online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
W biały dzień 2z2 — Cykl 23 Starocie (17)
<
Ukryję ciebie przed złem — Czyl 23 Starocie (15)
>
Tagi: #pojebane #przesłuchanie #szwindel

W biały dzień 1z2 — Cykl 23 Starocie (16)

 

 

 Ike podjechał pod oddział banku, obiecując córce, że potrwa to tylko chwilę. Zmierzwił jej włosy i przestawił stację w radiu na bardziej skoczną. Następnie chwycił za klamkę i jeszcze raz na nią zerknął. Naprawdę, ostatni raz.

 Już nie płakała. Teraz była wesoła.

 — Mogę ci ufać, szkrabie?

 Sześciolatka pokiwała głową, wycierając zasmarkany nos w rękaw bluzki. Potem pokiwała drugi raz.

 — To zajmie tylko góra dziesięć minut. Wytrzymasz tu?

 Mała znowu kiwnęła, a potem się połapała w tym całym szwindlu. W tym paskudnym czymś, co ojciec chciał jej wykręcić.

 — Przed chwilą mówiłeś, że pięć.

 Znał dobrze podobne tematy. Ściszył radio.

 — Sara, to jest bank. Tu dadzą tacie pieniądze. Dużo pieniędzy. Tylko trzeba będzie to i owo podpisać. Potem pojedziemy na zakupy.

 Dziewczynka cały czas kręciła głową.

 — Ale mówiłeś, że pięć. Pięć to nie dziesięć. Dziesięć, to dwa razy więcej.

 Młody ojciec westchnął i poluzował krawat od garnituru. Przetarł twarz dłońmi i upił łyk ciepłej wody, która nie wiadomo od jak dawna tu gniła.

 — Jeśli nie będzie kolejki, zajmie mi to najwyżej trzy minuty. A jeśli będzie, maks osiem. Noo, góra dziesięć. Zostawię ci swój zegarek, jeśli chcesz?

 Dziewczynka zerknęła na pokryty marmurowymi płytami front budynku. Obrotowe drzwi z ciemnego szkła uwolniły z wnętrza niezbyt ładną kobietę w średnim wieku. Kobietę, która sądząc po tym, jak wodziła przestraszonymi oczami, przed chwilą podjęła całkiem godziwą sumkę.

 — Ale nie wiemy, ile tam teraz jest osób.

 — O tej godzinie nie powinno być dużo.

 — Ale nie wiemy.

 — Ludzie pracują. Wieczorami dopiero są kolejki.

 — Ale nie wiemy.

 Zabębnił palcami o starą deskę rozdzielczą i spróbował przywołać na twarz uśmiech. Szło opornie. Zły czas, by rzucać palenie.

 — No nie, Saro. Nie wiemy.

 Córka tylko czekała na taką wieść.

 — Więc równie dobrze może być tych ludzi i trzy miliony, prawda? Albo i cztery. Wtedy będziesz tam siedział przez cały rok, a ja tu umrę.

 Uśmiechnął się na takie pokrętne rozumowanie. Jednak, sądząc po nadąsanej twarzy, Sara poważnie traktowała swe obawy. Upił kolejny łyk. Nieznośnie ciepła.

 — Będzie pusto, kochanie. A jeśli nie, w środku będą najwyżej dwie osoby. Góra trzy. Samych kasjerek pracuje tam chyba z piętnaście. To duży oddział. Nie zarabiają na tym, że przetrzymują klientów. Wszystko idzie szast-prast.

 Mała milczała, spoglądając przez szybę. Śmignął koło nich rudy chłopak na rolkach, w rozchełstanej koszuli i bez kasku. Promienie słońca tworzyły w odległym asfalcie ułudne fatamorgany małych jezior.

 — Dobrze Saro, posłuchaj. Ile ci tam tego wszystkiego obiecałem?

 Natychmiast się ożywiła.

 — Dwadzieścia pięć dolarów.

 — Właśnie i...

 — Za pięć minut!

 Kolejnego amatora letnich łyżew ciągnął olbrzymi pies. Ten był w podobnie jak poprzednik, młodym wieku, choć chyba trochę mądrzejszy. Miał kauczukowe ochraniacze na łokciach i na kolanach. Spod żółtego kasku wystawały mu długie jasne włosy.

 — Za pięć minut dwadzieścia pięć dolców, Sara. To dobry układ. Chyba nawet trochę lepiej niż dobry. Nie uważasz?

 Milczała, lecz była żywo zainteresowana całą sprawą. Czuł, że ją ma. Że to właściwy trop.

