online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Głosy w ścianach — Cykl 23 Starocie
<
Chaos jest w każdym z nas — Cykl 23 Starocie (21)
>
Tagi: #apokalipsa #koniecświata

Naprzeciwko — Cykl 23 Starocie

 

 Naprzeciwko kamienicy przy Montinue 18 też zgromadzili się ludzie. Usadowieni na dachu sześciopiętrowca, ze skupieniem wpatrywali się w niebo.

 Jedni siedzieli na ziemi, nie bacząc na to, że łącząca rolki papy rozgrzana smoła bezpowrotnie zniszczy ich piękną odzież i tych jeansów, krótkich spodenek, sukienek, czy w końcu dresów, nie zdołają już doprać. Inni, bardziej zaradni, przynieśli krzesła.

 Wielorybiego rozmiaru kobieta zdołała nawet przytaszczyć ogromny fotel, na którym teraz siedziała, łypiąc na wszystkich spod przeciwsłonecznych okularów i ogromnego kapelusza ze słomy. W sporo za małym kostiumie kąpielowym w żółto-czarne pasy wyglądała jak wielka królowa pszczół.

 Siedziała i piła drinka w wysokiej szklance zaś jej komunijnie ubrany (wiecie: biała koszula, lakierki i garniturowe spodnie w kolorze cappuccino) synalek Theo, przez nią nazywany Theodorem, umilał im ostatnie minuty życia, rozdmuchując to wściekle gorące powietrze pornograficzną gazetą. Świerszczykiem, na który ciągle skrycie zerkał, nie mogąc się nadziwić, jak miss lutego może pożerać tak ogromne przedmioty swą dolną częścią. I co więcej, wyglądać na uchachaną.

 Martin z parteru mierzył przez lunetę sztucera do ludzi z sąsiednich bloków, komentując żywiołowo, co robią. Jego kuzynek Ralph, do wczoraj kierowca szkolnego autobusu, chlał na umór, ciskając pustymi butelkami, jak najdalej się da.

 Indianin Ramzes, ogromny, barczysty chłop o bujnych włosach, stał na golasa, wznosząc ręce ku słońcu. Kołysał się przy tym miarowo, przez co jego wcale niemały członek rzucał cień, zmuszając Olivię Harper spod jedenastki do ciągłego podszczypywania męża i proszenia, by dźwignął w końcu dupę i coś zrobił. Wszak na tego poganina patrzą dzieci.

 Ten, na co dzień spokojny, przemógł się w końcu, mówiąc, by się wreszcie od niego odpierdoliła i szczęśliwy jak nigdy leżał dalej na ziemi z rękoma wsuniętymi pod głowę. Oczy przymknął trochę z powodu słońca, ale głównie dlatego, że wtedy jeszcze lepiej widział jej twarz. Za szok, jaki wylał się jej na pysk, gotów był spłonąć po stokroć. Czekał więc na wszystkie piekielne ognie, machając nogą do taktu sobie tylko znanej melodyjki.

 Upiornie chuda kobieta ciągle trajkotała przez telefon i choć Bellon Rudnicky nie był jakimś tam znowu wielkim znawcą, wiedział, że laska od Samsunga przy uchu jest udawaczką. Ostatnie komórki zdechły bowiem dziś rano i nie ma chuja, żeby z kimś rozmawiała. Kiedy jednak się do niego odwróciła, uznał, że może i naprawdę kogoś słyszy po drugiej stronie słuchawki. Jej łypiące na prawo i lewo oczy wyrażały niepokój. Bellon był pielęgniarzem w klinice Św. Heleny dopiero od ponad roku, ale pewne objawy nauczył się rozpoznawać już dawno. Mając takie czupiradło w swym własnym domu, raczej nie kładłby nożyczek na wierzchu przed pójściem spać.

