online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Peron Zejścia cz.1
<
Kukurydziany dżin
>
Tagi: #treningwyobraźni #dedlajn

TW#8 - Rzeczy ważne i nieuniknione

 

 Postać: Łotr

 Zdarzenie: Umieranie neonu

 Efekt: Nadchodzą tysiące Zombie. Ostatni twój zachód słońca. Opisz co czujesz?

 

 

  Jestem w czarnej dupie. Nie przesadzam. Cienką linię dawno zostawiłem za sobą. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknęła za linią horyzontu zdarzeń. Nigdy nie wspominam przeszłości. Jest zbyt szara, zbyt rzeczywista. Mając przed sobą zachód słońca, a pod nim szachownicę gruzowisk dawno poległego miasta, myślę o tym co dalej; za dzień, tydzień, miesiąc. Jakoś nie mogę pojąć, że będzie gorzej. Nie mówią, że z każdym kolejnym było tak samo źle. Powiedzmy, że znośne, by oddychać i jeść suchary z dżemem. Dostałem cynk, że są blisko, na południe. Minęli dzielnicę przemysłową – zgliszcza, nad którymi wyrastają okopcone szkielety magazynów. Daję im pięć minut, nim ujrzę pierwszą znajomą mordę. Będzie zabawa, ale nie dla mnie. Ci na dole – obrońcy Neonu, będą walczyć. A ja? Ja rozsiądę się na moim ulubionym bloku i popatrzę. Dobrej apokalipsy już dawno nie grali. Pewnie chcesz wiedzieć, jak to się zaczęło? I tak ci nie powiem. To długa nudna historia, przeplatana co lepszymi scenami z dobrych klasyków filmowych o zombie. Ale jak już jesteś, siadaj. Ostanie kilka godzin było równie nudne.

 

 ***

 — Dwóch przy głównej bramie. Pozostali robią obchód. — Zygzak zacisnął obie dłonie na lornetce, jakby chciał się z nią zlać, aby nie przegapić niczego, co pogrzebie nas i nasz plan.

 — A co z raportami? — spytałem, znając doskonale odpowiedź.

 — To będzie dziś. Wieczorem dotrą do miasta.

  Tak, wiedzieliśmy, że horda nadchodzi. Pierwsze raporty Zygzak otrzymał cztery dni przed faktem. Mieliśmy masę czasu, żeby zaszyć się w bezpiecznym miejscu. Sprzęt, żywność, paliwo – ogarnęliśmy miesiąc temu, na wypadek wojny. Neon nie był już bezpiecznym schronieniem. Kiedy robi się zbyt dobrze, zbyt bezpiecznie, z cienia wychodzą ci, którzy mają apetyt na władzę. Lubię finał tej reakcji łańcuchowej. Poprzedniej nocy zaciukali rodzinę, która mieszkała z nimi od początku. Byli niewygodni, przeczuwali, kto jest czarną owcą. Poszła plotka, że podzielili się tą informacją z innymi. Razem z Zygzakiem czekaliśmy na masowe czystki, a potem wielkie BUM! Zwieńczenie misternie utkanej nici zdarzeń i (nie)szczęśliwych zrządzeń losu. Ale przyszedł raport.

  Trzypiętrowa kamienica, na której stacjonowaliśmy, była jedną z nielicznych budowli w mieście, które przetrwały. W niektórych oknach nadal były szyby, a mieszkania wyglądały co najwyżej jak meliny pijackie, a nie pogorzelisko w stercie gruzu. Kiedy szliśmy klatką schodową, próbowałem sobie wyobrazić to miejsce, gdy było normalnie. Nie pamiętałem tych czasów. Drugi rocznik po fakcie. Zygzak był pięć lat starszy, ale jako zasmarkany trzylatek, jedyne co pamiętał to rozmazaną twarz ojca na placu zabaw. Niestety nie był pewien, czy jakiś truposz czaił się za jego plecami. Choć zawsze to coś, prawda?

