online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Naprzeciwko — Cykl 23 Starocie
<
Pięćset jeden książek — Cykl 23 Starocie (20)
>
Tagi: #fantastyka #krasnoludy #chaos

Chaos jest w każdym z nas — Cykl 23 Starocie (21)

 

 Jeszcze dobę temu były nas prawie dwie setki, teraz pozostała niecała czterdziestka. Większość żołnierzy jest ranna, choć starają się tego nie okazywać. Jesteśmy odcięci od swej warowni, LAKHAN DORF, około czterech i pół mili na południowy wschód i półtorej mili bliżej czeluści piekielnych.

 Mnie – Oranowi Modu z klanu Młota i Brody przypadł zaszczyt dowodzenia tymi zacnymi wojami. Niestety zawiodłem…

 

 Wszystko zaczęło się jakieś dwadzieścia kilka godzin temu. Do tego czasu szło nam całkiem dobrze. Porozbijaliśmy kilka mniejszych, goblińskich grup i jedną orczą, prawie nie ponosząc strat. Przepędziliśmy czterorękiego, plującego ogniem spaczeńca, a nawet zdołaliśmy ubić kilka z tych dziwnych jaszczurowatych bestyji o rozdwojonych ogonach i ledwo co dającej się rozłupywać łusce.

 Wtedy żem się nie domyślał, że tu, w grotach naszych praojców, przyjdzie nam żywota kończyć, ale czy może być zacniejsze miejsce? No owszem, jakby tak pomyśleć, coś tam postukiwało z tyłu i było nienaturalnie zimno, ale parlimy naprzód.

 Mielimy przejąć część utraconych w jakiejś zapomnianej bitwie tuneli, lecz kiedy zrobilimy to bez wysiłku, kilku kazałem obstawić posterunek, a reszcie dałem rozkaz dalszej drogi.

 Taki durny byłem…

 Może pragnąłem dla siebie zbyt dużo chwały…?

 

 Ja stary, ustatkowany krasnolud – Kapitan III regimentu Wojsk Podziemnych i zarazem II zastępca wielkiego wodza Viliana IV z Klanu Srebrnych Toporów bez zastanowienia skazałem siebie i swe wojska na zagładę.

 No, ale po kolei. Jak żem napisał, to było niedawno.

 

 (Ktoś kiedyś otworzy takie drzwi, że słońce nie odważy się świecić)

 

 — Melduj! — Cichy, acz ostry szept przeszył ciemność. Odpowiedział mu podobny, choć o niskim brzmieniu.

 — Tunel dali ciągnie się tak samo. Szedlim i szedlim, a kuńca nie widać. Ino co by się jakoby zimni zrobiło i tak żem se pomyślał, że nasze górniki to by tu musieli we futrach jakich robić.

 — Dobrze. A twój oddział gdzie ?

 — Zostali. Uznałem, że nie ma sensu ich tu z powrotem ciągnąć. Tylko niepotrzebny hałas.

 Stalowobrody wykrzywił gniewnie brwi. Za nim ciągnął się ogromny warkocz śmiertelnie niebezpiecznych wojowników.

 — Więc powróciłeś tu sam. Uhm. Zachowałeś się bardzo (niepewne spojrzenie) bardzo odważnie (lekki uśmiech wyrasta na twarzy zwiadowcy) i cholernie głupio! (i gaśnie). — Dobra. Ruszamy!

 — Ekh. Jeszcze jedno, kapitanie.

 — Mów!

 — Ni ma tam żadnych śladów tych plugawców czy to we wzroku, czy w węchu.

 — Hmm. — Wiedział, że jego głos jak zwykle ma decydujące znaczenie. Duma i morale fanatycznie oddanego wojska czy powrót. — To i lepiej — odparł głośniej, niż zamierzał. — Pewnikiem się kundle strachem obżarte krasnoludzkiej stali polękły, a jak spieprzali, kurz ślady przykrył.

 Przez chwilę braterskiej jedności wszyscy porykiwali śmiechem. Potem nastała cisza.

 — Valindorf, szykować dwuszereg wymarszowy!

 Jakże łatwo być głupim...

 

 Około trzech godzin później.

