion. — Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zna to pan?

 Kiwnąłem na odczepnego, bo jedną z rzeczy, jakie mnie cholernie irytowały, były durne wyświechtane powiedzonka. Takie utarte, typu: Gorąco jak w piekle. Czy: Ciemno jak w dupie. Stereotypowe myślenie nie było mym przyjacielem, bo zabijało kreatywne myślenie. Wtłaczało ludzi w maszynę owczego pędu, w której to media i kolorowe gazetki decydowały, co jest fajne, co nie.

 Bambusek czekał cierpliwie na odpowiedź, lecz w końcu chrząknął, dając do zrozumienia, że dalej nie pojedziemy z tematem, jeśli mu się nie zwierzę.

  — Tak. Słyszałem. I to o otchłani też.

  — O otchłani?

  — Taaa. O tym, że jeśli długo spoglądasz w otchłań, to...

 Klasnął w dłonie.

  — To otchłań spogląda w ciebie. Znam!

  — To z Nietzschego. Choć przyznam szczerze, że ja to sobie w sumie wygooglowałem. Kiedyś. Przez przypadek.

 Popatrzył na mnie z namysłem. Długo. Z trzydzieści sekund.

  — Wie pan, że sam pan to robi?

  — Co?

  — No... rzuca pan frazesami, którymi podobno tak pan gardzi. To trochę, bo ja wiem, dwulicowe.

 Wstrzymałem oddech. Może byłem mikry i niewysoki, ale na poletku słownej wojenki zawsze sobie dawałem świetnie radę.

  — W którym momencie?

 Tym razem to on nie zrozumiał i poprosił mnie o powtórzenie.

  — W którym momencie rozmowy zachowałem się w standardowy sposób? W sensie, użyłem wyświechtanego powiedzonka?

  — Aaaa — Rozweselił się, ukazując te cholernie równe zęby. — Proszę się tym wszystkim nie kłopotać. Nie ma sensu.

  — Nalegam. Nazywa mnie pan dwulicowcem, proszę dać jakiś dowód! Inaczej to faktycznie nie ma sensu.

  — A musi?

  — Powinno!

 Westchnął.

  — No dobrze. Chodziło mi o "przyznam szczerze". Nie uważa pan tego za wyświechtane i potoczne?

 Przez chwilę byłem pewny, że mnie załatwił. Trafił podbródkowym w podbródek czy kapciem w pajęczy łeb. Potem jednak lata praktyki w kancelarii dały znać.

  — Faktycznie — odparłem przeciągle, aby móc dłużej napawać się zwycięstwem. — Tylko jest pewien szkopuł.

  — Jaki?

  — Taki, że faktycznie o tym myślałem, ale nie mówiłem tego na głos. Jestem pewny. Dogłębne studiowanie rozmów, to nieodłączny element mej byłej pracy i wiem na pewno. W żadnym momencie nie powiedziałem głośno tego, że nie lubię wyświechtanych porównań, choć tak faktycznie myślałem i nadal myślę.

 Trawił te słowa długo, bawiąc się papierami, które mu dałem. W końcu rzekł:

  — No i?

  — Nie wiem. Może na początek, skąd pan to wie? Jest pan windziarzem, który czyta cudze myśli?

 Pociekła mu rdzawa łza i sięgnął po chusteczkę, by ją zetrzeć. Jego lewe oko kąpało się w krwawym kisielu. Za to usta nadal tkwiły w uśmiechu.

  — Nie mówiłem, że jestem windziarzem. Może to pan czyta w myślach?

 Odbicie piłeczki, to coś, z czym spotykałem się w sądowych salach wielokrotnie. Co gorsza, ludzie naprawdę myślą, że taka prymitywna próba odwrócenia uwagi się powiedzie.

  — Nie. Ja po prostu zgaduję. Otwiera pan drzwi od windy, a potem skanuje mi mózg. To tylko suma spostrzeżeń, wyciągnięta na podstawie naszej rozmowy, nie żadne czary. Pan natomiast trafia w samiutkie sedno. Czyta mi z głowy.

  — Czyżby?

  — Tak to wygląda.

 Murzynek znów się zawiesił i ocknął dopiero wtedy, kiedy kolejna krwista łza dotarła, aż do podbródka. Tym razem nie sięgał po chustkę, a starł ją ręką.

  — Kurde — rzucił. — Dobry pan jesteś w te klocki.

