online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Aye! — (2z4)
<
W balecie zimowych noży: Czasy łotrów, czasy ciemnych bram
>
Praca Wyróżniona

Opis:

Z racji tego, że nie mogłem wyrobić się w limicie i musiałem ciąć (tera tekst ma równe 12k znaków, se sprawdźta) jest to wersja na poły robocza, którą brawurowo nazwałem Director'c - ćwierć gówno - cut. Całość zamknie się w czterech częściach, co dobitnie obrazuje jak podszkoliłem się z kompresowania tekstu :(

Tagi: #chujwcięcia #takietamooo

TW#-01 — Aye! (1z4)

 

 Morderca

 Zagłada wioski

 W tekście występuje mroczna wyliczanka

 

 Leśne zadupia południowej Walii. Trochę przed południem. Silny deszcz.

 Nazywam się Frank. Frank Aye. W niektórych stronach moje nazwisko jest krzykiem lub potwierdzeniem. Powinszować Boże. Dobry żart.

 No więc jestem Frank. Średnia budowa ciała, lichy wzrost. W dowodzie wstawili szatyn, choć wypadałoby to szatyństwo rozszerzyć o: "z tendencjami do siwizny w okolicach skroni". Wszystkie lustra, w których miałem nieszczęście się przeglądać, zazwyczaj były solidnie upieprzone, ale jedna syrena powiedziała, że mam głęboko osadzone kocie oczy.

 "Kocie, czyli jakie?"

 "Tęsknoty".

 Musiała kłamać. Za niczym w życiu nigdy nie tęskniłem.

 No ale przejdźmy do rzeczy. Za mniej więcej pół roku życie wrzuci mi na plecy czwarty krzyż. Czasy świetności bezpowrotnie minęły. Dziś, gdy zasypiam po chlaniu, złośliwe skrzaty zaszywają mi pod powiekami herbaciane torby, a każdy podmuch wiatru do szpiku dryluje kości. Dokładnie siedem lat temu uwolniłem pewną rodzinę od ciężaru życia, za co dostałem elektryczne krzesło z całym pakietem zabaw do kolekcji. Wygolenie czachy aż do krwi, gąbka nasączona zimną wodą, pistacjowe lody na kolację.

 Później, Aye Zeusie, cholerny Boże błyskawic. Wajcha w dół.

 Tylko że nie.

 Mamy drugą połowę października, więc pogoda powinna dopisywać, ale walijskie ziemie rzadko kiedy słuchają pór roku. Dziewięć stopni, odczuwalnie przynajmniej pięć mniej. Nogi grzęzną w błocie do połowy łydki. Popędzany buc ględzi co piętnaście metrów, co trzydzieści podbijając stawkę. Zaczynał od pięciu koła, teraz oferuje siedemdziesiąt, ale odpowiedź ciągle jest ta sama.

 "Nawet i za pół miliona, Ron. Nie ma szans".

 

 Las jest gęsty i śliski od deszczu. Ktoś obdarzony estetyką twórcy mógłby w nim dostrzec podłoże pod pejzaż. Dla mnie to jedynie droga. Tylko praca. Zwykłe przecięcie geograficznych płaszczyzn.

 Punkt widzenia Rona jest odmienny.

 — Co za świeżość. Pachnie jak picza piętnastolatki, chłopie. Długie lato, więc i sroga zima się szykuje.

 Grożę, że jeszcze jeden taki tekst, a urżnę gałązkę cisu i wyjmę mu nią oko. Od razu staje, odwraca się i dwoma palcami potrzaskanej dłoni je rozszerza.

 — Podpalałem Belfast podczas najgorętszych dni samego piekła, gdy konfidenckie ścierwo skwierczało od ognia. Kiedy razem z braćmi obalaliśmy cholerną tyranię nawet diablice Sifu wysiadywały na gzymsach kamienic, grając na kobzach z piszczeli. Dobrze pamiętam. Na niektórych ciągle było mięso. Jeśli zasięgniesz języka, popytasz gdzie trzeba, dwudziestu pięciu ludzi przysięgnie ci na życie własnych dzieci, że sam Behemot stukał kopytami z zegarowej wieży do taktu naszej jedynie słusznej sprawy. Kiedy więc mówię, że coś pachnie jak pizda, tak właśnie myślę, skarbie. Nie przestraszysz mnie. Szedłem na takie spacery setki razy. Zużyłem tuziny par ręcznie szytych butów, spacerując ścieżką samej śmierci.