 

 To znowu ja. Wiem już, że nie obacze swoich bliskich. Odkryli nas. Zbierają się. Słyszymy szepty, ale samych maszkar nie widzimy. Czujemy smród przegniłych ciał, jednak nie możemy ich zabić. To niemożliwe. Z jakiegoś powodu udało im się opuścić ogrody Moora, zresztą czegusz się można spodziewać. Ludzcy bogowie, jak i sami ludzie są strasznie pierdołowaci. Myśl, że przeze mnie krasnoludzkie kobiety powdowieją, rozsadza mi czaszkę. Przygnębia, ale i dodaje furii. A przecież wcale nie musiało tak być…

 

 Bardzo wolno omiótł wszystko spojrzeniem. Wysokie kamienne ściany. Łukowe sklepienia z ciemnego brązu, pokryte zielonawą pleśnią. Różnokolorowe purchate grzyby, zwisające nisko z nieregularnego sufitu. Osiadły kurz nieskalany śladami obecności. Żadnego ruchu. Nic.

 — Pewien żeś, że tu mieli czekać?

 — Jak tego, że z ziemi ocean do wielkiej michy spływa, a paznokci u nóg obcinać nie należy, bo grzech to. Tak. Jestem pewnien.

 — Vormak. Co ty o tym sadzisz?

 — Za pozwoleniem. — Jednooki i wytatuowany w bitewne wzory krasnolud o łysej czaszce i szerokości dwóch ludzkich górali, splunął czarnawą flegmą. — Skoro rozkazy mieli, pójść nie poszli. Dźwięk tu się wielki niesie, więc i o walce mowy być nie może. Odrzucam także, jakby zostali znienacka zaatakowani, bo po pierwsze, krew czy w widoku, czy w węchu, by się ostała, a po drugie…

 — Po drugie...?

 — Po drugie, to krasnoludy. Nie padliby łatwo. To nie psy czy elfy.

 — Więc?

 — Myślę, że walki nie było.

  (Pamiętam, jak mówił to spokojnie, jakby przeciągał. Byłem zdenerwowany jego spokojem i moimi błędami).

 — A więc co?! — wykrzyczałem.

 — Być może… magia.

 — Magia?

 — Tak myślę. Gdyżeś był jeszcze młody, Gniarze*, pod Karak Azgal, bodaj w dwa tysiące trzysta dziewięćdziesiątym siódmym lub ósmym też cały oddział przepadł. Dopiero po jakimś czasie się znaleźli. Tylko że...

 — Tylko że co?

 — W częściach byli. Wśród nich zaś świecił się zielonym blaskiem…

 — Spaczeń?!

 — Ten sam.

 Dowódca podszedł do swego porucznika, który grubo ponad sto lat temu odbierał jego poród, wykuł mu pierwszy topór i służył pod nim prawie siedemdziesiąt pięć lat. Kiedy rzekł, słowa mogły być słyszalne tylko dla jednej pary uszu.

 — Co więc radzisz?

 — Wracać, Gniarze. Żadna to ujma ni wstyd. Nasi tam pewnie posterunki dekorują. Jak starsi zdecydują, w większej kupie wrócim.

 — PATRZAJTA! Toż to nożyk Varcka. Poznaje, bo za każdy tuzin ubitych wrogów jedną kreskę dziara. I patrzajta. Od groma tu kresek.

 To ostatecznie przechyliło szalę naszej zguby. Przeczucie podpowiadało, by posłuchać Vormaka, lecz gdy popatrzyłem po ich żądnych zemsty twarzach, wiedziałem, że nic nie jest w stanie nas powstrzymać. Zaklinam się nawet teraz. Mogłem rzecz tylko jedno. I rzekłem. Najdonośniejszym i najbardziej władczym głosem, na jaki było mnie stać.

 — Posłuchajta woje! Podstępne śmierdzące stwory porwały naszych braci! Nie wiem, jak doszło do tego. Może to rzeczywiście magia, a może co innego. Nieważne! Nadchodzi moment, gdy nasze wygłodniałe topory dopominają się spaczonej krwi! A więc na brwi Pomora, dajmy im ją! Nakarmmy je!

 Wściekłe wycia utwierdziły mnie w słowach.

 — Ruszamy! — dodałem.

 Tak strasznie łatwo być głupcem…

 Pamiętam, że… że ruszyliśmy po trzech w szyku, ocierając płytowymi zbrojami brzegi czarnego tunelu, jakby ten detal miał teraz jakieś znaczenie. Nasz wcześniejszy, zwiadowczy ostrożny krok, przeszedł w pewny wojskowy marsz… Bębniarz uderzał… powiewała chorągiew… krasnoludy uderzały młotami o tarcze i zbroje... inkantujący roznucił bojowy, wpędzający w furię zaśpiew… Ech… nasza gromada i ciemne oko tunelu…

 

 (Gdzieś z tyłu posmutniały łysy krasnal popatrzył na boki i upewniwszy się, że nikt go nie widzi, przeżegnał się cicho, wznosząc swą najeżoną kolcami kulę i bez żalu ruszył za dowódcą. Jak reszta, miał już nie wrócić).