 Wyszliśmy na ulicę. Słońce świeciło jasno, jakby nic się nie wydarzyło. Lato w pełni. Lipiec przypominał o sobie mimo nieciekawej scenerii drugoplanowej. Zygzak taszczył ze sobą skórzaną torbę – według relacji i swojej pamięci – własności jego staruszka.

 — Może i przewraca się w grobie, bo nie zostałem tym pochrzanionym prawnikiem, ale chociaż torbę zachowałem — zwykł mawiać, kiedy obaj, zamiast spać, próbowaliśmy ogarnąć cały ten bajzel, siedząc nad półlitrówką w świetle letniego brzasku. Dachy kamienic i bloków to najlepsze miejsca na picie.

 Główne wejście odhaczyliśmy od razu. Do Neonu wpuszczano tylko swoich. Każdy miał identyfikator, a nowych, - przynajmniej w ostatnich miesiącach – często zamiast rozmową kwalifikacyjną częstowano śrutem z dubeltówek.

 — Boczne wejście też obstawione. Śliski mówił, że na tyłach w murze jest wyjście bezpieczeństwa, ukryte za gratami. Dla burmistrza i jego rodziny w razie wybuchu zamieszek.

 Miałem wątpliwości, całą masę. Czacha parowała od natłoku myśli. Wszystkie sprowadzały się do sytuacji, w której damy ciała.

 — Nie mamy pewności, że tam będzie.

 — Będzie. Zapłaciłem podwójną sumę.

  Przeszliśmy wąską ulicą pomiędzy kamienicą a stertą gruzowiska z centralnie ustawioną ścianą działową, jedyną ocalałą. Mijaliśmy kilka wraków aut, głównie SUV-ów. Przed tym całym pierdolnięciem było ich podobno najwięcej. Nadepnąłem na ułamany fragment plakietki. Pomiędzy paskami rdzy dało się odczytać: B W. Podniosłem ją, przyglądając się bliżej. Zygzak mówił, że to moja największa słabość. Zainteresowanie tworami dawno spalonego świata.

 — BMW — powiedział dumnie Zygzak. Nie zauważyłem kiedy zaczął mi się przyglądać z politowaniem. — Ojciec miał takiego. E 30 czy coś w tę mańkę. Matka mówiła, że to była niezła furka.

 — Aha.

 — Nie możesz się powstrzymać, co? Lepiej nie spuszczaj wzroku, bo ktoś ci wypcha czaszkę śrutem. — Wskazał palcem na czubek głowy i odwrócił się. Nie chciałem przyznać, że miał rację. Nigdy jej nie miał i jednocześnie cholernie mocno się go trzymała.

  Ulicą przebiegliśmy truchtem, jakieś dwadzieścia metrów od zachodniej ściany muru. Przed nami wyrosły kępy krzewów zarastające pogorzelisko, na którym kiedyś stała szkoła. Za nią rozciągało się boisko. Ci z Neonu dbali, żeby było w miarę czyste. Czasami żołdaki-ochotnicy ćwiczyli tam manewry obronne. Teraz było puste i upiornie niedopasowane do realiów, w których przyszło mu egzystować. Wyglądało, jakby istniało w dawnych czasach, tych normalniejszych, gdzie hordy nie równały z ziemią kolejnych osad ludzkich. Szedłem przodem. W zamyśleniu wyprzedziłem Zygzaka, który sprawdzał swój ekwipunek. Kiedy wyszliśmy z gąszczu na światło dnia, od razu skierowaliśmy się w stronę muru. Neon był doskonale chroniony, ale pół roku temu. Teraz wewnętrzna zaraza trawiła zbudowany na zgliszczach dobrobyt. Strażnicy, zamiast trzymać wartę, przesiadywali w barach. Wiedzieli, że w końcu i tak to wszystko pierdyknie. Woleli zachować siły na gorsze czasy. Każdy czuł pismo nosem, ale nikt nie chciał wierzyć, że to prawda. Pięć lat namiastki tamtego świata i nagle koniec?

