online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
W biały dzień 1z2 — Cykl 23 Starocie (16)
<
Wyobraźnia (2z2) — Cykl 23 Starocie (14)
>
Tagi: #wojna #demon

Ukryję ciebie przed złem — Czyl 23 Starocie (15)

 

 <15 minut temu>

 

 Stała w szeregu podobnych sobie straceńców, czekając, aż naziści skończą ładować broń. Mężczyźnie z prawej łzy ściekały po brodzie. Kobieta z lewej pytała przestrzeń, czy bardzo będzie bolało. Większość się tylko modliła, lecz kilka osób prosiło oprawców o łaskę. Niektórzy po prostu stali w oczekiwaniu. Tylko ją było stać na pogardę.

 Lufy karabinów się uniosły.

 Znowu to samo – pomyślała. – Stokrotnie panu dziękuje, panie Garlish. Za pomoc. Za ból. Za to wszystko.

 Potem rozległ się huk.

 

 < półtora roku wcześniej. Późna jesień>

 Była zwykłą pięćdziesięcioletnią kobietą, zamieszkującą mały wiejski domek. Ani specjalnie bogatą, ani biedną. Po prostu dającą sobie jakoś radę w trudnych czasach wojennych. Kiedy więc zając ściągnął stado wilków pod jej drzwi, nie była przesadnie radosna. Z drugiej strony, była też żarliwą chrześcijanką. Może Jezus wymagał od niej dowodu wiary?

 Wahała się chwilę, a potem go zaprowadziła do komórki, gdzie mała piwniczka w ziemi mogła ratować życie i przynieść śmierć. Przykrywała go ostatnim workiem, kiedy wpadli.

 Bała się bardzo, choć nie był to pierwszy raz, kiedy kogoś ukrywała w swej piwnicy. Z duszą na ramieniu i wiarą w Boską opatrzność, wyszła im na spotkanie.

 Tym razem jednak byli dużo bardziej zdeterminowani. Pełni nerwowych ruchów i hałaśliwi niczym najdziksze psy.

 Pchnęli ją w błoto i skopali, nim zdążyła wypowiedzieć choćby słowo. Kolbami karabinów potrzaskali jej dłonie i wciąż się darli. Wygrażali, że zapłaci życiem, jeśli nie odda im zbiega. Że tym razem pójdzie prościutko w piach.

 W większości młodzi chłopcy. W oczach szał.

 W końcu odeszli, zostawiając zdemolowany dom i zakłutego bagnetami psa.

 A ona? Chwaląc Pana w niebiosach i plując krwią, powlokła się na kolanach do komórki, a następnie rozkazała mu odejść. Nie bladym świtem, czy nocą dnia następnego. Odejść teraz!

 Zaśmiał się na te słowa, choć lico nie zdradzało rozradowania. Kiedy się zbliżał, jego wyłupiaste jak u ropuchy oczy zdawały się ją prześwietlać.

  — Skąd ta nagła zmiana, Pani Kondradko?

 Na dźwięk swego nazwiska mocniej ścisnęła krzyżyk i nakazała mu odejście jeszcze raz. Spuchnięte usta drżały, kiedy mamrotała inkanty odpędzające, starając się nie przeinaczyć dawnych, babcinych receptur. Prastarych i niemal już zapomnianych modlitw, przywiezionych z Moraw i znad Uralu. Zatrzymał się.

  — Skoro chcecie babuleńko, odejdę, ale najpierw wynagrodzę wam ból.

  — Niczego mi nie trza, jak tylko pozostać samej. Odejdźcie! Idźcie z...

  — Z Bogiem? — dokończył za nią. — Powinna już babcia wiedzieć, że nie jest nam razem po drodze.

  — A zatem odejdźta w diabły! Jeden czort. Nie chcę, by wasze stopy kalały mą ojcowiznę. By wasz plugawy, rozdwojony jęzor, sączył jad. Nie chcę! Ja...

 Perspektywa nagle się zmieniła. Dosłownie, jakby ktoś potrząsnął całym światem, wywracając wszystko do góry nogami. Po chwili zrozumiała, że defekt dotyczy jej samej. Że upadła, a nieznajomy się zbliża.

  — Zasłużyliście na mą wdzięczność, babuleńko — usłyszała w głowie wężowy syk. — I niech mnie wiły utopią, jeśli jej ode mnie nie otrzymacie.

 Pociemniało jej w głowie, a światła w oczach pogasły. Kiedy się ponownie obudziła, martwy pies lizał ją po rękach.

  — Boże — wyszeptała, widząc swą rozoraną klatkę piersiową i wnętrzności rozciągające się w błocie. — Boże na niebie...

 Była pewna, że umrze, ale nic takiego nie nastąpiło. Leżała więc tylko w błocie, płacząc i modląc się do swego Pana, by ją zabrał. A kiedy to nie pomogło, cisnęła różaniec w ziemię i wróciła skundlona do chałupy. Jej martwy pies przeganiał wrony z pola, gdy się zszywała.

 

 <teraz>

 Niemcy odeszli, więc i ona wygramoliła się z piachu. Następnie naśliniła chusteczkę i zaczęła ścierać z twarzy krew. Na szczęście większość pocisków utkwiła w klatce piersiowej. Choć ten, który przeszył policzek, wciąż był w środku. Sporo się namęczyła, by go wyciągnąć.

 W końcu wyszedł, zabierając ze sobą resztki zębów i mogła okryć twarz chustą. Otuliła więc się szczelnie i odeszła, powłócząc martwymi nogami, jak jakaś kukła. Kiedy zaś zbliżała się do domu, trupi pies merdał jej na spotkanie.

4134 zzs

Liczba ocen: 3
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 31

Folder: 23 starocie
Opis:

Nic nowego. Okolice 2112 - Dobre czasy... jak mniemam

Dodano: 2021-07-22 22:56:16
Komentarze.
z dużym wykopem
Bardzo ciekawe… wg mnie fragment rozmowy bohaterki z „uratowanym” za krótki miałem lekki niedosyt …fabuła swietna
Odpowiedz
jacek79 już mnie trochę męczy wrzucanie starości. Dziwne to, mam świadomość, że dziś już wszystko zapisuję inaczej i korci, by jednak wrzucić coś nowego, no ale... trza dokończyć. Dziękuję pięknie.
Odpowiedz
Canulas mam podobnie … moja niecierpliwość skończenia mnie „goni”
Odpowiedz
jacek79 no i taki żywot

Odpowiedz
z dużym wykopem
Dobre! Aż się prosi o coś więcej, kurczę.
Odpowiedz
CptUgluk taaa, często tak to wygląda, bo zostawiam otwarte zakończenia.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Super odwrócenie perspektywy. Bardzo pomysłowe. Jak wyżej, jest niedosyt.
Odpowiedz
szopciuszek dziękuję milejdi
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Jaki ładny tytuł

(tak, komentuje tytuły, do takiego "poziomu" odbiorczego doszłam w swej brawurowej wędrówce)
Odpowiedz
Ritha hahahah, tytuł, który ma więcej niż jeden wyraz i się podoba? Cmyk z Rankorem przewracają się w grobie
Odpowiedz
*Ritha 2 m.
Can, hahaha, no wieta co! Czuję się zaszufladkowana! 🥺😂
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.