 

 — Ja, ja pójdę! — Młody wojownik podskakiwał, by jego dłoń została zauważona. Niestety. Była niczym krzak w gęstym lesie.

 — Wiecie, że ochotnik ma małe szanse — rzekł kapitan, jednak tylko zwiększyło to rwetes. — Prawie na pewno poniesie śmierć — dokończył.

 — Chyba, ze se jes mną. — Sepleniący głos należał do kolosalnej wielkości osobnika, który gdyby nie jego oszałamiająca szerokość, mógłby być brany za Norsmeńskiego wojownika. — Ja se psejde.

 Nazywali go Minotaur. Oczywiście poza jego plecami. Wszyscy nazbyt dobrze pamiętali losy gromady Kislevickich konnych mieczników, którzy byli pomysłodawcami tego przezwiska. Minotaur naprawdę nazywał się Coralvon. Gdyby był choć trochę mądrzejszy, już dawno stałby się przywódcą klanu. Niestety bogowie nadmierną siłę i gigantyczną posturę wyrównali skróceniem umysłu. Krasnolud bez wysiłku, jednorącz posługiwał się ogromnym kilofo-młotem.

 — Chcesz iść?

 — Taa. Ce se pozabijać.

 — Zaniesiesz glejt do warowni?

 — No taa. Jak se trochę pozabijam.

 — Posłuchaj mnie uważnie Min... ee... Coralvon. Sprowadź pomoc, a będziesz mógł przejść do Górskich Szturmowców.

 — A tam bede se muk zabijać?

 — Tak, Minotaur.

 — COO!!

 — Tak, Coralvon. Oczywiście.

 — To se ide. Czekajta tu.

 

 Gdy poszedł, długo było słychać dźwięki walki. Pewnie się nawet nie krył. Nie znał tego. Zresztą nie wiem. Wszystko potoczyło się zbyt szybko. Nastała chwila grobowej ciszy niczym zawiesina w jarzynowej zupie, a potem… potem byli już wszędzie. W kilka sekund obleźli nas z każdej strony. Co gorsza, niektórzy z naszych zaczęli się wzajemnie atakować. Co to za magia? Ja sam musiałem zabić kilku swych braci. To straszne.

 W pewnym momencie i na mnie spadła lawina ciosów. Straciłem przytomność. Podobno z pola walki wyniósł mnie Vormak. Nie było mu łatwo z kikutem zamiast ręki.

 Nasi zabójcy już się nawet nie kryją. Jest ich całe morze. Całe mrowie. Mnóstwo. Jak to możliwe? Tutaj. Tuż pod naszymi nosami. Kiedy urośli w siłę?

 Jakaś pławiąca się w powietrzu, zakapturzona postać, zielonawym światłem wskrzesza zza grobu umarłych, którzy na powrót stają w ich szeregach. Tak jak i my, nie znają uczucia lęku, a może nawet i bardziej.

 Kościeje obnażają poszczerbione szable. Z ich pustych oczodołów nie da się nic wyczytać. Setki. Groty pękają od nich.

 I dobrze. Niech to się wreszcie skończy.

 Nasi umarli towarzysze z błędnym wzrokiem wznoszą przeciw nam oręż. To z nimi będzie najtrudniej. Vormak mówi, że jest wśród nich potężny nekromanta. I ja tak sądzę. Sam widziałem dziś wystarczająco dużo.

 

 Zbliżyli się na granice kilkunastu jardów. Czarne orki z pokrzywionymi toporami, stoją ramię w ramię ze szczuroludźmi odzianymi w poniszczone łachmany, dzierżące zatrute, harpunowate piki. Lewą flankę uzupełniają wyprostowane jaszczury, uderzające z furią maczugowymi ogonami. Ich ciała ciężko się rąbie. Po prawej porykuje coś w mroku. Nawet nie chcę zgadywać, co to. Szczuroogry? Trolle Jaskiniowe?

 

 

 …Ruszyli. Jest ich więcej, niż myślałem…

 …Wylewają się zewsząd. Pędzą w rytm swych plugawych pieśni…

 ...Dobrze… Dobrze!!! Chodźcie!!!

 ...Moi wojownicy – przeciwnie, stoją równo w czworoboku. Każda tarcza ochrania kamrata z prawej od kostek, aż po szyję. Czekają na moją komendę...