 Była tu jeszcze Matylda, głupie dziewczę, a może tylko chronicznie nieśmiała panna? Wiedziała, że świat się kończy, lecz mimo tego, jedyne, co robiła, to łypała z ukosa na Davida, swój mocno wyidealizowany obiekt westchnień. Ten zaś, razem z dwoma kumplami, dawał ostatni koncert na trzy gitary, drąc przy tym ryja, jak najgłośniej się da. Niestety. Wśród tych wszystkich krzyków, modłów i biadoleń słowa piosenki nie były wychwytywalne. Jednak Matyldzie podobały się i tak.

 Clive Owen (zbieżność z aktorem kończyła się na nazwisku) ciągle nie był do końca zdecydowany. Niby broń miał nabitą i już trzykrotnie przykładał lufę do skroni. Z drugiej jednak strony przed wywleczeniem sobie mózgu na zewnątrz należało dokładnie rozważyć wszystkie "za" i wszystkie „przeciw". Rozpieprzenie sobie głowy w drobny mak, to nie zakupy bułek, gdzie weźmie się trzy za dużo, to i trudno.

 Hakan Ullysses Bulgar, prominent miejscowej społeczności oraz współwłaściciel budynku cieszył się niczym dziecko, opowiadając niemal każdemu z osobna, jak to jego chciwa druga żona chuja dostanie, a nie połowę majątku. Za każdym razem, kiedy opowieść wkraczała w decydującą fazę, Tunezyjczyk zginał rękę w łokciu zaś pozbawioną małego palca dłoń zaciskał w pięść. Jego sumiasty, niezwykle hojnie wyhodowany wąs cały się pokrył śliną od tych emocji. Facet jednak miał to głęboko gdzieś. Był nielicznym, którego bieżący obrót spraw naprawdę cieszył.

 Za to jego entuzjazmu na pewno nie podzielała wielodzietna azjatycka rodzina, która, mając tego wszystkiego serdecznie dość, postanowiła poczekać na koniec w domu. Ktoś za nimi krzyknął, że to cholernie słuszne posunięcie, bo gdy nadchodzi tornado, robactwo powinno chować się pod dywan. Następnie ten sam "ktoś" zaśmiał się donośnie do swych słów.

 Tym kimś był Peter Levinsky. Podła, bezrobotna kreatura, podszywająca się nieudolnie pod weterana i opowiadająca innym, podobnym sobie matołom, jak to nawet nie krzyknął, gdy żółte ścierwo odcinało mu nogę przy samej dupie. Nogę, którą tak naprawdę stracił, bo napruty w piętnaście i siedem zdrowasiek zaległ na pobliskim torowisku. Nic z tego. Mimo że za każdym razem zmieniał się rok, a nawet miejsce zdarzenia, chłopcy w przydługich brodach i starych ciuchach nadal zdawali się wierzyć.

 Była tu jeszcze starsza para, która urządziła sobie prawdziwy piknik, siedząc na kocu w kratę, jedząc kanapki i pijąc wino z winogron oraz para o ponad pół wieku młodsza, obściskująca się bezwstydnie nad krawędzią.

 Powabna młoda kobieta w jeansowej kurtce stała przy grillu. Druga, nie tak powabna, siedziała w kucki na ziemi, bez ustanku wymachując aparatem. Ta z kolei była tylko w bawełnianych spodniach od pidżamy i białej koszulce na ramiączka. Koszulce, na której wymalowany na czerwono napis dumnie głosił, że grzeczne dziewczynki maszerują do nieba, a niegrzeczne (w tym zapewne i ona) mają niebo na ziemi. Po jej końskich zębach i małych piersiach z przykrością należałoby stwierdzić, że nieba to ona zapewne już dawno nie oglądała.

 Na krześle wystawał ksiądz, bezskutecznie próbujący namówić zgromadzonych, by się w końcu opamiętali i na tej ostatniej prostej wyjawili wszystkie skrywane grzechy. Nie Bogu, a tylko jemu, gdyż on przemawia właśnie w Boga imieniu. Smoła piekielna na łby się wyleje tym, co się nie zwierzą.

