online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Wyobraźnia (1z2) — Cykl 23 Starocie (13)
<
Czarny śnieg — Cykl 23 Starocie (11)
>
Tagi: #jasnowidz #śmierć #katastrofa #głódikoszykówka

Cudu w Andach nie było — Cykl 23 Starocie (12)

 

 Yeti obserwował całe zajście z daleka. Bał się ognia. Nie rozumiał go. Wiedział tylko, że ten nieregularny kształt w jaskrawych barwach zawsze oznacza kłopoty. Kwitoki powiadały co prawda, że daje ciepło i pozwala mięsu lepiej smakować, ale co też te krótkowłose brudasy mogły wiedzieć.

 Jak w ogóle mógł się wymądrzać ktoś, kto nigdy nie stanął z jaguarem sam na sam i nie wyszedł z tej potyczki bez szwanku? Jak autorytetem w sprawach przetrwania mógł być ludek, którego zabijał byle ciśnięty kamień czy nawet upadek z ledwie dziesięciu jardów?

 Proste. Nie mógł.

 A co jak co, ale Yeti swój własny rozum miał i swoje wiedział. Nie zaostrzał co prawda patyków przed polowaniem, ale łapy miał ostre wystarczająco. Nie podniecał się też ostatnim wynalazkiem kwitoków i za nic nie umiał nadać mu przydatności. Jak oni w ogóle ten dziwny przedmiot nazwali? Aha. Mówili na to coś koło i miało zrewolucjonizować transport. Dobre sobie. Przecież z kwitokami nikt nie handlował, a pozyskane mięso dużo łatwiej było przewozić na wygarbowanych skórach lam, niż na jakimś tam kole.

 Co do ciężkiej cholery będzie dalej? Szerokopasmowy Internet w całych Andach? Szpanerskie Lamborghini na płozach? Plazma w każdej jaskini?

 Taaa, Yeti może był głupi, ale swoje to wiedział bardzo dobrze. Stał więc za dużą skarpą i obserwował. Brzuch burczał, a biegające w popłochu płonące ludki, wyglądały niezwykle apetycznie. Niestety. Duży, żelazny ptak ciągle zajęty był ogniem i co jakiś czas wydawał z siebie przeróżne bumy i łupy, wzniecając płomienie na nowo.

 A co jak co, ale sierść to miał Yeti bardzo długą i jedna, jedyna iskra mogła mu dopiec nad wyraz. Taaa – pomyślał, obnażając w uśmiechu, pożółkłe kły – Dopiec nad wyraz.

 

 Dopiero gdy nastał wieczór, sytuacja się jako tako wyjaśniła. Do tego czasu Yeti przestępował z łapy na łapę i łypał jedynym ocalałym okiem na swe przekąski.

 Z jednej strony bał się, że nadlecą inne żelazne ptaki i zdołają jego żarcie uratować. Z drugiej, po prostu chciał siku. Nie mógł jednak załatwić swojej potrzeby, bo ciecz płynąca z jego dolnego oka była niezwykle charakterystyczna w zapachu i podła w smaku, co omieszkał sprawdzić jedynie raz.

 Chociaż z dwojga złego Yeti bardziej bał się żelaznych ptaków. Oj tak. Gdyby jego przekąski odleciały, musiałby wrócić do obcowania z podgniłym mięsem kwitoków, które śmierdziało na przeszło półtorej mili. Podobno dawno temu pierwszy kwitok wytoczył świętą wojnę wszystkiemu, co daje czystość i trwa ona do dziś. Kto wie? Na pewno nie Yeti. Yeti historię kwitoków miał w tylnym oku. Też dolnym.

 

 Więc, jak już mówiliśmy, nastał wieczór. A jak już nastał, przyniósł to, co powinien. Czyli, po Yetiowemu, chłód i ciemność. Ocalałe ludki zbiły się w grupę i zaczęły coś do siebie mamrotać. Nie szczędziły przy tym olabożenia i wygrażania pochmurnemu niebu. Później poczciwy wiatr zagnał ich w cholerę do samolotu i Yeti się w końcu wysikał. O tak. Jedno zmartwienie mniej.

 Był bardzo głodny, ale cośmy już wcześniej ustalili, swoje wiedział. Poobcował więc jeszcze z głodem dobrą godzinkę, zanim się zabrał do rzeczy.

 Zabranie się do rzeczy oznaczało trzy ważne punkty na liście punktów. Punkty, których kolejności nie dało się w żaden sposób pozamieniać. Mianowicie:

 Podkraść się.