 Mur był wysoki na osiem, może dziewięć metrów. Od zewnętrznej strony nie chroniły go żadne zasieki, a wewnątrz ustawiono tylko prowizoryczne barykady i rusztowania, na których powinni stacjonować strażnicy.

 — Są pewnie siebie — zauważył Zygzak. — Żadnych zasieków, dodatkowych wzmocnień. Liczą, że horda zmieni kierunek.

 — To możliwe?

 — Nie. Czują mięso z wielu kilometrów. Neon jest dla nich jak wielki wabik.

 Na tylnej ścianie odnaleźliśmy drzwi. Wyglądały na solidne. Wzmocnione od wewnątrz. Zawahałem się, czy zapukać.

 — A jeśli nas wystawił?

 — Nie pierdol, Kazik. Śliski to menda, ale potrafi dotrzymać słowa za godziwą sumkę.

 Posłałem mu solidnego kuksańca. Zmieszał się na to i spojrzał na mnie z wyrzutem.

 — Mów do mnie Łotr. Zapomniałeś?

 — Nie, ale tak ksywa pasuje do ciebie jak dziwka w konfesjonale.

 Wzruszyłem ramionami. Nigdy nie zwracałem się do niego po imieniu. Nawet go nie pamiętałem.

 Chcecie wiedzieć, czy zapukałem? Alternatywą było dać w długą przed siebie. Za Neonem rozciągał się las, a za nim doliny z budynkami opuszczonymi od wielu lat. Uderzyłem w drzwi dwa razy. Mocno, jak kazał Śliski. Potem nastała przerażająca cisza wwiercająca się w nasze mózgi wiertłem ze strachu. Każda sekunda trwała godziny, a my staliśmy. Mięśnie napięły mi się tak mocno, że mogłem pozować jako współczesna wersja Dyskobolu. Zygzak próbował nie zdradzać swoich obaw, ale ja dobrze wiedziałem, że w butach ma już gówno. Z drugiej strony usłyszałem szelest, potem ciche odgłosy kroków. W końcu zgrzyt zamka i kilka kliknięć zasuw. Drzwi otworzyły się i stanął w nich niewysoki, łysy facet w t-shircie wyglądającym jak zlepiony ze szmat do podłóg. Śliski uśmiechał się do nas z tylko jemu podobną podejrzliwością i błyskiem typowego łajdaka w oczach.

 — Łotr i Zygzak. Przyszliście podupczyć przed Sądem Bożym?

 — A ty co? Jego prokurator?

 — Uspokój się, Kazik. Twój kolega zapłacił z nawiązką i tylko dlatego jeszcze żyjesz. Idziecie?

 Weszliśmy.

 ****

  Zygzak rozstał się z bronią już na początku. Śliski zabrał ją do magazynu. Nikogo nie dziwiło, że paraduje po Neonie z karabinem. Był jednym ze strażników. Stacjonował na tylnej ścianie, a poza tym lubował się w upijaniu do nieprzytomności i unikaniu roboty.

 — Macie tupet, żeby tu wchodzić — zaczął, kiedy kierowaliśmy się do stołówki. — Tyle okazji na przepustkę, aż w końcu było za późno.

 — Nigdy nie chcieliśmy tu być, ale za nim pierdolnie, chcemy jeszcze zażyć uroków konsumpcjonizmu.

  Zygzak nie odpuszczał. Szli łeb za łeb, a ja po prostu byłem z boku i przyglądałem się ludziom. Wyglądali na szczęśliwych, a przynajmniej spokojnych. Mieszkali w altanach i zaadaptowanych ruinach kamienic i bloków. Cały Neon miał wielkość małej dzielnicy. Zbudowany został tam, gdzie ostało się najwięcej zabudowań zdatnych do zamieszkania po drobnych remontach. Wszystko funkcjonowało jak w małym miasteczku. Tam naprawdę nikt nie wierzył, że ta sielskość może się skończyć. Nawet jeśli co kilka dni noce przeradzały się w krwawe teatrzyki demonstracji siły, pomijając te ciemniejsze strony, plusów nadal było sporo.