 Ostatnim z obecnych na dachu był Bogdan Cietrzew, czterdziestojednoletni robotnik spod samych Suwałk, który to nie miał alkoholu w ustach już dziesięć dni. Choć, jeśliby uznać za alkohol piwo, to tak naprawdę od jedenastu minut. Człek ten wynajmował na strychu maleńkie pomieszczenie, od którego ciasnoty mógłby się skrzywić nawet sam Harry Potter. Mieszkanko miało bowiem wymiary dwa na pięć i bardziej przywodziło na myśl pakę Ducato, niźli nadający się do zamieszkania pokój. Swój walor zawarło jednak w przystępnej cenie, której poprzedni lokatorzy; kubły, grabie i szczotki, nie uiszczały.

 I tyle. Mamy już komplet.

 Do końca świata pozostało siedem minut.

 

 Przez sto dwadzieścia długich sekund był względny spokój, ale potem posypały się głowy. I to dosłownie. W mniej niż minutę liczba osób zgromadzonych na dachu stopniała z dwudziestki trójki do siedemnastki, co daje dokładnie życie na dziesięć sekund. I chyba tylko Rwanda w swych tłustych latach mogła się poszczycić równie wysoką średnią.

 Najlepsze, że pierwszymi kawałkami tortu, jakie zostały odkrojone przez los, wcale nie były dzieciaki znad krawędzi ani niezdecydowany samobójca. Pan Clive, podobnie jak wtuleni w siebie młodzi ludzie, miał się dobrze. Oczywiście tylko, póki co.

 A wszystko wydarzyło się tak:

 

 Indianiec uznał, że samo wymachiwanie fujarą to zbyt mało, by przekonać słońce do niewybuchu i trza dołożyć jeszcze do tańca szczyptę krwi. Jak postanowił, tak zrobił, tnąc brzuch i uda maczetą. Z krzesełka dźwignęła zadek pani Harper. Biedaczce nikt nie wyjaśnił, że w czyjeś rytualne okaleczenia raczej nie należy się wpierniczać. A pewnie, gdyby ktoś jej ów nietakt wyjawił i tak by postąpiła po swojemu. Była przecież kobietą z dobrego domu. O manierach czystych jak boska łza. Przeto podeszła bliżej, niż mały metr i urządziła kolorowemu okropną scenę.

 "Że co on sobie uważa", rozdzierała paszczękę. "Czy nie wie, cholerny dzikus, że tu są dzieci? Nie żyjemy przecież w piętnastym wieku".

 Pielęgniarz Bellon ruszył jej na ratunek. I to nawet wcześniej, niż czerwonoskóry wyszedł z transu. Nie, żeby miał jakieś nadprzyrodzone zdolności, szóste lub siódme zmysły czy inne co. Był tylko obserwatorem. Do tego dobrym. Przeczuwał, co się wydarzy, nim to się stało. I w swej ocenie stanu rzeczy się nie pomylił.

 Przebył może ćwierć drogi, trzy całe metry, kiedy szyja pani Olivii spotkała się z bladym ostrzem i odłączyła na dobre od reszty ciała. No niezupełnie, bo zanim spadła powisiała sobie chwilkę na strzępkach skóry. Tak, że gdyby pani Harper nadal żyła, to zobaczenie swojej własnej, tłustej dupy nie byłoby żadnym wyzwaniem. Kobieta stała tak może ze dwie sekundy – co jest wynikiem żadnym, bo zwykła kura bez łebka potrafi zaiwaniać pół minuty – i w końcu padła. Kupione na dwudziestolecie ich wspólnej męki korale rozbryzgały się w każdą ze stron.

 W tym czasie, co bardziej mężni lub głupi już nadciągali.

 Najszybciej pędził jej mąż, bo w końcu był przecież jej mężem. Wspomniany pielęgniarz Bellon i pan Ullysses. Jednonogi bohater znad rzeki Drang zagrzewał biegnących do linczu. Chuda jak szczapa kobieta zgniotła telefon pod butem zaś skłóceni gitarowcy od Davida przestali grać.

 Pierwszy doskoczył mąż Harper, imieniem Stuart, który chyba sam nie do końca wiedział, po co biegnie, bo kiedy dobiegł – stanął. Ręce co prawda pozwijał w koślawe piąstki, lecz nic poza tym. Zanim pielęgniarz zdołał założyć Ramzesowi nelsona, maczeta ścięła Stuartowi twarz pod samym nosem.