 Porwać zwłoki.

 I zjeść.

 Yeti dobrze poznał swój plan przed przystąpieniem.

 

 Podkradł się sprytnie, bo cicho i przygarbiony. Ślady wprawdzie zostawił, ale silny wiatr dawał sporą nadzieję na ich zakrycie i to mu w zupełności wystarczyło. Za bardzo kombinować to nasz Yeti nie musiał. Oj nie. W razie wykrycia mógł zawsze użyć pazurów.

 Pierwsze ciało porzucił, bo było czarne i twarde. Drugie zaś, ledwie co nadpalone i także twarde. Te zabrał.

 Oddalił się na przepisową odległość i zaczął jeść. Na zimno i na surowo. Czarny mężczyzna smakował niezbyt wybornie. Był jednak nad wyraz tłusty i tym się Yeti kierował przy wykradaniu.

 Spałaszował co nieco z kości udowej grubaska, popijając przy tym zmrożonym śniegiem. Potem go zaciągnął do jaskini.

 I wszystko dobiegłoby końca, gdyby nie to, że ostatnie dni lata właśnie mijały, a w zimę o jedzonko znacznie ciężej.

 Pudu są strasznie płochliwe i podkraść się do nich nie sposób. Kondory latają wyżej od najdalej ciśniętego hamulca. A Wikunie i Gwanako zamieszkują tylko suche tereny. Daleko poza strefą głębokich śniegów.

 Pozostają jeszcze lamy albo szynszyle, ale i o te w zimie niezwykle trudno. Podobnie jak o mięso jaguara. Na którego, nawiasem mówiąc, nie poluje się łatwo.

 Tak. Należało czym prędzej tam wrócić i jeszcze z dwa ciała podpieprzyć. Przecież ekipa ratunkowa i tak się nie pokapuje. To w końcu Andy.

 Yeti wyszedł z jaskini i popatrzył w kierunku Alpamayo. Nie widział góry, ale wiedział, że za zasłoną śnieżnego wiatru gdzieś tam jest. Ukryta w gęstej mgle. Ponoć najpiękniejsza góra świata.

 Potem, nie zważając na postępującą śnieżycę, ruszył w kierunku wraku.

 

 Dotarł nad ranem, gdy mgła była najgęstsza. Tak bardzo, że po machnięciu łapą pozostawał w powietrzu ślad. No nieźle, pomyślał Yeti. Aura mi sprzyja.

 Podkradł się z podobnym sprytem, co wcześniej, ale żadnych ciał znaleźć nie zdołał. Rozglądał się i rozglądał, a tu nic. Pogroził więc wielką łapą i popatrzył z wyrzutem na samolot.

  — Cholerne głodomory — zamruczał, dobrze wiedząc, że szalejący wiatr wszystko zagłuszy. A nawet jeśli nie, to i tak dla krótkowłosych popaprańców jego słowa będą niezrozumiałe. Co najwyżej, usłyszą stłumiony ryk albo mlaskanie czy skowyt. Niczego więcej. Tego jednego był pewien. Przerabiał to już wcześniej na wieśniakach.

 Toteż, wiedząc to wszystko, zaczął wygrażać do woli. Czyli do momentu, kiedy to poczuje się w końcu lepiej albo uda mu się jakieś zwłoki odnaleźć. Niestety. Trupów nie było na jotę, a nastrój miał Yeti paskudny.

  — W mordę grzyba — ciągnął urażony. — Jedna doba i już? Już żrą swoich? Gdzie się podziała determinacja i hart ducha? Gdzie szacunek dla tych, co kiedyś spadli? Cholerny, Nando Parrado pół Andów przeszedł, a nie było wtedy kurtek na Gore-Texie.

 Ktoś go usłyszał i wyjrzał. Czarna jak smoła piłeczka wychyliła się z wnętrza wraku i rozejrzała. Yeti przywarował do gleby, lecz niepotrzebnie. Nieznajomy spoglądał w kierunku nieba.

 Włochacz profilaktycznie pozostał w pozycji leżącej, choć był dwakroć większy od tego, który wyglądał. Wtedy to pod śniegiem dostrzegł but i pokapował się w całej sytuacji.

 No tak. Tamci nikogo nie zjedli. Przynajmniej jeszcze. Wciąż przerabiają etap szoku, przemieszany nieudolnie z nadzieją. Za wcześnie na takie harce.

 Choć z drugiej strony, większość rozbitków to czarni, a z takimi nigdy nic nie wiadomo. Może nie potrzebują dwóch tygodni, by się przemóc w konsumpcji mięsa kolegów, a zaledwie trzech czy czterech godzin? Kto ich wie?