 Powinienem wam powiedzieć na początku. Coś w środku Rona Conwaya powoduje, że uważa się on za twardziela. I to najgorszy rodzaj, bo zarazem twardziela patriotę. Nie przeraża go widmo śmierci. Potrzeba też zapewne sporo czasu, by wydobyć coś od niego torturami.

 Na szczęście nie mam pytań.

 — Torrence po mnie przyjdzie — dodaje z uśmiechem.

 Pytam, czy Torrence to dryblas z kucykiem. Taki energiczny gapcio, wydający rozkazy innym gapciom. Ron odpowiada przekornie moim własnym pieprzonym nazwiskiem. Nieco mnie tym wkurza, ale trzymam nerwy na łańcuchu. Ron tego chce. Może być łysiejącym sześćdziesięciolatkiem z dwudziestofuntową nadwagą, ale ciągle jest śmiertelnie niebezpieczny, a nic co robi, nie jest przypadkowe.

 Przypominam sobie dzisiejszy poranek. Pociski siedem sześć dwa wypychają wnętrzności z ran wylotowych i wyrywają kończyny ze stawów. Odwzajemniam uśmiech, mówiąc, że dryblas Torrence raczej nie przybędzie z kawalerią. Ron mi wierzy. Z wąskich ust wylatuje nerwowe przekleństwo.

 — Dalej nie idę.

 — Idziesz, Ron.

 — Nie. Upieprzyłem się. To nie Belfast, ja nie mam dwudziestu lat. Rób, co masz robić, czy coś. Nie idę dalej i już.

 — Rany, trudny odbiorca.

 — Aye, Frank. Aye.

 Wyciągam spod puchatej kurtki lśniący przedmiot. Na widok broni twarz Rona wyraża rozczarowanie.

 — Chcesz mnie po prostu zastrzelić? Tyle zachodu i łażenia po jebanym deszczu, żeby... taki plan?

 — Plan jak plan.

 Jest wkurwiony. Kipi. Czarne niebo przyozdabiają błyski przypominające gigantyczne żylaki. Herszt rodziny Conway kompletnie nic sobie nie robiąc ze skierowanej w jego stronę broni, podwija rękawy koszuli aż do łokci. Sznyty przykrywają stare wzory albo stare wzory przykrywają sznyty. Ulewa przybiera na sile do tego stopnia, że nawet stojąc od siebie w odległości ledwie kilku metrów, ciężko nam wzajemnie się usłyszeć.

 — Spory zawód, Frank. Po kimś takim jak ty spodziewam się czegoś dużo bardziej wyrafinowanego.

 — Strzelisz sobie w brzuch — odkrzykuję. — Nisko. Zawinąłem cię spod Harr'ego. Wiem, że nigdy nie pijesz bez podkładu, a pijany byłeś. Twoje kichy są teraz wypełnione pałeczkami tumi, belgijskimi frytkami maczanymi w musztardowym sosie oraz pieprzonymi ciasteczkami. Sporo widać. Jeszcze więcej słychać. Przygotowałem się.

 — To wszystko tylko stek pieprzonych...

 — Nie skończyłem, Ron. Zaraz po wystrzale własne gówno przeleje ci się do jamy brzusznej i zatruje krew. Rozwlecze to śmierć na trzy do pięciu dni. Grzybiarze w tych rejonach nie hasają. Nikt tędy nie biega. Nie ma dróg.

 — Cztery, pięć dni to długo. Zaraz, czekaj. Powiedziałeś, że strzelę sobie w brzuch? Znaczy masz zamiar zrobić na mnie te swoje pieprzone voodo-srudu?

 — Dokładnie, Ron. Mam zamiar wykonać voodo-srudu.

 Kręci głową i luzuje muszkę. Wciąż strojny, choć kompletnie przemoczony i ze strąkami cienkich włosów dodatkowo rozrzedzonych siłą deszczu, stoi prosto. Dyszy.

 — Nie!

 To mnie zaskakuje. Sprzeciw jest karykaturalny. Groteskowy. Żadnego podkładu w stylu: "nie zrobisz tego, bo mam twoich bliskich". Nic. Po prostu zwyczajne nie.

 — Jak nie?

 — Nie i chuj!

 Robię krok w jego stronę. W jedno z okolicznych drzew uderza piorun. Huk prawie wysadza mi bębenki. Bóg błyskawic nie umie odpuścić.