 …Daję im ją. Potrzebujemy cudu…

 

 

 (Ręka niesiona gniewem powinna schnąć jak prastare drzewo. Ta niesiona przeciw plugastwu i występowi niecnemu, winna świecić złotem).

 

 

 — I co? — Kilkanaście par oczu wpatrywało się w mówiącego. — Skoroś żyw, cud musiał jednak nastąpić.

 Krasnolud popatrzył pytająco, dając do zrozumienia, iż jego kufel jest pusty. W mgnieniu oka wysoki barczysty mężczyzna na powrót napełnił go pianą. Przestraszone wieśniacze twarze patrzyły z przestrachem w kaprawych oczkach. Na ich licach malowała się jednak ciekawość i podniecenie. W rogu sali z dala od innych podpity starszy mężczyzna, zastanawiał się, czy krasnolud rzeczywiście podczas opowiadania całej tej historii ani razu nie przerwał, by złapać oddech. Być może to sprawa alkoholu.

 Co jednak jeśli…?

 Przybysz przechylił kufel, wytarł bawełnianym rękawem brzegi ust i bardzo spokojnie rzekł:

 — Nie. Cuda się nie zdarzają.

 Wyjrzał przez półprzymknięte okiennice w ciemność nocy, gdzie ogrom różnorakich postaci sunął bezszelestnie, otulony zielonkawo słodką mgłą, pomiędzy chatami wioski. Krasnolud wstał, przysuwając grubym kciukiem po półkolistym ostrzu topora.

 — Wieta co? — rzekł najłagodniej, jak umiał.

 (Patrzyli, dalej nic nie rozumiejąc).

 — Jak mówił jeden z moich zacnych wojów.

  (Za oknami jego nowi poddani właśnie formowali czworobok).

 — Muse se troche pozabijać.

 

 *Gniar – W Khazalidzie oznacza Pan. Często wygłaszane służalczym, pełnym szacunku tonem, oznaczającym poddaństwo. Gniarze – Panie

 

11585 zzs

Liczba ocen: 3
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 23

Folder: 23 starocie
Opis:

W tym tygodniu - niestety - będzie mnie więcej. Wpierdzielę trzy teksty, żeby już zakończyć ten temat. Wrzutki przewiduję wtorek-czwartek-sobota. Ps. Wrzucam jeden ze swych najstarszych tekstów. Uczyłem się wtedy stawiać słowa. 2007-max2008. Miejta litość i nie pastwijta się nad koślawością

Dodano: 2021-08-10 20:35:12
Komentarze.
*marok 1 m.
Historyczny tekścior. Trzeba obczaić
Odpowiedz
marok dramat i naiwność, ale noo, nie będę zakrzywiał przeszłości
Odpowiedz
*marok 1 m.
z wykopem
Noo panie, wstydu nie ma. Aż mje nieco zazdrość telepie, że początki tak dobre. Kłamczuch jestes. Gadałeś, że na początku to było źle, a wcale źle nie jest. Styl wprawdzie odmienny, nie czuć tak mocno Canowatości, ale lekki rysik gdzieniegdzie jest. Jest git. Tematyka odmienna od mych preferencji, ale wziąłem na to poprawkę
Odpowiedz
marok heh, nie no - zapis się trochę trzyma, ale kicz nie stygnie
Odpowiedz
z dużym wykopem
Zgrabnie napisane …jest historia która wciąga …jest uniwersum … Tolkien by pochwalił …a zabieg „sepleniący” dodaje smaczku
Odpowiedz
jacek79 pierwsze próby, trzeci albo czwarty napisany tekst w życiu. Byłem wtedy niemal młody i prawie nie łysy
Odpowiedz
z wykopem
Opowiadanie z uniwersum Warhamca! Me gusta, bo ten system RPG lubię.
A dodam, że moja ulubiona rasa w fantasy to krasnoludy. Napisane prostym językiem, ale jak !jacek79 zauważył - zgrabnie. Podobało się.
Odpowiedz
RebelMac język tu przedstawiony, to już na dzień dzisiejszy echo dla mnie, ale bywa (10%, nie więcej), że czasem żałuję, że utraciłem prostotę na rzecz zbytniej gmatwaterki.
Warhammer to również mój ukochany system. 19lat jako MG, choć tylko półtora jako gracz
Odpowiedz
Faktycznie to takie jakby bardzo odległe od współczesnego Canulasa - ale stylizacja językowa bardzo udana, a i sama opowieść odpowiednio naładowana akcją i emocją. Bez wątpienia ciekawe doświadczenie zajrzeć w te początki!
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.