 — Dwadzieścia pięć dolców, skarbie. Ćwiartka setki. Za siedzenie i nic nierobienie przez kilka minut. To bardzo dobra oferta.

 Chwilę trawiła ten wywód, aż od zdenerwowania lub słońca zaczęły ją palić policzki. Gdy się koniec końców odezwała, głos zdradzał paniczną barwę.

 — Ale się na to zgodziłeś. Obiecałeś, że jak zostanę, dasz mi dwudziestkę piątkę! Nie możesz mnie oszukiwać. Nie możesz, bo zostaniesz oszukańcem!

 Kolejny synek śmignął na deskorolce. Ike zaczął rozmyślać nad tym, czy przypadkiem nie stanął pośrodku jakiegoś toru. Zwłaszcza że we wstecznym dostrzegł kolejnych dwóch. Córeczka ledwie hamowała łzy.

 — Nie mam zamiaru cię oszukać, Saro. Wręcz przeciwnie. Co ty na to, żebym po powrocie, zamiast dwudziestu pięciu dał ci trzydzieści pięć? Jak to widzisz?

 To jej namieszało pod kopułą.

 — No jak? Nie wolisz trzydziestu pięciu?

 Kiwnęła głową, wciąż nie do końca mu ufając. Co tu się dzieje? Trzydzieści pięć dolarów, to całkiem pokaźna sumka. Nie. Poprawka. To najprawdziwsza fortuna.

 — A poczekasz tu na mnie dziesięć minut?

 Rozczapierzyła palce prawej dłoni. Następnie, mamrocząc, wolno zaciskała każdy z nich. Potem rzekła, że dziesięć minut, to dwa razy więcej, niż minut pięć. A trzydzieści pięć dolców, to bardzo dużo, ale nie jest to dwa razy więcej, niż dolców dwadzieścia pięć. Kiedy wymagała tego sytuacja, matematyka nie miała przed nią tajemnic.

 Robiło się dosyć późno. Ike postanowił zagrać ostrzej.

 — Nic z tego, słońce. Albo czekasz tu na mnie, a po powrocie dostajesz trzydzieści pięć dolarów, albo odwożę cię do mamy i nie dostajesz nic. Twój wybór.

 — A dasz mi czterdzieści?

 — Nie! Dam ci trzydzieści pięć.

 Milczała, jeszcze o tym nie wiedząc, że już poległa. Że już jej nie ma. Wystarczyło postawić kropkę nad i.

 — Tik-tak, Sara. Co tam zdecydowałaś?

 — Trzydzieści osiem? — spróbowała raz jeszcze z niewinną miną, czym go dokumentnie rozłożyła. Wiedział, że gotowa jest walczyć nawet o dziesięć centów, choćby miało na tym zlecieć pół dnia. Malutka pani bankier w sukience w grochy.

 Ruszył z miejsca i mała zaczęła piszczeć, że się zgadza. Że niech już będzie ta marna trzydziestka piątka. A co tam. Tak się poświęci.

 Osiem minut negocjacji. Dobry czas.

 Ustawił stoper w swojej błękitnej Nautice i wyciągnął do dziewczynki dłoń, pytając, czy mają układ. Podała mu swoją – malutką. Następnie potrząsnęli mocno, by przypieczętować interes. Nie wiedzieć czemu, to ją piekielnie rozbawiło.

 Z zewnątrz doleciał hałas, ale to tylko jeden z deskorolkowców poległ na jakiejś karkołomnej ewolucji i udając, że nic go nie boli, dźwigał się właśnie z ziemi. Trudno powiedzieć czy jeansy miał starte wcześniej, czy stało się to na skutek tego zdarzenia. Ike postawił w końcu stopę na chodniku.

 — Tylko pamiętaj. Zegar odpalić możesz dopiero wtedy, kiedy zniknę za drzwiami. Nie wcześniej. Inaczej cały układ się nie liczy.

 Następnie ruszył do banku. Wskazówka stopera ruszyła.

 W innej części miasta jeden rolkarz zginął pod ciężarówką. Miał kask z domieszką kevlaru i topowe ochraniacze na kolanach.

 Gówno to wszystko dało.

 

 *

 Pomieszczenie było dużo mniejsze, niż przypuszczał. Zastanowił się nad tym chwilę, uznając, że za pomyłkę należy winić litery. Wielkie, ponad metrowe i kute literzyska, które dostrzegł podjeżdżając pod bank. To właśnie ten ozdobnie wykonany napis Financial Heaven Banku do spółki z obrotowymi drzwiami zasugerował mu przepych. Błąd kosztujący dziesiątaka.

