online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Winter is coming!
<
Diabeł mówi dobranoc
>

Zbrodnia Ikara

 Światło płomieni pełgało przydymionymi reflksami po sklepieniu kamiennego korytarza. Ikar przystanął na moment i rozejrzał uważnie, jakby chciał przeniknąć wzrokiem smolistą, lepką ciemność panującą niepodzielnie poza mikrą oazą światła jaką tworzyła jego pochodnia. Nie spodziewał się co prawda pułapek ale nigdy nie może zaszkodzić dodatkowa szypta ostrożności. Sztolnia, w której się znajdował była doskonale ukryta, dotarcie do niej wymagało lat poświęconych na wędrówki, nie tylko po świecie ale również wewnątrz własnego umysłu i wielkich umysłów, które zdecydowały się tu właśnie złożyć największy znany sobie skarb.

 Ikar poświęcił ostatnie dziesięć lat życia, by odnaleźć to miejsce, poświęcił o wiele więcej. Pokonywał pułapki zastawione na niego w księgach przez alchemików zamierzchłej epoki, a teraz był prawie u celu. Tak, dodatkowa szczypta ostrożności była jak najbardziej wskazana.7 Był tego zresztą nauczony od najmłodszych lat przez ojca filozofa i mistyka. “Pamiętaj Ikarze”, zwykł on mawiać do syna, “nie nosisz swojego imienia przypadkiem, to przestroga. Mimo że głęboko wierzę iż urodziłeś się do wielkich czynów, zawsze musisz być ostrożny. Zawsze. Bo skończysz jak twój mityczny imiennik”. Ikar wzdrygnął się na to wspomnienie a chłód sztolni wydał mu się jeszcze bardziej dokuczliwy niż chwilę wcześniej. Nie znosił tego, że ojciec wierzył w czarodziejskie bajki o mocy imion albo o latających ludziach, ale odrzucał prawdziwą magię - alchemię. Mężczyzna wznowił marsz zapominając o powziętym wcześniej postanowieniu, by zachować jak najwięcej ostrożności. Musiał coś udowodnić. Sobie i jemu.

 Portal znajdował się w litej skale i został wykonany niezwykle ascetycznie, by nie powiedzieć brzydko. W nikłym rozedrganym świetle płomieni, które grą cieni odbierały mu trójwymiarowość wyglądał jakby dziecko narysowało go kawałkiem węgla na kamieniu. Ikar długo przypatrywał się wilgotnym runom, które czas cierpliwie próbował zmyć ściekającą po nich wodą. W końcu gdy zyskał pewność zdecydowanie wcisnął sześć z nich i pchnął mocno szare bloki drzwi, te zaś ustąpiły zaskakująco łatwo i bezszelestnie jakby nie były zbudowane ze skały a z papieru. Ikar już ledwo mógł opanować narastające w nim podniecenie, czuł krew pulsującą w skroniach i prawie słyszał jak jej strumień przyspiesza.

 Nawet nie wiedział kiedy zrobił pierwszy krok i przekroczył próg, chciwie chłonąc rozbieganym wzrokiem każdy najmniejszy detal jaki był w stanie dostrzec. Wtem podmuch ciepłego wiatru uderzył go w twarz. Był tak silny, że Ikar musiał złapać się glifu, by nie upaść, odebrał mu na chwilę oddech i zamknął powieki, kiedy alchemik uchylił powieki ujrzał jedynie ciemność.

 – Śmiałek. Głupiec – w ciemności rozszedł się spotęgowany echem szept, równie smolisty jak czerń dookoła. – Wiem czego chcesz głupcze. Czy zapłaciłeś cenę?

 W głowie Ikara wybuchł obraz ojca z wywieszonym językiem i wytrzeszczonymi oczami. Z własnymi dłońmi owiniętymi wokół szyi i krwią, jak czas, którego nie zostało mu wiele, cieknącą przez palce.

 – Zapłaciłem – odpowiedział nie swoim, skrzeczącym głosem.

 Sięgnął do torby i szybkim ruchem wyciągnął z niej fiolkę posoki najbliższej mu osoby, esencję jej i jego życia. Kolejny ciepły podmuch wyrwał mu ją z ręki i mimo że Ikar spodziewał się usłyszeć brzęk tłuczonego szkła on nigdy nie nastąpił.

 – Czy gotów jesteś płacić dalej śmiałku?

 Ikar po raz pierwszy od lat poczuł zwątpienie.

