online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Nikt nie kocha tak, jak stary pies
<
„Kiedy język nam mówi..." – Wywiad z Michałem Rusinkiem
>

Pióro ostrzejsze jest od... bagnetu – Rozmowa z Navalem, byłym żołnierzem GROMu, autorem książek o tematyce wojskowej.

 Naval to najbardziej znany żołnierz w Polsce. Przez czternaście lat był operatorem GROMu, odbywał misje bojowe na całym świecie, teraz na „emeryturze” pisze książki o swoich przeżyciach. Przynajmniej o tych, które wolno mu ujawnić.

 

 Pochodzisz z pobliskiego Raciborza, czy to Twój pierwszy raz w Kędzierzynie-Koźlu?

 Nie. Zdarzało mi się bywać tu wcześniej. Doskonale pamiętam swoją pierwszą wizytę, dawno temu. Wracałem na stopa do domu z jednostki. Kierowca wysadził mnie na rogatce. Byłem oczywiście w mundurze. Z pobliskiej knajpy wybiegło kilka osób, złapali mnie i zaciągnęli do tej knajpy. Nie pamiętam jak się znalazłem potem w Raciborzu. Wyjaśniło się to kilka lat później. Pracowałem u kogoś na dachu, a on mówi, że mnie pamięta, że mnie kiedyś wiózł z Kędzierzyna do Raciborza. Powiedział, że zatrzymała go cała ekipa, wrzucili mu żołnierza do samochodu i kazali odwieźć do domu. Takie mam wspomnienie związane z Kędzierzynem-Koźlem, w moim sercu bardzo miłe.

 

 Naval to oczywiście pseudonim. Przybrałeś go na potrzeby GROMu? Czy jesteś zobligowany, żeby dalej go używać, czy po prostu tak się z nim zżyłeś?

 Jednostka GROM ma tradycję żołnierzy cichociemnych polskiego państwa podziemnego, a całe to podziemie funkcjonowało na zasadzie pseudonimów. Wszyscy cichociemni mieli fałszywe nazwiska, czasem po kilka. My też przychodząc do jednostki mogliśmy sobie wybrać całkowicie nowe dane, ale Pawłów, Grześków czy tam Wojtków jest wielu a Naval jest jeden, Łysych może dwóch, Rudych ze czterech, więc tak to u nas zostało, że dawaliśmy sobie pseudonimy. Ja gdzieś tam komuś nawaliłem i tak już zostało.

 

 Twój pierwszy kontakt z wojskiem, kiedy trafiłeś do unitarki w Lublińca opisujesz bardzo gorzko. Aż dziw bierze, że po tym wszystkim nie odechciało Ci się dalszej służby.

 Widzisz o ile z Kędzierzynem mam dobre wspomnienia to z Lublińcem niekoniecznie, nie wiem co powiem jak mnie tam do biblioteki kiedyś zaproszą. To tak pół żartem pół serio, ale bycie żołnierzem zasadniczej służby wojskowej, jak popatrzysz na takie filmy jak „Samowolka” czy „Kroll” to ten żołnierz wcale nie miał takiego życia. Po pierwsze zostawał ograbiony z poczucia swoich wartości, po drugie fala i ciężkie szkolenia, na które kiedy patrzę z perspektywy czasu, nie miały żadnego sensu może poza tym, żeby kogoś całkowicie dojechać. To naprawdę nie było nic fajnego, chociaż może dzisiaj by się niektórym przydało jako lekarstwo na rozpasanie. Ja miałem jednak to szczęście, że wyjechałem na misję ONZ do Libanu, i ten pobyt pokazał mi, że to wojsko może inaczej wyglądać. Podpatrywaliśmy też jak funkcjonują inne armie, np. Fińska, Francuska, Szwedzka, więc nagle pomyślałem sobie, że jest Legia Cudzoziemska, właśnie zawiązywał się GROM i coś mnie pchało w tamtą stronę.