  Stołówka Południowa mieściła się pod blaszaną altaną. Mogła pomieścić rzeszę ludzi, ale Śliski zapewniał, że jej możliwości kończą się na dwustu osobach. Przy czym jedynym daniem masowym była cienka zupa warzywna z przyprawami.

 — Pomyje wzbogacone o gówno czarnucha, a jak żadnego nie ma, bo się pozarzynali, to dodają psie — powiedział cierpko Śliski. — Smacznego — dodał na odchodne.

 Zostaliśmy sami. Zająłem miejsce blisko wyjścia, a zygzak poszedł zamówić coś do jedzenia. To był pierwsze etap naszego planu. Dobra wyżerka. Zdziwieni? Potem będzie jeszcze lepiej. Kiedy wrócił na twarzy miał idealnie wykręconego banana.

 — Mają burgery. Nie wiem skąd, ale mają. I w ciul sosów. Wziąłem cztery najlepsze. I pizza, mrożona, ale jebać to. Ważne, że pizza. — Mówił szybko i jeszcze szybciej łypał oczami.

 Obok nas przewijali się ludzie. Nie zwracali uwagi na nowe twarze. Zupełnie jak w tamtym świecie, gdy wszyscy byli pochłonięci sobą. Zygzak lubił wytykać ten fakt, gdy ktoś za bardzo gloryfikował minione czasy.

 — A napoje?

 — Coca cola, ale cholernie droga. Starczyło tylko na jedną butelkę i dwie szklanki lemoniady.

 — Nieźle się tu urządzili.

 — Nawet lepiej. I znowu to samo. Kiedy jest za dobrze, musi pierdolnąć.

 Obaj przytkaliśmy sobie nawzajem.

 Kelnerka przyniosła zamówienie po kwadransie. Wyróżniała się. Jej twarz była pozbawiona spokoju, naznaczona troskami i zmarszczkami jakby dochodziła do sześćdziesiątki. Tylko idealnie utrzymane włosy chroniły ją przed całkowitą degradacją urody.

 — Nie poznaję panów — powiedziała stanowczym tonem. Na nasz widok nabrała nieco rumieńców i żywotności.

 — Nic dziwnego. Jesteśmy z Zachodniego Neonu. Nie bywamy tu często.

 Przytaknąłem, po czym zauważyłem, że na skroń Zygzaka wstąpiła kropla potu.

 — Zachodni? Tamci nie lubią do nas przychodzić. Dziwna odmiana. Mogę zobaczyć wasze identyfikatory.

 Zrobiło się dziwnie. Jak to sobie przypomnę, nawet mam ochotę parsknąć śmiechem. Obaj siedzieliśmy sztywni z kijami w dupach i pustką w głowach. Żadnego panu awaryjnego, nic. Wszystko miało iść po naszej myśli. A już na pewno nie było podpunktu: natrętna blondyna z przeoraną buźką.

 

 ****

 

  Nudno się zrobiło. W oddali widzę już pierwsze zarysy hordy. Jeszcze ich nie słyszę, są zbyt daleko, ale nie grzeszą zdrowymi strunami głosowymi. Czekacie na koniec historii, ale jest on bardzo przewidywalny. Ja żyję, a więc udało mi się uciec. Zygzak też przeżył. Niestety blondynka musiała kapitulować w trybie przyśpieszonym. Szybki zamach na tętnicę szyjną. Nie zdążyła nawet porządnie krzyknąć, jak to blondynki w opałach. Opryskani krwią wybiegliśmy na zaplecze, a potem czym prędzej do tylnego wyjścia. Strażnicy dosypiali dniówkę w barach, a ci ambitniejsi robili rekonesans poza murami. Ich baliśmy się najbardziej. Nie mieli łatwych charakterków. Strzelali do wszystkiego, co nie jest ubrane tak jak oni. Ale szczęście jest twoim drugim najlepszym przyjacielem zaraz po spluwie. Nie spotkaliśmy nikogo, a potem... Zygzak odszedł. Planował to od dawna, jestem pewien. Szczwany sukinkot. Kulka w podniebienie i do zobaczenia w lepszej wersji tego burdelu. Byłem zły na niego, ba! Wściekły. Ale teraz to nie ma znaczenia. Ten zachód słońca... jest bardzo kojący. Ciepłe powietrze, zapach lata, namiastka normalności. Chyba nawet lepsza niż wszystkie burgery, pizze i cole na świecie. Swoją drogą zdążyliśmy wszamać nieco tego żarcia. Drugim etapem był szybki dancing w klubie nocnym działającym do dwudziestej pierwszej, kiedy nastawał godzina policyjna. Logika świata po apokalipsie. Niby normalnie, ale, kurwa, nie do końca, prawda?