 Czego jak czego, ale tego właśnie Yeti nie wiedział.

 Leżał więc dalej w śniegu i obserwował, a żeby to przypatrywanie się było raźniejsze, rozerwał złotego adidasa i podgryzał rześko czarną stopę. W takiej oto sielankowej atmosferze oczekiwał.

 Mężczyzna dawał głowę, że coś usłyszał, ale dostał tylko opieprz, że wpuszcza wiatr. Zaklinał się i utrzymywał przy swoim do momentu, gdy wielki, sportowy bucior (być może nawet w rozmiarze pięćdziesiąt dwa) odbił mu się od głowy. Wtedy dopiero ustąpił, tarasując powstałą przy kolizji wyrwę ogromną płachtą. Yeti wstał i od tej pory poprzysiągł złorzeczyć na ludków jedynie w myślach.

 Ciało zmarzło na kość, lecz udało się je jako tako odkopać. Wpierw szło dobrze, a potem Yeti chciał za szybko wyciągnąć i trup się rozerwał w połowie, zostawiając głowę oraz część korpusu na zawsze w lodzie.

 No nic. Przynajmniej krwi było mało. Niech mnie lawina przysypie, jeśli nie wiem, gdzie mam szukać następnych – pomyślał Yeti – i zaczął rozgarniać śnieg. W mniej niż kwadrans odnalazł ciał jedenaście. Dziesięć czarnych i jedno nad wyraz żółte. Wtedy zrozumiał, że dzień nie będzie udany.

 Cholera – myślał. – Jacy oni wszyscy są wysocy. Zupełnie inni od tych głupków na kozach, co to pasą nieraz owce przy potokach. Z pół raza więksi.

 Wtem ze środka stalowego ptaka doleciał wrzask, a zaraz potem, kilka niezrozumiałych dla Yetiego słów. Słów wypowiadanych w niezwykle gniewnej tonacji.

 Ktoś wylazł, a w zasadzie wypadł, niczym kamulec ciśnięty z procy kwitoka i od razu podrałował za samolot. Yeti stanął jak wryty, lecz nieznajomy (o dzięki wam góry) biały ludek, nawet na niego nie zerknął. Chwilę później rozległy się straszne jęki.

 Tego już było za wiele. Oj tak. Robiło się zbyt dziwacznie i coraz zimniej. Niebo zwiastowało niepogodę i każdy choć trochę rozumny, powinien już koczować w swej jaskini.

 A co jak co, ale Yeti to był zawsze rozumny. Nooo… prawie zawsze. Raz był mało rozumny, ale ślady jaguarzych pazurów przypominały mu o owej nieroztropności, cholernie swędząc na każdą zmianę pogody.

  — No dobra. Dość tego. Basta — burknął Yeti, a wiatr jak zwykle przemienił to na warczenie. Za dużo było w tym wszystkim niejasności. Pogoda zła. Należało szybko coś postanowić.

 A co jak co, ale szybko coś postanowić to Yeti umiał i z impetem ruszył za białym ludkiem. Zanim jednak zdołał skręcić za wrak, doleciał go piskliwie brzmiący głos.

  — Chłopie, żartowaliśmy. Możesz się zesrać w kącie.

 Wtedy Yeti wyjrzał i zrozumiał, czym były jęki kucającego za samolotem ludka. Sierść stanęła mu dęba, jęzor oklapł, a dolne oko dyndało, niczym wahadło. Ponadto mózg się zlasował, a z tylnego oka pociekł brązowy śluz. Oto bowiem kucający ludek nie był biały. Oj nie. A co jak co, ale na kolorach, to Yeti się dobrze znał.

  — O kurwa! — wykrzyczał przerażony ludek. — Yeti!

  — O kurwa! — powtórzył zaskoczony Yeti. — Kobe!

 Ludek próbował wstać, ale poplątał się w niebieskie dresy i poleciał przed siebie, jak długi. Yeti zaś otrząsnął się szybko z szoku i przywalił mu piąchą prosto w łeb.

 No pięknie – pomyślał. – Wspaniale.

 

 Kiedy ciągnął go za nogi do jaskini, jeszcze raz się odwrócił i popatrzył na niknący w śniegu wrak. Jeśli pogoda nie ulegnie poprawie, samolot przykryje się śniegiem w dziesięć, piętnaście godzin i do jutra nie będzie już po nim śladu.

 Cóż.