 

 Po misji w Libanie, zanim jeszcze udało Ci się dostać do GROMu trafiłeś na krótko do cywila. Z Twoich wspomnień z tamtego okresu utkwiło mi w pamięci, że zdawałeś wtedy maturę i miałeś problemy z językiem polskim. Jak zatem doszło do tego, że zacząłeś pisać książki?

 Worda stworzyli później (śmiech). Ten bajer wiem, że miałem już wcześniej, bo pisanie wypracowań szło mi dość płynnie, ale zdarzało się, że miałem dwie oceny, jedną za treść, a drugą za ortografię. Wtedy nie było czegoś takiego jak dysleksja czy dysortografia, więc pały się zdarzały.

 

 W GROMie służyłeś 14 lat. To długo czy krótko, jak na taki zawód?

 Dla mnie wystarczająco. Odchodząc z jednostki czułem się w 99% spełniony. To moje pokolenie, które przeszło selekcję w 1998–1999 r. miało możliwość szkolić się bez ograniczeń. Ja też byłem wszędzie i robiłem wszystko, co było możliwe, a więc ilość działań bojowych, wyjazdów zagranicznych była taka, że wystarczy na kilka odcinków Jamesa Bonda. Bycie żołnierzem takiej jednostki to jak bycie profesjonalnym sportowcem. Utrzymywanie wysokiej sprawności fizycznej. Wystarczy spojrzeć, na czym się pracuje. Przy mojej wadze ok. 75kg wychodząc na operację ważyłem ok. 115kg to jest 40kg obciążenia, w którym nie tylko się chodzi, ale trzeba wskoczyć, zeskoczyć, podbiec, przenieść rannego, a nieraz zjechać na linie. To jest wielkie obciążenie dla kręgosłupa. To jest tak jakbyś zapytał Adama Małysza czemu już nie skacze. Po prostu dłużej nie daje się rady i tyle.

 

 GROM to jednostka elitarna. Opisywałeś piekielnie trudną selekcję, długie szkolenie. Ile trzeba czasu, żeby zostać prawdziwym GROMowcem, z krwi i kości?

 To jest też kwestia indywidualna dla każdego. Trzeba zrozumieć, że nasze działania są zero-jedynkowe. Wchodzimy i walczymy na bliskie odległości, jest zagrożenie, często postronne osoby. Jeżeli jest pomyłka to właśnie zero-jedynkowa. Lubię to porównywać do kształcenia w szkole zawodowej, która kiedyś była trzyletnia, gdzie kiedyś chodziłem i zostałem ślusarzem-spawaczem. To jest na tej zasadzie: jak długo byś chciał, żeby kształcił się mechanik samochodowy, zanim zmieni ci klocki hamulcowe? Aż będzie to robił dobrze. Jak w warsztacie słyszysz, że będzie ci je wymieniał uczeń albo młody po szkole trzyletniej, to tak nie do końca jest, nie? I tak możemy patrzeć na każdy zawód. Wojsko niestety miało to do siebie, że robiono jakieś kursy, unitarkę, sześć tygodni, trzy miesiące i żołnierz dostawał karabin i był gotowy do obrony kraju. No niestety się tak nie da. Tak samo jest w mojej profesji gdzie tych rzeczy, których trzeba się nauczyć jest dużo. Kiedy przychodzi żołnierz — młody chłopak, to ma rok kursu podstawowego. Rok takiego poligonu, że jest uczony wszystkiego od podstaw. Po tym roku, jeżeli się nadaje, bo nie każdy się nadaje, są kursy doszkoleniowe. Ja byłem na działaniach morskich trzy miesiące jednego kursu, na sternika, skakanie ze spadochronem, łączność, bardzo duży nacisk jest na szkolenia paramedyczne, bo na polu bitwy lekarza nie ma. Po pięciu latach bycia w GROMie, po kursie podstawowym, przynajmniej mnie to tyle zajęło, mogłem planować operacje od zera i je kończyć.