 Bo tak jak przypuszczał, w środku nie było nikogo, za kim to mógłby dzielnie stanąć w kolejce. A do wyboru miał aż trzy stanowiska. Dwa umiejscowione centralnie obok siebie i jedno na samym końcu. Nawet pięciu minut tu nie będzie.

 W tych dwóch centralnych siedziały jakieś wytapetowane blond psiapsióły, które dość nieumiejętnie łączyły narzucony im przez kierownictwo szykowny styl z nagością. Granatowe mundurki przywodziły na myśl uczennice prywatnej szkoły. A czerwone, wpięte w klapy kokardy skojarzyły się Ike'owi z branżą porno. Gotów był stracić następne dziesięć dolarów, że panienki noszą getry do samych kolan i raczej skąpą bieliznę.

 Za ostatnim plastikowym okienkiem urzędowała gruba, choć równie młoda dziewczyna. Twarz miała ładną, o nieco azjatyckich rysach. Kruczoczarne włosy upięła w kwiecisty kok. Ta z kolei w przeciwieństwie do swych energicznych koleżanek, zdawała się wynudzona. Siedziała tylko z brodą podpartą na dłoni i bez entuzjazmu przeglądała wysoką stertę papierzysk. Chyba nawet go w ogóle nie dostrzegła.

 Tamte, przeciwnie. Zamilkły, kiedy tylko wszedł i bezceremonialnie go obcięły. Z góry do dołu. Z dołu do góry. A potem jeszcze dwa razy.

 Na przekór laskom, Ike postanowił udać się do Azjatki. Kiedy ruszył przez szachownicę z marmuru, rozległ się dźwięk przywodzący na myśl koński galop.

 Gdy był w pół drogi grubaska uniosła wzrok, obdarzając go jednym ze swych wystudiowanych, uśmiechów. Miał dobry nastrój, więc odpowiedział tym samym. A wtedy stało się to, co się nie działo od drugiej klasy liceum. Ike poczuł coś potwornego i zwymiotował.

 

 *

 Zakręciło mu się całkiem nieźle w głowie i aż przystanął. W następnej sekundzie siedział na taborecie, pijąc wodę. Było mu duszno, choć większość guzików wyjściowej, mlecznobiałej koszuli, miał rozpięte. Dziwne, ale samego faktu ich rozpinania, nie pamiętał. Miły głos z prawej strony spytał, czy już mu lepiej. Skłamał, że tak, wciąż nie mając odwagi się rozejrzeć. Czuł, że uszy wręcz płoną od tego wstydu i piecze twarz. Swędziała go skóra na torsie, ale ciągle odwlekał moment podrapania. Nie pod pręgierzem tych natarczywych spojrzeń.

 W końcu jednak nie wytrzymał i się podrapał. A jak już zaczął, nie bardzo umiał zakończyć. Uczucie diablo przyjemne. Zbyt przyjemne, by móc z nim ot tak zerwać.

 W końcu się opamiętał. Któraś spytała, czy ma wezwać karetkę? Spojrzał.

 Głos należał do azjatki i był niezwykle kojący. Wręcz przesadnie. Jakby mówiąca była jego matką, ciotką lub siostrą.

 Widocznie zbyt długo zwlekał z odpowiedzią, bo kobieta zapytała ponownie. Pokręcił przecząco głową i dwoma szybkimi haustami dopił wodę. W odróżnieniu od tych plastikowych szczochów, które popijał wcześniej w samochodzie, ta była zajebiście lodowata. Ike od zawsze pijał bardzo dużo różnych płynów. Uważał, że zdrowe nerki to podstawa.

 — Przepraszam za to — wydusił, kiedy tylko skończył się nawadniać. — Chyba musiałem coś zjeść.

 — Proszę się tym teraz nie kłopotać — odparła tłusta kobieta, tak szybko, jakby doskonale wiedziała, co odpowie. Chłopak odważył się w końcu na nią spojrzeć.

 Była wysoka i nie aż tak gigantyczna, jak wcześniej sądził. Z bliska pachniała czymś intensywnie miętowym. Jej duże, lekko skośne oczy, wyrażały najprawdziwsze przerażenie.

 Chwilę milczeli, a potem ona spytała, czy chciałby jeszcze się napić, na co z miejsca odparł, że jak najbardziej. Kobieta zabrała więc naczynie i ruszyła. A on, całkiem niechcący, zerknął na duży, ścienny zegar, wiszący mu dokładnie tuż nad głową.