 Kobieta od telefonu podeszła do krańca dachu, najwyraźniej z kimś po drodze rozmawiając. Mówiąc temu komuś, żeby się nie bał, bo mamusia już idzie. Przechodziła przez sam środek kocyka, nad którym to biwakowali emeryci i starszy człowiek widział, jak tłumi szloch. Zanim podeszła na skraj wypił za jej zdrowie kieliszek wina.

 Ale żeby to o jej zdrowiu miało szansę się ziścić, musiałby chyba opędzlować cysternę, bo chudzinka miała już teraz w głowie inny plan. Dotarła zatem do brzegu i dała susa za krawędź, spotykając się z twardym i nieustępliwym prawem grawitacyjnym. Jednym z nielicznych wciąż działających praw.

 W tym czasie o coś błahego mocno się poprztykali gitarzyści.

 No ale wróćmy do naszego niezmordowanego Indianina Ramzesa i nie mniej błyskotliwego pielęgniarza. Pana Hakana Ullysesa nie zaliczam, bo i jego dosięgnęła maczeta, co prawda, nie kładąc trupem, ale wyłączając z zabawy na jakiś czas.

 Więc pan Ullysses zaległ z przeciętym brzuchem, a pielęgniarz Rudnicky mocował się dalej z nagusem, zakładając mu dźwignię na staw łokciowy i próbując zdusić w nim wolę walki, dusząc go. W tym czasie niesnaski gitarzystów przybrały drapieżną formę, bo w ich rękach pojawiły się noże. Głupawe dziewczę, Matylda, modliła się o zdrowie ukochanego. Jednonogi pijaczyna dalej się darł. Kompletnie ignorowany przez wszystkich ksiądz ciągle prosił o spokój.

 Pielęgniarz wygrał zawody, choć wśród tak wielu osób nikt mu nie przyszedł z pomocą. Wstał więc o własnych siłach i otarł nabrzmiałą buzię z kropelek potu. Następnie ułożył nieprzytomnego indiańca dupskiem do góry i przewiązał mu łapy paskiem swych własnych spodni. Wtedy odetchnął. Wtedy też Bogdan Cietrzew strzelił sobie w usta z dubeltówki.

 Starcie muzyków także dobiegło końca i dwóch z nich sapało teraz okropnie. W tym też kochany Davidek. Caluśki zdrowy.

 Natomiast ani calutka, ani specjalnie zdrowa nie była laska znad grilla. Wykorzystała ona zamieszanie z dzikusem i po prostu odeszła. Gdyby ktoś zechciał jej szukać, musiałby się udać pod krawędź dachu, a następnie skierować głowę w dół. Ta brzydka, w koszulce z napisem, nadal miała się dobrze. Podobnie jak jednonogi, lunetowy podglądacz i jego coraz bardziej pijany kuzyn. A także dwie pary. No i ksiądz. W dobrym zdrowiu pozostał także pielęgniarz. W nieco gorszym Indianin. Hakan Ullysess Bulgar z otwartym brzuszkiem nie rokował najlepiej.

 Dwóch muzyków wyrzuciło swego kumpla za burtę. Matylda niemal się nie posikała ze szczęścia, kiedy David przeszedł tuż obok niej.

 Clive Oven nadal się wahał. Matulka wieloryb, ciągle wachlowana przez synka, odstawiła pustą szklankę i rozpoczęła pożeranie ogromnego kawału ciasta orzechowego.

 Pod blokiem wielka cysterna zmiotła z drogi ponad dwadzieścia osób, których kawałki zaściełały teraz calutką jezdnię. Jakiś ciągle wierzący w cud młodzian taszczył ze sklepu olbrzymi telewizor i konsolę. Było gorąco jak w jacuzzi u diabła. Błękit nieba zmieniał się w szarą biel. Wedle wyliczeń wszystkich szanowanych naukowców, a także ich głupszych kolegów z Litwy i Białorusi za dwieście czterdzieści sześć sekund z zegarkiem w ręku cały świat miał po prostu iść w pizdu.