 

 Oczywiście nie możesz rozmawiać o szczegółach misji, ale czy zdarzyło się kiedyś, że pomyślałeś: to już koniec, tym razem nie wrócę?

 Za dużo piwa kiedyś było w Anglii i pomyślałem: nie, tej misji nie przeżyję. Tak na wesoło to mówię trochę, ale nasze operacje, chcę, żebyście to zrozumieli, nie są przypadkowe. Żebyśmy poszli i wykonywali jakąś robotę, nad tym działa dosyć długo jakiś wywiad, są wszelkie informacje, nad którymi siedzimy, planujemy, rozważamy warianty. Czasami nasi generałowie nie mogli zrozumieć, że im mówimy: nie, tego nie zrobimy, nie zrobimy, bo po prostu fizycznie się nie da. Dlatego nasze operacje są skuteczne, bo jeżeli coś robimy, to wiemy, że możemy to zrobić, a nie liczymy, że nam się to uda.

 

 Jak to jest z życiem rodzinnym. Bo nie pracujecie po osiem godzin dziennie, jeździcie na szkolenia, ćwiczenia, misje, nie raz trwające tygodnie czy miesiące, jest w tym wszystkim czas na dom?

 To jest trudne pytanie. Myśmy się już w pewnym momencie już śmiali, że przestaliśmy chodzić do pracy, a zaczęliśmy chodzić do domu. Będę dalej podpierał zawodowym sportowcem. Jeżeli ktoś jest zawodowym sportowcem nie chodzi na osiem godzin do pracy, tylko ma trening o czwartej rano, je śniadanie, znowu ma trening itd. Podobnie wygląda to z nami. Nowi dowódcy, którzy byli nam nadawani, nie mogli zrozumieć, że u nas w pokojach i na korytarzach są kanapy, ale przychodzisz do roboty o siódmej, o piętnastej masz koniec, dwie godziny luzu na obiad, o siedemnastej masz wieczorny trening, kończysz o dwudziestej drugiej i znowu o siódmej rano masz być w pracy. Część chłopaków, która mieszkała dalej, po prostu tam spała. Pokazywali się w domu od czasu do czasu, podbijali kartę w lodówce i wracali. Do tego sześć miesięcy na misji, wracasz, masz dwa tygodnie urlopu, badania, trzy tygodnie treningu, jakiegoś poligonu, przygotowania do wyjazdu i znowu cię nie ma. Bywało tak, że w roku dziewięć, dziesięć miesięcy cię nie ma.

 

 Twoje największe wyzwanie w karierze wojskowej?

 Jak przyszedłem na zespół bojowy, dostałem taki dzienniczek, w którym były wszystkie imiona i nazwiska, wszystkie nasze zajęcia i po zajęciach musiałem zbierać oceny do tego dzienniczka. Przez całe czternaście lat w GROMie walczyłem, żeby tego durnego dzienniczka dla dorosłych facetów przestali wymagać. Odszedłem z jednostki w 2012 r. i w zeszłym roku na jesień byłem zaproszony do biblioteki wojskowej w Białymstoku i w przerwie dwudziestu żołnierzy ustawiło się do mnie w rządku z tymi dzienniczkami, żebym podpisał im “zajęcia obywatelski, prowadzący: Naval”. To było moje największe wyzwanie i poległem.

8598 zzs

Liczba ocen: 2
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Nazareth
Kategoria: wywiady