 — Rozmowa z tobą zawsze trzyma poziom — krzyczę. Ciemne niebo nasycają kształty grafitowej czerni, co już zaczyna podpadać pod anomalię, żeby nie powiedzieć "ingerencję". Tylko wyglądać spadających żab czy gradowych kul wielkości cegły. Ktoś lub coś ewidentnie daje mi wskazówkę, że cokolwiek zamierzam, w górnej części klepsydry prawie nie ma piachu. Palec Rona wskazuje nieboskłon. Zachrypnięty głos ledwie przebija się przez łoskot kolejnych błyskawic. Boska zazdrość lub kaprys natury redukuje okoliczne drzewa do rangi zapałek tak łatwo miażdżonych pod obcasem buta. Czuję, że cokolwiek planowałem, muszę to skrócić. Zakończyć. Na napawanie się kolejnym kalekim zwycięstwem będzie czas później. Przy ciepłym ogniu, pod bezpiecznym dachem i w cudownie kojących oparach dwunastoletniej Brandy. Nie chcę już krzyczeć zatem staję z Ronem twarzą w twarz.

 — Przemarzłem — mówi. — Przemarzłem jak diabeł w niebie, a ty jesteś tak cholernie niedożywiony, że nic mi po twojej kurtce.

 Ha-ha

 — No — ponagla. — Wysraj z siebie żale i wracajmy.

 Unoszę broń do strzału, ale nawet nie drgnie mu powieka. Myślę, że gdyby palił papierosa, to albo dmuchnąłby mi dymem w twarz, albo strzepał popiół na półbuty. Pieprzona Walia, pieprzony deszcz i pieprzony, nienormalny Ron.

 

 Wszystko zaczęło się od tego, że spalili moją czarownicę. No... niezupełnie, ale sami musicie przyznać, dobrze brzmi.

 Dla nich Silla była kimś w rodzaju podczłowieka. Przystawiali się. Zbyła ich anonse, a wtedy próbowali ją zgwałcić, choć mówiła, by tego nie robili. Nie prosiła, nie lękała się. Wyszeptała tylko "nie", ale krótkie szepty łatwo zignorować. Skoczyli niczym psy. Dokładnie trzydzieści siedem cholernych dni temu.

 Nim zajechała karetka, dwóch nie żyło. Trzeci umarł w drodze do szpitala. Czwarty do tej pory oddycha przez rurę. Przynajmniej ma od groma czasu, by rozmyślać, czy grała jedynie twardą do zdobycia. Ten, który przeżył to najstarszy syn Conwaya. Kilka dni później Ron wydał odpowiednie dyspozycje i jeden as z jego talii rozpłatał Silli gardło czymś niewiele grubszym od powietrza.

 Tym jest mniej więcej żal, który wysrywam. Dłoń ze wściekłości drży. Pioruny roztrzaskują wciąż kolejne drzewa. Nie bacząc na to wszystko, od kilku minut stary Conway rży ze śmiechu niczym podpalony pies – z całym szacunkiem dla tego niezbyt fortunnego powiedzenia.

 — Skończysz się wreszcie wydurniać?

 Spogląda na mnie, lecz po chwili zgina ciało w pół i ponownie rozpoczyna koncert. Opieram lufę o tył jego czaszki, ale nawet zimny metal nie jest na tyle silnym argumentem, by zaciągnąć ręczny tych wygłupów. Mogę położyć go trupem lub poczekać, żeby się wystrzelał z tej radości. Decyzja nie jest łatwa i nie przychodzi natychmiat. Jednak pięć minut później najbardziej upokarzający moment w tym stuleciu dobiega końca.

 — Czekaj — zaczyna znowu, chyba piąty raz, opierając tłuste łapska na kolanach. — Uważasz, że ja... naprawdę?

 — Do kurwy nędzy, Ron. To nie poszlaka!

 — No ja myślę. Taka rzeź oparta na niedokładnie zbadanym założeniu? Chłopie. Jeśli to, co mówią o twoim sumieniu, jest choć trochę prawdą, nie wykaraskasz się z tego. Utopią cię zimne poty.

 Zaczynam tracić pod stopami grunt. Do tego stoimy w bagnie, co wytraca z tego zdania przenośnię. Nikogo więcej. Tylko nasza dwójka ostrzeliwana przez arktyczny deszcz. Wszystko źle. O tej porze miałem już wydawać polecenia z wysokości barowego stołka. Niech to szlag. Opowiedz Bogu o planach i patrz, jak się z nich śmieje.

 — Cynk jest pewny. Twój pojebany synalek dostał kosza, więc nasłałeś na nią zawodowca. Wiem z pierwszego palca pierwszej ręki.

 — A czy ten pierwszy palec nie ma, aby wbite w dowód Rirschen Dirk?