 Od tej chwili sprawy zaczęły przyspieszać.

 

 Najpierw wysoki chłopak w koszulce z pieskiem, ten co się ściskał z dziewczyną tuż nad krawędzią, w bardzo brzydki sposób ją oszukał. Z tego, co uzgadniali, a co szpiegowskim uchem wyłowił starzec z kocyka, mieli zeskoczyć oboje.

 Po ostatnim, iście płomiennym całusie, jego dziewczyna wypełniła umowę, dając nura w dół, gdzie roztrzaskała się o zaparkowane samochody. Jakże wielkie musiało być jej zdziwienie, gdy ręka chłopca, którą to miała ściskać podczas lotu, w najlepsze została na dachu. Czy podczas ostatniego lotu klęła go w myślach, czy raczej mu wybaczyła, tego się nie dowiemy. Nie mniej, jej wielkie z niedowierzania oczy sugerowały, że jest swoim Stevenkiem głęboko rozczarowana. A wykrzywione z oburzenia, wiśniowe usta, niemal zdawały się mówić chłopakowi, że jeśli ten nie przejrzy w końcu na oczy i nie zacznie traktować ich związku na poważnie, to... Sorry Batory. Nic z tego dalej nie będzie. W końcu jest jeszcze młoda i na pewno nie zamierza się poświęcać. Ona skoczyła. On został. I kto jest teraz sam?

 Takie właśnie sygnały odczytał chłopak, kiedy jego "jedyna i ukochana" poszła w dół. To, że staruszek z koca nazwał go "pizdą skończoną" także nie poprawiło mu nastroju.

 Potem, o matko Boska, w końcu zastrzelił się Clive. A Hakan Ullysses Bulgar po prostu umarł. Spokojnie i po cichutku, leżąc sobie na plecach we własnej krwi.

 Do końca świata pozostało trzy czterdzieści, gdy małą dziewczynkę na skrzyżowaniu Szesnastej z Parninson Street zagryzał olbrzymi pies.

 

 — Dobrze się tam spisałeś — zagadnął Peter, dokuśtykawszy w końcu do pielęgniarza. Ten go zignorował, szukając po kieszeniach papierosów. Znalazł jednego, zmiętego i wilgotnego. Właśnie tak się teraz czuł. — Słyszysz? — ponowił tamten, wpychając nieprzytomnemu Ramzesowi do odbytu jedną z kul, przy pomocy których się poruszał.

 Gitarzyści, w tym (o zgrozo) David wpadli w gawędę z tą brzydką. Z tą od koszulki z napisem. Baba wieloryb przedawkowała słodkości i leżała teraz krzywo na prawym boku, chrapiąc donośnie. Jej Theodorek w końcu przeglądał gazetkę bez skrępowania. Pijany w trzy dupy kuzyn Martina, Ralph ostro kłócił się z księdzem. Kiedy mu zabrakło argumentów, przykopał w krzesło, na którym wielebny wystawał. Ten spadł, ale nie potłukł się zbytnio. W sekundę dźwignął się z gleby, mówiąc, że skoro ojciec nie miał dla niego czasu, to on mu teraz wpierdoli za wszystkie grzechy. Następnie poluzował koloratkę i ruszył w bój. Para staruszków nadal siedziała na kocu, jedząc kanapki. Głupie dziewczę, Matylda, płakało w głos.

 

 Bellon Rudnicky był teraz na etapie poszukiwania zapalniczki, więc nie wsłuchiwał się w wynurzenia kulawego. Indianin Ramzes zajęczał.

 — Podoba się skurwielowi — skwitował Peter i dokręcił mu śrubę jeszcze mocniej. — Od razu było widać, że to pedał.

 Pielęgniarz znów nic nie odrzekł i jednonogi zapytał, czemu się czochra? Czy skoro obaj są biali, nie powinni się jakoś, kurna, zakumplować?

 Pieprzonej zapalniczki nadal nie było widać na horyzoncie. Oglądający ludzkie głowy przez lunetę Martin rozmyślał nad tym, co by się stało, gdyby nacisnął spust.