  Wracam do zachodu słońca. Czy muszę to robić? Może. Nie jestem typem wrażliwego introwertyka. Nie jestem żadnych z typów. Po prostu Kazik, który siedzi na dachu kamienicy i czeka, aż upadnie kolejna cząstka odbudowanego świata. Być może będę w tej cząstce, ale są głosy, że mogę z tego wyjść cało.

13026 zzs

Liczba ocen: 5
91%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 47

Dodano: 2021-08-15 23:04:28
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
z dużym wykopem
"W niektórych oknach nadal były szyby, a mieszkania wyglądały co najwyżej jak meliny pijackie, a nie pogorzelisko w stercie gruzu. Kiedy szliśmy klatką schodową, próbowałem sobie wyobrazić to miejsce, gdy było normalnie. Nie pamiętałem tych czasów. Drugi rocznik po fakcie. Zygzak był pięć lat starszy, ale jako zasmarkany trzylatek, jedyne co pamiętał to rozmazaną twarz ojca na placu zabaw. Niestety nie był pewien, czy jakiś truposz czaił się za jego plecami." - aż 4x było/był. Czyli bliźniacza konstrukcja


" Drzwi otworzyły się i stanął w nich niewysoki, łysy facet w t-shircie wyglądającym jak zlepiony ze szmat do podłóg. Śliski uśmiechał się do nas z tylko jemu podobną podejrzliwością i błyskiem typowego łajdaka w oczach." ładnie ujęte


"Nie mieli łatwych charakterków. Strzelali do wszystkiego, co nie jest ubrane tak jak oni." - haha, i to też.

Zrobiłem se taki chalenge, że odpaliłem zakładki z wszystkimi opkami wczoraj i dziś już nie pamiętam kto, napisał co, tak więc dopiero na samym końcu opka, poznałem autora.
Świeże spojrzenie.
Nie zgadłbym, że to Twoje opko.
Dobrze melancholijne
Odpowiedz
*marok 2 m.
Canulas nio próbuję we wszystkie mańki, żeby wpaść w rytm, ale na razie oprócz frajdy z pisania, efekty są jak na moje oko średnie. Nie jestem zadowolony do końca. Dobrze że pomysłów nie brakuje przynajmniej.
Odpowiedz
marok pomysł to najprostsza rzecz
Odpowiedz
*marok 2 m.
Canulas nawet z tym był swojego czasu problem. Nie narzucam sobie wygórowanych oczekiwań dopóki nie poczuję że idę w dobrym rytmie. Na razie jest słaby, ale pisać nie przestanę, najwyżej więcej średniaków będzie
Odpowiedz
marok walcz dzielnie
Odpowiedz
z wykopem
Dobry apokaliptyczny tekst. W kilku miejscach miałem jednak zagwozdki i musiałem wracać. To pewnie moje gapiostwo, ale były momenty, że czasoprzestrzennie nie wiedziałem od razu, czy jesteśmy z bohaterami w Neonie, czy gdzieś poza nim. Jakoś to sobie układałem, ale nie wszystko było dla mnie od początku klarowne.