 To akurat wiedziałem dobrze sam. Cyfry na koncie były na to wystarczającym dowodem.

  — No dobrze, panie mądraliński. Wsiadaj pan, bo jeszcze się spóźnimy. Licho nie śpi, a zegar odmierza, nie? Co pan na to? Znajdzie pan jakiś frazes?

 Było jasne, że czymś czarnuszka wkurzyłem. Jego początkowa sympatia do mnie, wyparowała. Tylko wiśniowe usta ciągle pozostawały rozwarte. Dosłownie, jakby były z marmuru.

  — No jak, panie elegancik? — nie dawał za wygraną dziwny windziarz. — Masz pan na to jakąś mądrą odpowiedź?

  — Ni przypiął, ni przyłatał, chyba się nada? — odparowałem i wsiadłem. Olbrzymek nacisnął przycisk i drzwi się za nami zamknęły. Nie wiem, czy ruszyliśmy, bo nie poczułem wstrząsu ani szarpnięcia. Za to cienie zza lustra wyparowały.

 Jechaliśmy w milczeniu dłuższy czas. Ja odezwałem się pierwszy.

  — Cieszę się, że już pan nie udaje.

 Podniósł wzrok znad papierów, które tylko udawał, że przegląda. Popatrzył mi w oczy, ale nie bezpośrednio, tylko przez jedno z okalających windę luster.

  — Udaję?

  — Tak. Cieszę się, że darował pan sobie kurtuazję i nie udaje już, jak to mnie lubi. To uczciwsze.

  — Prawdziwszy z pana łowca dusz, co?

 Tym razem to ja się uśmiechnąłem. Zupełnie jak na rozprawie. Kolejny zapędzony w kozi róg. Banalne.

  — Prędzej, uważny obserwator. I, bez nerwów. Cenię sobie prawdziwość.

 Uraczyliśmy się kolejną porcją ciszy, która trwała mniej więcej siedem minut. Tym razem rozpoczął on.

  — To może, chociaż powiem panu czemu?

 Poszukałem z nim kontaktu wzrokowego, ale nie przez żadne cholerne lustra, tylko w staroświecki sposób, twarzą w twarz. Uciekał i uciekał, lecz w końcu zwątpił i naszym oczom udało się skrzyżować. W tym momencie nikt już nie udawał.

  — Co? — spytałem, starając się nie ukrywać wyższości. – Co mi pan powie? Wyjaśni pan, dlaczego to mnie nie lubi? Nie darzy sympatią? Próżny trud. Ja do takich reakcji jestem nie od dzisiaj przyzwyczajony.

 Znowu pociekła mu łza i zastanawiałem się, czy nie lecą mu one na tle nerwowym. W sumie możliwe. Jedni moc się w spodnie, inni jąkają, a jeszcze innym może lecieć krew z oczu. Świat jest przecież na tyle wielki, że może pomieścić najróżniejsze dziwactwa.

  — Nie! — Tłuścioszek uniósł głos, w którym chyba wychwyciłem brytyjski akcent. — Wcale nie chcę powiedzieć, dlaczego pana nie lubię. Chcę powiedzieć, czemu mam chęć rozpierdolić panu łeb o ścianę i wyjeść oczy. I o tym, co mnie przed tym wszystkim powstrzymuje.

 Próżny twój trud, pomyślałem, Groźby i próby zaszokowania także wielokrotnie przerabiałem.

  — Więc czemu? — rozpocząłem. — Czemu chce mi pan rozpierdolić łeb i wyjeść oczy? I o jakie ściany, skoro wkoło są same cholerne lustra?

 Łzy mu teraz leciały jedna za drugą, choć usta miał ciągle otwarte. Spod kaszkietu wystąpiły krople potu, a pod pachami już zaczynały się zbierać małe, kwaśne jeziorka. Sądzę, że poza gadką niewiele mógł mi uczynić, bo gdyby mógł, wnosząc po wyrazie jego twarzy, już by uczynił.

  — Bo jesteś przekurewskim arogantem — syknął, bez ostrzeżenia przechodząc ze mną na ty. Zmierzyłem czarnucha wzrokiem z największą możliwą pogardą. Potem parsknąłem śmiechem.

  — To też mi pan z głowy wyczytał?

  — Jesteś skurwysynem wartościującym ludzi według koloru skóry! Gównem, które myśli, że śmierdzi mniej od innych! Zwykłym psem!

 Splunąłem mu na mokasyn.