 — Co z tobą, bracie? — spytał Bellona Peter i w odpowiedzi dostał fangę w jałopę. Poleciał, jak długi na plecy i tam pozostał. Jedna z jego kul nadal tkwiła w dupie Indianina niczym maszt.

 — Nie jestem twoim bratem, karaluchu — rzucił pielęgniarz, schylając się po maczetę, która leżała obok kawałka głowy męża Harper. — Nazwij mnie w ten sposób jeszcze raz, to ci upiłuję drugie kopyto.

 Po tych słowach przeszukał swoje kieszenie czternasty raz.

 Natomiast gitarzyści chyba postanowili się pojednać we wnętrzu brzydkiego dziewczęcia, bo coraz bardziej wyczuwalny był flirt. Kiedy David odgarnął kosmyk włosów brzydactwa, szepcząc jej coś na ucho, Matylda już zaiwaniała do zwłok Cliva Owena.

 Wtedy to opłakujący "swoje kochane maleństwo" chłopak skoczył w dół, rozpierniczając się na tym samym zdezelowanym sedanie, co jego luba i rdzewiejąca blacha spieczętowała ich pakt o byciu razem. Starszy mężczyzna wsadził umazanego lukrem palca do ust swej żony, a gdy ta w błogiej nieświadomości przymknęła oczy, strzelił jej w pierś. Następnie ją mocno przytulił, zupełnie nie patrząc na to, że stara krew spływa mu na pulower i poczekał, aż zaśnie. Nucił jej przy tym coś, przy czym mieli się ponoć całować ten pierwszy raz. Być może pomylił słowa, być może rytm. To nieistotne. Ona zamknęła oczy, on strzelił znów, kładąc się na kocu obok niej.

 Strzelała także Matylda. I to jak.

 Podniosła broń po Ovenie, i nie zawracając sobie swej rudej główki wytarciem Browninga z krwi, zaczęła rzeź, nawalając do wszystkich, jak popadnie.

 Pielęgniarz ponownie wyczuł, że coś się stanie, ale tym razem miał to głęboko w dupie, w dalszym ciągu poszukując zapalniczki. Indianin miał za to w dupie co innego. Peter "Menel" Levinsky w bardzo śmieszny sposób zdołał wstać.

 Ksiądz ciągle katował Ralpha, siedząc na nim okrakiem, a podglądający przez lunetę sąsiadów kuzynek Martin w końcu nacisnął spust, rozwalając baniak jakiemuś okularnikowi spod osiemnastki. Jeśli zaś idzie o czas, to do końca wszystkiego i wszystkich zostały minuty dwie. Jeśliby wierzyć prorokom i wizjonerom, to aniołowie już powinni zstępować z samego nieba, śpiewając doniosłe pieśni i nieść wszystkim opornym wolność przez śmierć. Tymczasem skrzydlaci ciągle nie zlatywali. Zeus był na Olimpie. Posejdon w wodzie. A sękaty kijek, którego czcili w małym państewku w Afryce, nadal pozostawał wbity w ziemię.

 Z cudów, to było tylko gorącej, jakby co.

 

 Zabiła wszystkich, a na końcu i siebie. Głupie dziewczę, Matylda. W jej ręku broń.

 Rozwaliła chłopaka stojącego obok Davida, dziewczynę stojącą stanowczo zbyt blisko Davida i grubą babę, niechcący. Następnie strzeliła swojemu ukochanemu prosto w łeb, a zanim upadł, odstrzeliła też swój. Rozpędzony ksiądz zepchnął Martina z dachu, na tyle niefortunnie, że sam spadł. Chłopiec ze swym pierwszym wzwodem w życiu, w skupieniu przeglądał świerszczyka kolejny raz.

 Pielęgniarz uznał, że jeszcze trzy stopnie ciepła więcej, a uda się odpalić fajkę bezpośrednio z powietrza. Nie wiedzieć czemu dostrzegł w tym niezły kawał i jego usta rozchyliły się w czymś na kształt uśmiechu. W tym czasie kaleka skakał jak debil po dachu, przemieszczając się niezdarnie w kierunku broni.