 „Jaka karma, taki urok”. Jak mawiał samiec tata, zanim zatruł się śmierdzącym mięsem kwitoków i sam zaczął roztaczać dziwne zapachy. „Jaka karma, taki urok”, mawiał. I to zdołał Yeti zapamiętać.

 Popatrzył więc na samolot tylko raz, obserwując, jak niebiesko-złote litery nikną pod śniegiem. Spróbował je odcyfrować, ale było to bardziej pamięciowe, niźli płynące z umiejętności czytania. Nie mniej, udało się i Yeti zrozumiał, co widzi. Zasępił się i zasmucił. A wiedząc, że jest bezpieczny, mruknął:

  — A niech mnie kondory obsrają. Liga już nie będzie taka sama.

 Potem ruszył, a wrak utonął pod śniegiem. Zanim jednak do tego doszło, duży napis jeszcze długo odbijał się blaskiem od słońca.

 Los Angeles Lakers – głosił.

 

 Śnieżyca rozszalała się na dobre, a do jaskini było jeszcze daleko. Do tego ludek się ocknął, a kolejne uderzenie byłoby niebezpieczne dla jego zdrowia. A co jak co, ale śmierci to mu Yeti zadać nie chciał. Oj nie. Zabrać do jaskini, jak najbardziej, lecz ubijać? Nie. Na pewno, na pewno, nie.

 Koszykarz wierzgał, więc Yeti oplątał mu sznurówkami nogi w łydkach i związał kurtką przez pół. Teraz prowadziło się go dużo prościej, a miotanych przekleństw w większości i tak nie rozumiał. W końcu jednak musiał go znów ogłuszyć, bo ryzyko lawiny było zbyt duże. Ludek zaś miał decybele, że ho-ho.

 Zrobił więc to i odtąd wszystko szło dobrze.

 Jakiś czas później rozdźwięczał się sygnał. Yeti przystanął. Jazgot był wściekle piskliwy i zdawał się dolatywać z leżącego. Może to jakaś oznaka umierania – pomyślał.

 Źródłem całego zgiełku okazało się jednak czarno-szare pudełko z napisem Samsung. Yeti się zamyślił i chwilę znalezisku przypatrywał. Potem coś sobie przypomniał i powiódł szponem do małej, zielonej słuchawki.

 W pudełku coś szczebiotało, więc przyłożył mały przedmiot do ucha. Chwilę słuchał, kiwając głową, jak gdyby wszystko rozumiał. Potem zaś zerknął na konwulsyjnie drgające ciało i rzekł do małego głośniczka, starając się modulować głos na ludkowy:

  — Nie, nie — wychrypiał łamaną nowojorszczyzną. — Kobe z Dallas nie zagra. On nie żyje.

 Następnie się grzecznie rozłączył i przedziurawił aparat żółtym zębem. Popatrzył na nieruchomego już teraz ludka i górne oko zaszło mu słoną łzą.

  — No tak. Rozmów o koszykówce nie uświadczymy — szepnął do siebie, oddając się chwilę smutkowi. Powietrze gęstniało od mrozu. Wiatr wiał. Trzeba było jak najszybciej się ukryć. — A srała to lama z urwiska — dodał po chwili, zaciągając ludka do jaskini. — Nie każdy może jeść mięso po siedem milionów dolarów od kilograma.

12648 zzs

Liczba ocen: 2
87%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 26

Folder: 23 starocie
Opis:

Około 2013 - tak Koby wtedy jeszcze żył, więc niejako przewidziałem przyszłość

Dodano: 2021-07-11 18:24:52
Komentarze.
Prorok czy jak?
Bardzo fajne przedstawienie punktu widzenia Yeti i jego rozkmin.
Odpowiedz
szopciuszek dziękuje za wejrzenie
Odpowiedz
*marok 2 m.
z dużym wykopem
Srogie. Te starsze twory czasami aż dają po twarzy dziwnością. To dobrze, nawet bardzo
Odpowiedz
marok no taa, starsze może trochę
Odpowiedz
z dużym wykopem
z wkurzenia napisane, ja tam nigdy nie zazdrościłem sportowcom, albo może to zbyt szumnie powiedziane: nigdy mi przez myśl nie przeszło im kominowego wprowadzać, bo jak to inaczej rozwiązać i do kogo przekierowywać pieniądze fanów? x)
Odpowiedz
Dracovolantus raczej nie towarzyszyło mi wkurzenie i jeśli podstaw taki wydźwięk, to - biorąc pod uwagę zamysł - jest rozdźwiękiem bardziej
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.