 — Jeśli próbujesz ugrać... — zaczynam, a wtedy dzieje się coś niezwykłego. Ron w pewien sposób odbiera mi broń. Nie, że wyrywa czy obezwładnia. Po prostu chwyta moją uzbrojoną dłoń i zdejmuje z linii swego ciała. Nie robi tego nagle czy też szybko, choć zarazem stanowczo. Ot wykonuje jeden płynny ruch i już w niego nie mierzę. Dochodzę do wniosku, że zwrot: "wszystko się totalnie popieprzyło" powinienem wzmocnić dobitniejszym słowem.

 — Powiem to szybko, więc może być nieco nieskładnie. Wątpliwości dogramy w drodze powrotnej.

 Milczę. On kontynuuje.

 — Po pierwsze Dirk nie spalił Grimoire. Po drugie, żaden zimnokrwisty morderca nie zasadził się na twoją lalę. Znaczy, nikt ode mnie. Fakt, wsadziła mojego debilnego synalka pod plastikowy klosz, czyniąc z niego największego niemowlaka na oddziale, ale gdybyś zadał sobie trud weryfikowania informacyjnych źródeł, szybko doszedłbyś do wniosku, że najokazalszy bukiet kwiatów, jaki zdobił jej ciasną kawalerkę, pochodził właśnie z moich dyspozycji. Elron był cymbałem i nieudacznikiem, co jeszcze jakoś mogłem mu wybaczyć. Niestety. Pakiet wad zawierał też tchórzostwo i to najwredniejszy rodzaj, bo obejmujący miłość do ojczyzny. Teraz co tydzień ordynator dostaje naprawdę spore sumy, nie dlatego, by go z tej warzywlandii wykaraskać, ale, by w tym stanie go utrzymać. Chcę, żeby tkwił w bezruchu, słyszał, odczuwał i rozumiał otaczający go świat.

 — Pieprzysz, Ron. Pieprzysz jak... ktoś, kto pieprzy.

 — Jasne. A takie niebo we wrześniu to normalka.

 Myślę nad tym, ale grzmoty utrudniają koncentrację. Jestem jak w pierwszych pięciu sekundach po zbyt długim śnie. Stary Conway mógł mnie znokautować z dziesięć razy, ale żadna pięść nie wylądowała jeszcze na mej brodzie. Szlag.

 — To nie wszystko, Frank. Wisienki zostawiłem na później, ale jeśli cię nie wyjmę z tego transu, to nie będzie później. Trzymasz się?

 Kiwam głową. Dirk jest prekognikiem. Ja też, choć nie tak dobrym. Prekognicy czasami wiedzą, co zdarzy się jutro. Średni widzą skrawki, symbole i okruchy, najlepsi miażdżą ruletki, kursując na linii Monaco-Las Vegas. Dirk jest czymś... pomiędzy.

 — Jakie wisienki? — pytam, a wtedy Ron szepcze mi do ucha pewne smutne rzeczy.

 Wichura nie ustępuje na cal, kiedy wracamy.

12093 zzs

Liczba ocen: 10
99%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 91

Folder: Aye!
Dodano: 2021-09-16 23:46:42
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Ło, tutaj pokazuje 12101, ale jak kto ma chęć, niechaj wpieprzy w program "licz litery/czcionki/znaki. U pieprzyłem się po łokcie, tnąc, więc nie ma wuja, by było za długie.

Oo
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Can, oddychaj, wszystko jest git, Vengaboys!
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
(A tak w ogóle to zajebiście, że wpadło - wrócę!)
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
z dużym wykopem
" — Chcesz mnie po prostu zastrzelić? Tyle zachodu i łażenia po jebanym deszczu, żeby... taki plan?
— Plan jak plan" - haha, Jezu, tak dużo Canularda w Canulardzie

Dużo jest do kopiowania, np. to:
"Zaczynam tracić pod stopami grunt. Do tego stoimy w bagnie, co wytraca z tego zdania przenośnię".