Liczba wejść: 28

Dodano: 2021-09-28 08:50:34
Komentarze.
jacek79 2 m.
z dużym wykopem
Świetny wywiad… nie przepadam za tematyka wojska a zaciekawiło mnie ogromnie!!!
Odpowiedz
jacek79 cieszę się i dziękuję.
Odpowiedz
jacek79 2 m.
Nazareth a tak z ciekawości te wywiady to dla jakiej gazety? Czy tez innego medium?
Odpowiedz
jacek79 jak to w przypadku małomiasteczkowego dziennikarza, sprawa jest bardziej skomplikowana. Wywiad ukazał się w miesięczniku „Dobra gazeta", ale doszło do niego niejako przypadkiem, podczas prowadzenia spotkania autorskiego z Navalem, na zlecenie miejskiej biblioteki.
Odpowiedz
jacek79 2 m.
Nazareth ciekawe , od lat zbieram gazety po jednym numerze a te „małomiasteczkowe maja ciekawy charakter , zagraniczne już trochę inna bajka …zawsze gdzie jestem w jakis mieście ( kraju) szukam właśnie lokalnych gazet stad tez moja ciekawość
Odpowiedz
jacek79 fajne hobby, nigdy nie słyszałem o podobnej kolekcji. Sam mam kolekcję gazet w domu, ale to bardziej osobiste pamiątki lub portfolio. Jeśli kiedyś będzie ku temu okazja, chętnie wygrzebię coś dla ciebie z mojego archiwum. Mogą być nawet niskonakładowe wydania unikatowe, do których miałem okazję pisać, jak zeszyty muzealne, albo gazetki młodzieżowe pod patronatem. Nie wiem, czy takie „białe kruki" mają dla ciebie większą czy mniejszą „wartość"
A z małomiasteczkowymi dziennikarzami tak już jest, że łapią się raz tego, raz tamtego, żeby zarobić grosik. Ja przeszedłem przez wszystkie media, jakie są: prasa, TV, radio, nawet jakiś przygodny portal był i z perspektywy czasu mogę powiedzieć jedno: cieszę się, że miałem okazję być dziennikarzem, a jeszcze bardziej, że już dawno tym walnąłem
Odpowiedz
jacek79 2 m.
Nazareth „zbieractwo” zostało mi z PRL u .. i mam do dnia dzisiejszego lubie dziwne hobby … oczywiście jak masz coś na zbyciu to chętnie skorzystam ( oczywiście zwrócę koszty wszelakie) … ja tez chyba przechodziłem wszystkie media… i wszystkie zawody
Odpowiedz
jacek79 2 m.
jacek79 a wartość to pojęcie względne… chyba mam bardziej z podobnych pobudek jak Ty… po prostu lubie papier i wszystko z nim związane..( może to z racji zawodu grafika tradycyjnego.. i uwielbiam zapach farby drukarskiej&hellip gazety zawsze towarzyszyły mi od urodzenia … nawet mam w planach wydawanie niskonakładowej gazety
Odpowiedz
jacek79 2 m.
Nazareth a odn wywiadów to lubie dobre wywiady które są nieszablonowe…na TVN style (chyba )wg mnie najciekawsze wywiady prowadzi Magda Molek „w roli głównej” a typowe gazetowe lubiłem kiedyś czytać w „Zwierciadle” choć dawno nie zaglądałem do tej gazety
Odpowiedz
jacek79 oj, ja też przechodziłem przez 100 zawodów, czasem można się pogubić... budowlaniec, tłumacz, kierowca, agent ubezpieczeniowy, operator sprzętu ciężkiego. Jacki chyba tak mają, wszyscy których poznałem, siebie nie wyłączając, to niespokojne duchy, zakręcone w jedną, lub drugą stronę, względnie w obie.
Też lubię nieszablonowe wywiady, ale ciężko takie przeprowadzać dla małej gazetki, albo regionalnego radia, czy telewizji. Odbiorcy z reguły mają bardzo szablonowe oczekiwania, a redaktorzy naczelni stoją na straży tego, żeby dostarczać im to czego się spodziewają. Pamiętam jak parę razy podczas radiowej audycji dostawałem SMSa od red-nacza „Co ty robisz? Zapytaj o..."
Odpowiedz
jacek79 2 m.
Nazareth to bolączka każdego zawodu - szef … najlepiej jest sam dobie szefować
Odpowiedz
z wykopem
Wywiad całkiem fajny, widać że facet ma o czym opowiadać.
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.