 – Jak to? Przecież już dałem to co miałem! Już poświęciłem… – słowa nie chciały dalej dobywać się z jego ust.

 – On nie wie. Głupiec nie wie – skwierczała ciepłym wiatrem ciemność, gwiżdżąc ponurym śmiechem wśród stalaktytów.

 – Czego? Czego nie wiem?!

 – On nie wie… – jaskinia powtarzała wciąż swą mantrę. – Jeśli nie chcesz już płacić odejdź głupcze. Jeśli chcesz weź po coś przyszedł śmiałku i potem czekaj. Czekaj a dług sam się spłaci!

 – Jaki dług?! O czym ty mówisz?! Odpowiedz! Słyszysz? Słyszysz?!

 Ikar jeszcze długo krzyczał w ciemności ale na próżno, bo ciemność powiedziała już wszystko co miała do powiedzenia i milczała jak zaklęta. Alchemik długo stał jeszcze w ciemności i rozważał swoje położenie nim w końcu zdecydował, że zbyt daleko zaszedł i zbyt wiele już zapłacił, by teraz zawrócić. Tak rozpoczął się ostatni najtrudniejszy etap jego wędrówki. Po omacku, z wyciągniętymi jak ślepiec rękoma, wolno krok po kroku przeszukiwał komunatę. Odbijał się co rusz od ścian i aż trafił na coś co w pierwszej chwili wziął za stalagmit, a co po dłuższych oględzinach okazało się rzeźbą przedstawiającą człowieka. Potem trafił na kolejną i jeszcze jedną, każdą z nich dokładnie zbadał przesuwając wolno po każdym centymetrze powierzchni, aż w końcu na wyciągniętej dłoni znalazł to czego szukał. Wsadził owalny przedmiot, niewiele większy od kurzego jaja do torby i z lewą ręką przy wilgotnej, zimnej ściania sztolni ruszył na poszukiwania wyjścia.

 Błąkał się długo bez światła, z ciemnością dyszącą mu w kark i gwiżdżącą prześmiewczo nad głową aż w końcu prawie namacalnej czerni otworzył się przed nim szary wyłom wyjścia. Uradowany pobiegł do niego by jak najszybciej znaleźć się spowrotem na świeżym powietrzu i już w drodze łapczywie grzebał prawą ręką w torbie, by jak najszybciej wydobyć z niej swój skarb. Gdy wypadł wreszcie na łąkę nie zwrócił nawet uwagi na czyste ożywcze powietrze, ani na rozpościerające się w zasięgu wzroku górskie łańcuchy, bezzwłocznie przystąpił do oględzin zawartości swojej dłoni, w której spoczywał żółtawy półprzejrzysty kamień. Z początku Ikar zaczynał mieć wątpliwości, ale gdy słońce wspięło się nad turnię i jego pierwszy promień dotknął artefaktu stało się coś niesamowitego. Bryła zalśniła silnym blaskiem, który zdawał się płynąć z jej wnętrza, a po chwili na wszystkie strony strzeliły z niej złociste promienie.

 – Tak – wrzasnął uradowany Ikar. – Mam go! Nareszcie kamień filozoficzny należy do mnie!

 Jego radość trwała jednak długo i przerodziła się w przerażenie, gdy zobaczył że jego ręce, podobnie jak skarb w nich zaczynają świecić. Już po chwili całe ramiona buzowały światłem, które szybko pełzło w stronę klatki piersiowej i głowy. Alchemik próbował się szarpać, odrzucić od siebie kamień ale na próżno. Po kilku uderzeniach serca rozbłysł cały i tak już pozostał, z ustami rozwartymi w niemym krzyku i największym marzeniem każdego alchemika w wyciągniętej dłoni. Spędził tak łące cały dzień jarząc się w promieniach słońca blaskiem złotego posągu, w który się przemienił.

 Dopiero w nocy ciemność wypuściła ze sztolni swe czarne macki, by zabrać Ikara wraz z kamieniem filozoficznym z powrotem do środka, za zamknięte drzwi kamiennego portalu, gdzie zajął należne mu miejsce pomiędzy jemu podobnymi śmiałkami, czekającymi na kolejnych głupców.

6786 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Nazareth
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 29

Dodano: 2019-11-09 15:59:35
Komentarze.
jotka 2 r.
Ototo!
Odpowiedz
@ jotka, proszę. Nawet nie zapytałem czemu mam dodać... ale już jest
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.