Wykurwista narracja, jestem fanką. Cóż, chyba zawsze będę kląć w komentarzach pod Twoim pisaniem, damy i wieśniaczki, bardzo mi siadło opo, niebawem zajrzę do dwójki.
Aye!
Odpowiedz
Ritha a dziękuję. Odgrzebuję się. Na razie idzie tak se
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Can, idzie bardzo dobrze
Odpowiedz
z dużym wykopem
Cholernie dobry tekst. Najwyższa półka. Wszystko tu gra. Znakomita narracja. No i tak dużo smaczków, że można by je zbierać do koszyka niczym grzyby w szczycie sezonu. Brawo!
Odpowiedz
Zdzislav - o Cholerka. Znowu się zagrzałem, może uda się teeln tekst dokończyć 😐
Odpowiedz
z dużym wykopem
No, no, król opowieści w formie. Zacna historia, początkowo dosyć chaotycznie, a potem pędzisz po swoje
Odpowiedz
Hiraeth taki ze mnie król jak z mrowiska ul 🙃
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Can, wrzuć linka do linkowozu, zanim Alfonsyna Ci urwie łeb
Odpowiedz
Ritha wiem, ale muszę z kompa
Odpowiedz
*Ritha 1 m.
Can ok
Odpowiedz
!jacek79 29 d.
z dużym wykopem
Zapowiada się się ciekawie … lubie klimaty „wyspiarskie” z Belfastem w tle…taka „Gra pozorów” ( na marginesie musiałem filmowo
Odpowiedz
*Canulas 29 d.
jacek79 nooo, poleciałem na stereotypach. Gdybym to planował na 200-300 stron, reaserch może by nie był tak po łebkach 😳😬🙃
Odpowiedz
Dobry wieczór!
Właśnie ruszyło pierwsze, inauguracyjne głosowanie w czwartym sezonie Ligi TW!
Tym razem można obdarować punktami aż 7 osób!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału
Odpowiedz
*Canulas 27 d.
TreningWyobrazni już zagłosowane, mesje TeWu
Odpowiedz
~justyska 27 d.
z dużym wykopem
"Zaczynam tracić pod stopami grunt. Do tego stoimy w bagnie, co wytraca z tego zdania przenośnię." - piękne.
Styl jest, dialog jest i cudnie jest.
To będzie trudne głosowanie.
Pozdrawiam!
Odpowiedz
*Canulas 27 d.
justyska dziękuję 🙃
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ładne to to, naprawdę dobre W wolniejszej chwili zerknę do reszty. Bedzie z tego powieść?

Czepiando mikro:
"Dłoń ze wściekłości drży."
Jakoś rytm nie pasuje mi. I jeszcze to "ze wściekłości"... Ja bym napisał: "Dłoń drży z wściekłości".
Pozdrosy!
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
KluczDoPiwnicy miałem "z", ale uległem poprzez (być może nierzetelne) podpowiedzi programowe.
Co do szyku, być może. Ciężko mi teraz ocenić czy ten yodizm zaistniał tu przypadkowo, czy tak mi hulało pod kątem melodyki.

Dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
*Canulas 26 d.
KluczDoPiwnicy aaa, i nie, nie będzie powieści. Nie chcę zaczynać kolejnego projektu. Myślę, że do tego świata wrócę, ale raczej z serią niezobowiązujących jednoatrzałów
Odpowiedz
E tam :P To może mini powieść? Pisz jednostrzały i zobaczymy co z tego wyjdzie
Odpowiedz
z dużym wykopem
No i muszę cię wcisnąć w głosowaniu! Coś narobił! Tak poważnie to zajebisty tekst, poszybowałeś wysoko, będzie podium.
Odpowiedz
*Canulas 22 d.
SylviaWyka dziękuję pięknie
Odpowiedz
~Adelajda 23 d.
z dużym wykopem
Świetne opko, bardzo twoje. Opisy, porównania, klimat, tego nie da się podrobić. Jak będę miała czas, to podlęcę pod następne części
Odpowiedz
*Canulas 22 d.
Adelajda dzięki 🙃
Odpowiedz
*marok 22 d.
z dużym wykopem
Gęste opko. Nie na wieczór, ale wyjścia nie mam. Nie sądzę że coś mi uleciało. Ogólnie odcinając od reszty, to wiadomo, tylko skrawek, nie da się pokumać dokładnie, ale i tak jest bardzo. W twoim stylu, trzeba lubić, bo jak nie, to nie
Odpowiedz
*Canulas 22 d.
marok umisz w dyplomację 😏
Odpowiedz
!jacek79 20 d.
Gratulacje!!!
Odpowiedz
*Canulas 20 d.
jacek79 dziękować
Odpowiedz
Gratki
Odpowiedz
*Canulas 19 d.
behemot48 dziękuję
Odpowiedz
z dużym wykopem
Hej!
Świetne, lecę czytać dalej.
M.

Odpowiedz
*Canulas 19 d.
MHSchaefer dzięki za odwiedziny
Odpowiedz
Dobre, ciekawie napisane i chcę czytać dalej....
Odpowiedz
amiartist dziękuję i tu
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.