 Wtedy dosłownie zbaraniał.

 — Przepraszam! — krzyknął za odchodzącą, czym zatrzymał ją w połowie drogi. — Jak długo już tutaj jestem?

 — Jakąś godzinę — odparła, patrząc na przegub ręki, na której czarny zegarek wyglądał jak wielki pieprzyk. — Może godzinę dziesięć.

 Ponownie się odwróciła, gotowa dokończyć powierzoną jej misję, lecz nie zdołała nawet przebyć kroku.

 — Ile, kurwa?!

 — Słucham?

 — Ile?

 — Zegar ma pan nad głową.

 — To niemożliwe, żeby działał poprawnie!

 Zignorowała ostatnią uwagę i przyniosła mu wody. Nie postawiła jednak szklanki delikatnie, a wręcz nią gruchnęła o ladę, przy której siedział. Tylko cudem naczynie przetrwało, choć niemal połowa zawartości się rozlała.

 — To bank, kretynie, a nie jakiś zapyziały lombard ze skraju miasta. Tu wszystko działa poprawnie. A teraz wypij tę pierdoloną wodę, bo mamy do pogadania. I postaraj się ponownie nie porzygać. Jak coś uleci ci z ryja, to tym samym ryjem to pozbierasz.

 Uszło z niego powietrze. I jeszcze raz się jej przyjrzał.

 Srebrna tabliczka przypięta do piersi kobiety głosiła, że ma ona na imię Yuki. Będący w kompletnym szoku Ike stwierdził w duchu, że to pewnie ta sama, która zabiła Lennona. A nie, to Yoko, nie Yuki. I zabiła w metafizycznym sensie. Chapman tylko posprzątał.

 Grubaska zagwizdała na palcach.

 — Ale masz minę, koleżko. Uwielbiam je. Żebyś mógł się teraz zobaczyć, to... A zresztą, co mi tam. — Wyciągnęła małe okrągłe lusterko i pokazała mu jego własną twarz. Wyraz niedowierzania wypełniał po brzegi całą szybkę. — No dobra. Pijesz czy nie?

 Gardło ciągle miał suche, ale w tej chwili nie miało to już znaczenia. Nic nie było istotniejsze od Sary, która (...miejmy nadzieję...) od ponad godziny ciągle siedziała sama w samochodzie. To ona i tylko ona była jego światełkiem, całym światem i kosmosem. To dla niej zdecydował się na sprzedaż domu i przeprowadzkę z centrum miasta na obrzeża. Zresztą, wyboru nie miał. Batalie sądowe kosztują od groma forsy.

 Próbował wstać, obiecując sobie, że jeśli małej nic nie jest, tytułem rekompensaty z najbliższego bankomatu wypłaci jej równą stówę. Spróbował wstać, ale coś się stało z nogami i się przewrócił, mocno tłukąc głową o zimny marmur. Co prawda, w końcowej fazie upadku instynktownie wykonał skręt szyją i nie zmiażdżył sobie dzięki temu nosa, ale i tak zaszumiało w skroniach.

 — I ten moment też strasznie uwielbiam — rzekła kobieta z nutą autentycznego rozbawienia. — No dosłownie jak dzieci. Duże, owłosione potworki, co to myślą, że panują nad wszystkim, kiedy tak naprawdę nie panują nad niczym. Doprawdy przepiękny widok.

 Szarpnął się, ale niewiele to dało. Ten, który związał mu nogi, nie był debiutantem w tej dziedzinie. A może należałoby powiedzieć: „ta?”

 — Halo, tu jestem! — zawołała grubaska. — Możesz na sekundę tu popatrzeć?

 Skierował wzrok, dostrzegając w jej ręku czarny przedmiot Włączyła go i pomiędzy biegunami przetoczyło się elektryczne napięcie. Rozległa się seria krótkich, urywanych trzasków, jakby ktoś nagle rozdeptał tysiąc gałązek. Jej twarz aż pływała w uśmiechu.

 — To tylko nogi, głuptaku. Prędzej czy później, byś się pewnie jakoś wygramolił. Ale tego nie chcemy, prawda?

 Nie odpowiedział, ciągle myśląc o córce. Czy jest bezpieczna? Czy... Zawsze przecież była bardzo cwścibska. Ile to już razy mu zwiewała?

 Po chwili wpadł na to, że gruba baba nawija o tym wszystkim w liczbie mnogiej. Jakby takie rzeczy już robiła. Jakby nie miało to miejsca pierwszy raz.