We fragmencie poniżej, mocno zastanawiałem się, o kim mowa, czy o zombiakach z przerostem ambicji, czy o "normalnych" mieszkańcach Neonu, którzy przesiąknęli zepsuciem i chorobą, jaka przeżarła Neon, niczym Gotham:


"Kiedy robi się zbyt dobrze, zbyt bezpiecznie, z cienia wychodzą ci, którzy mają apetyt na władzę. Lubię finał tej reakcji łańcuchowej. Poprzedniej nocy zaciukali rodzinę, która mieszkała z nimi od początku. Byli niewygodni, przeczuwali, kto jest czarną owcą. Poszła plotka, że podzielili się tą informacją z innymi."


Generalnie Neon wydaje się być dość ciekawym miejscem, z potencjałem literackim. Jak już wspomniałem, dostrzegam w nim takie apokaliptyczne Gotham w ostatniej fazie upadku, ale nie wiem, czy dobrze celuję?

Ogólnie opowiadanie spoko. Coś bym pewnie dopracował i wyklarował (żeby takie prostolinijne kmiotki, jak ja nie musiały przesadnie kombinować w swoich małych rozumkach), ale historia fajna, są przemyślenia, są emocje.

I jeszcze jedna rzecz, która mnie urzekła. Jeśli dobrze zrozumiałem, w opowiadaniu wszyscy chronią się przed zombiakami, a tych zmobiaków prawie w ogóle tu nie ma (choć wiadomo, że gdzieś tam się przemieszczają). To jest super ujęcie tematu. Podoba mi się


Z uwag technicznych:


"Nie przesadzam. Cienką linię dawno zostawiłem za sobą. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknęła za linią horyzontu zdarzeń." --> linia, która zniknęła za linią. Dziwnie to brzmi, choć pewnie ma sens


Dostałem cynk, że są blisko, na południe. --> a nie "na południu"?


Żadnego panu awaryjnego, nic. --> planu

ale za nim pierdolnie --> zanim
Odpowiedz
*marok 2 m.
Zdzislav w tym fragmencie faktycznie zgubił się podmiot i trochę to namieszało. Ale zaniepokoiło mnie że tekst jest skomplikowany takt. Musiałem bardzo namieszać więc, więc znowu źle. Nie mam ostatnio dobrej formy, tyle dobrego że chociaż sztampy nie ma. Miałem niewdzięczny efekt. O zombie już wszystko powiedziano i napisano. Bałem się, że w każdym komentarzu będą zarzuty, że odgrzewam kotleta. Ale przynajmniej to wuyszło jako tako dobrze
Odpowiedz
marok, wiesz, z tym "skomplikowaniem", to problem może siedzieć w mojej głowie, a niekoniecznie w Twoim tekście, więc nie ma co bić na alarm. Ostatnio często łapię się na tym, że to, co jest czytelne i klarowne dla innych, dla mnie jest niedostępne bez mapy z milionem wskazówek, także ten tego...
Odpowiedz
z dużym wykopem
Hej,

zgrabna historia, ciekawie poprawodzona narracja, taka z mrugnięciem okiem do czytelnika, fajnie to wyszło. Bogactwo językowe, naturalność dialogów, interesująco zarysowany świat. No i zombie bez zombie, a jednak klimat jest. Brawo!

Trochę jeszcze uwag:

"mogłem pozować jako współczesna wersja Dyskobolu"
Dyskobola, postać to jest przecież.

"kiedy nastawał godzina policyjna"
Nastawała, albo może lepiej zbliżała się lub wybijała. Bo czy godzina nastaje?


A tym to mnie rozwaliłeś

"— Pomyje wzbogacone o gówno czarnucha, a jak żadnego nie ma, bo się pozarzynali, to dodają psie — powiedział cierpko Śliski. — Smacznego — dodał na odchodne."

"Dodał na odchodnę", leżę po prostu Genialne!
Pozdrawiam!