 A tak z innej pietruszki, to...

 Jeden piętnaście do końca. Może mniej.

 

 Nie wytrzymali do napisów końcowych. Żaden z nich.

 Pomimo tego, że nikt już nikogo nie zabił. A także; Nie spadł, nie skoczył, nie zastrzelił się ani nie został zarąbany maczetą – wszyscy odeszli.

 Jedni powędrowali do obfitej w zieleń i tanią wódkę krainy wiecznych łowów. Inni natomiast do Boga, który, to przecież jasne, musi być biały. Jeszcze inni trafili tam, gdzie miast kręcących się po niebie aniołów jest tylko miss lutego łapczywie pożerająca przedmioty swą dolną częścią. Ewentualnie znaleźli miejsce, w którym nigdy nie zapodziewają się zapalniczki i fajek jest pod dostatkiem. Różnie. Wręcz rozmaicie.

 Ich blok zaczął tonąć pod swym ciężarem na dwadzieścia trzy sekundy przed końcem świata. Oni tonęli wraz z nim. Pielęgniarz. Jednonogi. Indianiec. Dzieciak. Każdego z nich spotkał taki koniec, w jaki wierzył. Po tamtej stronie czekało na nich to, co wyznawali.

 A może nie?

 Może sękaty kijek z Afryki był na nich zły?

20111 zzs

Liczba ocen: 4
71%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: inne

Liczba wejść: 34

Folder: 23 starocie
Opis:

Alternatywne spojrzenie na tekst: Odejście największej z gwiazd. Napisane jakieś 3miesiące po tamtym

Dodano: 2021-08-12 21:31:12
Komentarze.
anonim 1 m.
z dużym wykopem
Łatwość pisania. Bardzo dobry tekst, nienachalny przekaz.
Odpowiedz
Grain, dizkwuje pięknie za odwiedziny pod tym - już trochę zależałym - truposzkiem
Odpowiedz
anonim 1 m.
Wprawdzie, w żadnym piśmie nie stoi: po ostatniej kropce tekstu jeszcze żyć będziesz w upodobaniu czytelnika.
Można pisać lekko, bez powtarzania tych samych słów, śmiesznych ruchów jak tych towarzyszących prokreacji.
Starczy, bo się zakatapućkam, a nasunął mi się pomysł i spróbuję go zniewolić.
Odpowiedz
Grain Ja się nie wyrzekam swych starych potworków, jednak mam świadomość, że dzisiejszy sposób wyrażania się na kartkach mam już nie co inny
Odpowiedz
*marok 1 m.
z dużym wykopem
A żeś zaserwował kobyłę, jak nie w twoim stylu, ale dotarłem do końca. Nie wiem czy czytałem pierwowzór, możliwe że tak, bo tytuł znajomy, więc pewnie było zacne. Ten, również. Niby długi, niby w 3/4 lekka zadyszka, ale tylko mała. Ogólnie bardzo w porządku. A końcówka to już w ogóle, serio wyszła naprawdę dobrze. Ładnie skroić zakończenie to też sztuka. Wszak sam King potrafił sobie walnąć na odwal
Odpowiedz
marok piewsza - że tak powiem - część jest bardzo fajna. Ta - jest średnia.
Taka prawda.
Odpowiedz
z dużym wykopem
…lubie takie teksty .. przedstawienie postaci … „krotka apokalipsa” i pełna humoru opowieść…
Odpowiedz
coś ma
Sękaty kijek rządzi! A tak na poważnie, to puenta fajna. Natomiast jeśli chodzi o cały tekst - to znużył. Szczególnie początkowe opisy postaci. Kiedy jest już akcja - jest lepiej. Ogólnie na plus, Ty piszesz dobrze, to już zauważyłem. Napisałeś, że to jest średnie - zgadzam się - masz lepsze teksty. Pozdrawiam.
Odpowiedz
RebelMac dziękuję za rzeczowy koment, z którym się zgadzam. Tak to jest średnie. Żadna ujma o tym głośno mówić.
Odpowiedz
fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.