 Poczuł cholerny, niedający się z niczym porównać ból i w prawe udo dostał strasznego skurczu. Próbował rozprostować nogę, ale nie było na to najmniejszej szansy. Zawył i zagryzł zęby, by to przeczekać.

 — Odpowiadaj, gdy cię grzecznie pytają, bo następnym razem przystawię ci go do oka. A to prawdziwy potwór, kochany panie. Nie jakaś bazarowa taniocha, tylko najprawdziwszy wojskowy sprzęt. Do tego podrasowany. Powiem tak. Jeśli przystawić to cudo do główki kotka lub pieska, skamle jak pojebany. Wręcz wariuje. Pewności nie mam, ale zakładam, że na dzieci działa też.

 Serce podjechało mu do gardła, utrudniając zaczerpnięcie powietrza. Po plecach i czole spłynął wodospad potu. Na szczęście z dręczącym go skurczem wypracowali jako taki kompromis i ustalili, że przynajmniej na chwilę przestanie mu on rozrywać nogę, ale będzie w okolicy, jakby co.

 — Dobrze — rzekła azjatka głosem, jakby była całym zajściem zmęczona. Ike pomyślał, że jeśli ktoś w dręczeniu ludzi popada w znudzenie i marazm, to nie są optymistyczne wiadomości. Oznaczają bowiem, że trochę się w temacie już obraca i nie zawaha nawet przed najgorszym. Z drugiej strony, nic tak nie wymusza błędów, jak rutyna. — Podniosę cię i poprawię. Co ty na to? Zetrę nawet z twojego czoła całą krew. Potem wrócę na swoje miejsce i pogadamy. Ty zaś będziesz zachowywał się spokojnie i nie spróbujesz odwalać tu numerów. Ok?

 — Ok.

 — Ja się pytam poważnie. Jak zaczniesz coś kombinować w sekundę będę przy tobie. Oboje wiemy, że jestem trochę ciężkawa, ale niech cię ten stan rzeczy nie zmyli. Nie oszukuj się moją wagą i nie próbuj sobie wmawiać, że dasz radę. Że zdążysz. Nie okłamuj się tym. Jak mi podpadniesz, wsadzę ci tę maszynkę prosto w gębę i tak przyświecę, że oczy ci się przepalą, jak żaróweczki. Rozumiesz mnie?

 — Czego ode mnie chcesz?

 — Zaraz do tego dojdziemy. Teraz pytam, czy kumasz?

 Ike przełknął ślinę. Skurcz znowu o sobie przypomniał.

 — Tak.

 — Co, tak?

 — Rozumiem.

 — Na pewno?

 — Tak.

 — Chcę to ustalić, póki kamery są jeszcze wyłączone. Jak już je włączę, a ty mi odwalisz jakiś numer, nic już nie da się cofnąć. Dlatego pytam raz jeszcze.

 Kamery. O tym w ogóle nie pomyślał. Jeszcze raz skinął głową i jeszcze raz rzucił – tak!

 — Dobrze — odparła Yuki. — Wierzę ci.

15853 zzs

Liczba ocen: 2
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: horror

Liczba wejść: 17

Folder: 23 starocie
Opis:

Tutaj możliwe, że nawet 2013 lub początek 2014, ale wątpię

Dodano: 2021-07-25 19:41:45
Komentarze.
z dużym wykopem
Poczekam na cz2..… ale już jest obiecująco … dzieci są kapitalnymi negocjatorami.. i tutaj swietnie to jest opisane … im dalej tym bardziej zaciekawia … czekam na cd
Odpowiedz
jacek79 Dziękuję pięknie
Odpowiedz
Byłam, na pewno przeczytam kolejna część
Odpowiedz
szopciuszek - czyli do jutra
Odpowiedz
coś ma
"(...)dostrzegając w jej ręku czarny przedmiot Włączyła go (...)" - chyba brakuje kropki po "przedmiot"? Opowiadanie dobrze napisane, chociaż ma nadmiar kolokwializmów, dla jasności ja też lubię je stosować, ale tutaj ich liczba jest za duża jak na opisy. Sama fabuła nie przemawia do mnie. Nie rozumiem, czemu tego chłopka torturują. Jeśli to miała być tajemniczość, to słabo wyszło. Pozdrawiam
Odpowiedz
MarekAdamGrabowski hmmm... kropkę dostawię. Wiesz, to część 1z2, więc... jakby ma prawo nie wszystko być od razu wyjaśnione

Odpowiedz
Canulas A to spoko. Będę czekał na kontynuację.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.