  — Proszę. Parodia jakaś. Cyrk. Śmie mnie oceniać jakiś tam windziarz medium, którego całą robotą jest naciśnięcie jednego z czterech przycisków. Durna małpa.

 Chciałem, by zrobił coś, czego mu zrobić za nic nie było wolno i przez sekundę myślałem, że się udało. Opanował się jednak i otarł łzy. Stanęliśmy.

  — Na co dzień traktuję ludzi bezosobowo. Nie myślę o nich ani dobrze, ani źle. Ale jeśli chodzi o ciebie, cieszę się, że tamten narkus cię dopadł. To nieprofesjonalne i pewnie poniosę za te słowa jakąś karę, ale się cieszę. Naprawdę cholernie się cieszę.

 Poczułem ukłucie lęku. Głowę wypełniły obrazy: Skwerek. Środek dnia. Trąbiący na siebie kierowcy i zagonieni, w większości smutni ludzie. Opodal park i mały tor dla rolkarzy. To oraz szczupły chłopak o rozbieganych oczach i ze sprężynowcem w chudej, dziecięcej dłoni.

 I ja. Leżący.

 Ludzie przystają i patrzą się, jak umieram. Koło mojej twarzy ktoś kładzie siatkę z zakupami. Jakaś starsza kobieta wyciąga z płaszcza komórkę. Jeszcze inni, pospiesznie się oddalają.

  — Wsadziłeś mi to w głowę, by mnie przestraszyć — mówię, ale obaj dobrze wiemy, że to nieprawda. Tłuścioch naciska przycisk i drzwi windy wolno się rozsuwają. Za nimi jest tylko mrok.

 Chcę zaprotestować, ale nim udaje mi się wykrztusić choćby słowo, tamten mnie wypycha i odjeżdża, zostawiając sam na sam z ciemnością. Skronie pulsują. Głowę rozsadzają straszne myśli.

 I właśnie wtedy, kiedy mam zamiar zwinąć się w kłębek i najzwyczajniej rozpłakać, za plecami słyszę jakiś szept. Odwracam się, czując, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi i mam wrażenie, że dostrzegam cień. Choć ta logiczna część mnie podpowiada, że to szaleństwo. Że ujrzenie cienia w kompletnym mroku jest na zdrowy rozum niemożliwe. Nie mniej, mam absolutną pewność, iż tam jest.

 Robię pierwszy krok, a zaraz potem kolejny. Nic się nie zmienia. Dosłownie, jakbym stał w miejscu. I stoję. Nawet jeśli biegam i podskakuję, nic się nie zmienia. Jestem i zarazem mnie nie ma. Tylko ja i kłębiące się myśli. Albo ja, jako myśl. Znikąd, donikąd. Nie ma nic. To tylko moje małe, prywatne piekło. Wewnętrzny czyściec. Moja osobista umieralnia.

 Milion lat później uderzam pięściami w szkło.

 Nie ma już we mnie siły i nie ma wiary.

 Jestem tylko zaciśniętą pięścią.

 Jestem obłokiem.

10412 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 22

Folder: 23 starocie
Opis:

Też rewir 2011, może 12

Dodano: 2021-06-13 19:12:34
Komentarze.
z dużym wykopem
Już początek mnie rozwalił i porównanie do patelni.. im dalej się czyta tym lepiej i zdaje sobie sprawę ze już koniec .. to jak opowiadanie w opowiadaniu ( nie wiem czy to dobre określenie ale jedyne co mi przyszło do głowy) …czasem trochę mi się przypomniał klimat Kinga i jego opowiadania „1408” … ogólnie uwielbiam opowiadania gdzie jest mało bohaterów i ich „rozterki” … i to opowiadnie kapitalnie spełnia wg mnie taka funkcje…
Odpowiedz
jacek79 ciekawe porównanie i szukam przyczyny, na kanwie której miałoby zaistniej. To nobilitujące, ale i ciekawe. Gdzie tu spoiwo🤔
A może ja nie czytałem 1408 w pełnej wersji, jeśli taka jest. Czytałem na pewno szkic w Pamietniku Rzemieślnika oraz oglądałem film, ale opko jako takie... kurde, nie pamiętam.
Dziękuję pięknie
Odpowiedz
Canulas tu bardziej o kameralny klimat mi chodziło..taki nawet klaustrofobiczny dlatego nasuneło mi się opowiadanie Kinga
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.