Odpowiedz
*marok 2 m.
KluczDoPiwnicy, dzięki, radym, że ci humor poprawiłem. Nie chciałem tych zombie brać na pierwszy plan, bo takich tekstów było milion. A więc udało się
Odpowiedz
z dużym wykopem
Cześć Marok,
pewna osoba poleciła mi Twoje opowiadanie, bo ponoć dobre, więc jestem.
Przeczytałam i stwierdzam, że rzeczywiście dobre;-) nawet bardzo.
Kupiłeś mnie już pierwszym zdaniem. Jego klimat przenika cały tekst. Płynna narracja, dialogi wiarygodne. Jakbyś pisał na luzie, świadomy tego, co chcesz przekazać.
Świetnie wykreowany świat, ostatni akapit to wisienka na torcie.
Palce lizać, jestem zachwycona.

Ale żeby nie było tak cukierkowo, bo nas zemdli:

"Cienką linię dawno zostawiłem za sobą. Nawet nie zauważyłem, kiedy zniknęła za linią horyzontu zdarzeń."
powtórzenie "linia"

"Przed nami wyrosły kępy krzewów zarastające pogorzelisko, na którym kiedyś stała szkoła."
"wyrosły" i "zarastające" trochę masło maślane

" — Nigdy nie chcieliśmy tu być, ale za nim pierdolnie, chcemy jeszcze zażyć uroków konsumpcjonizmu."
"zanim"
(a tak w ogóle, to zdanie jest świetne!)

No i ponownie nagromadzenie czasownika "być"!

pozdrawiam serdecznie


Odpowiedz
*marok 2 m.
Olciatka uuu, to już ten etap jak mnie polecają. Kurde żebym tera na laurach spoczął. To może mnie rozleniwić. Dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
:-)
Odpowiedz
Uszanowanko,
widzę, że fajne uwagi masz już wypisane, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła czegoś

- Powiedzmy, że znośne, by oddychać i jeść suchary z dżemem. Dostałem cynk, że są blisko, na południe. - > Te suchary? :>

Na te linie zwrócono już uwagę, ale ja mam coś podobnego: "często zamiast rozmową kwalifikacyjną częstowano śrutem z dubeltówek."

"Często częstowano" nie jest najlepszym połączeniem

— BMW — powiedział dumnie Zygzak. Nie zauważyłem kiedy zaczął mi się przyglądać z politowaniem. - powiedział dumnie, ale jednak patrzył z politowaniem. Troszku mi się to żre.

— Są pewnie siebie — zauważył Zygzak - pewni

- ale za nim pierdolnie, chcemy jeszcze zażyć uroków konsumpcjonizmu - zanim

- a zygzak poszedł zamówić coś do jedzenia - Z


Dziwna odmiana. Mogę zobaczyć wasze identyfikatory.
Zrobiło się dziwnie - "dziwnie" i brak pytajnika po "identyfikatory"

- Być może będę w tej cząstce, ale są głosy, że mogę z tego wyjść cało. - troszku to zdanie odebrało mi klimat

No, no, fajnie podszedłeś do zestawu, zombie i neonu. Kreatywna bestia. Opowiadanie udane, nie ma zatem co marudzić



Odpowiedz
*marok 2 m.
Hiraeth ooo, dziękuję za obszerny komentarz. Cieszę się, że wyszło kreatywnie bo tak miało byc. Jebać wasze zombie, nami rządzi Neon, czy jakoś tak. A co do ostatniego zdania, według mnie jest git, wpasowuje się w charakter bohatera, z jednej strony lubi sobie pofilozofować a z drugiej nadal prosty facet
Odpowiedz
z wykopem
Hello! Fajny, melancholijno-apokaliptyczny tekst. Podoba mi się ujęcie zombiaków, którzy są gdzieś w tle, wizja ich "nalotu" wisi nad bohaterami i czytelnikiem, ale samych truposzy w opku nie uświadczysz. I to dobre, na plus - czasem oczekiwanie i wizja czegoś robi mocniejsze wrażenie niż właściwe pojawienie się tego czegoś. Udało Ci się utrzymać tekst w takim "nastroju"
Poza tym, opko raczej spokojne, bez specjalnego dynamizmu, ale to też miła odmiana od zombistycznych tekstów przesiąkniętych zabijaniem i szybko toczącą się akcją.
Pozdro!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.