online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 18
<
Mgły wojny
>

Opis:

wreszcie w Zonu :)

Tagi: #stalker #zona #czarnobyl #anomalia #mutant #artefakt

S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 17

 Link do części 16: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=8623&am

 

 

  Budzik wyrwał mnie ze snu o wpół do szóstej. Rześki i pełen energii wyskoczyłem z łóżka. Chwilę się porozciągałem i byłem gotowy do opuszczenia pokoiku. W duchu dziękowałem sobie za to, że czas w celi spędzałem po części na ćwiczeniach – dzięki temu udało mi się zachować sprawność i kondycję w możliwie dobrym stanie.

  Udałem się na stołówkę, gdzie miałem spotkać się z Mychajłem. Trzeba było wciągnąć jakieś pożywne śniadanie przed wyruszeniem w drogę. Następnie czekała nas odprawa, która odbyła się w znanej mi już sali konferencyjnej. Brali w niej udział Ilczuk, Sorokin i parę innych osób z „Falochronu”. Raz jeszcze wyłożyli nam cel i wszystkie inne wytyczne. Ponownie prześledziliśmy wyznaczoną na mapie trasę i gdy wyczerpał się już wszystkim zasób pytań i rad, pozostało nam tylko skierować się do pomieszczenia, w którym czekał przygotowany poprzedniego dnia osprzęt. Dobra – lista sprawdzona, graty spakowane, leki zażyte – czas wprowadzić plan w życie. Przed samym wyjściem wymieniliśmy jeszcze z Ilczukiem spojrzenia. W jego oczach widziałem troskę i wielką nadzieję.

  Zostaliśmy z Mychajłem podwiezieni najdalej, jak to było możliwe, czyli do wojskowego posterunku, który nie leżał jeszcze na skraju Zony jako takiej, ale stanowił pierwszą barierę przed wkroczeniem na jej terytorium. Sama Strefa była otoczona czymś w rodzaju opony bezpieczeństwa – neutralnym, na oko kilometrowym pasem ziemi odgradzającym tereny Zony wraz z całym jej przynależnym paskudztwem od całej reszty, zwanej wśród stalkerów „Światem Zewnętrznym”. Wysoka siatka z drutem kolczastym, stanowiska z ciężkimi karabinami maszynowymi i grupka uzbrojonych żołnierzy jasno dawały do zrozumienia, że tutaj kończą się żarty.

  Dalej kierowca nie mógł wjechać, wypakowaliśmy więc plecaki, upewniając się, że nic nie zostało w pojeździe – byłoby głupio, gdyby na miejscu okazało się, że niezbędny sprzęt taki jak dozymetr czy detektor anomalii postanowił akurat skrycie i złośliwie wpaść pod siedzenie auta. Pokazaliśmy wojskowym przepustki i dostaliśmy zezwolenie na przekroczenie pierwszej bariery w drodze do właściwego celu.

  Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie mocno przesunięta granica Zony. Gdy poprzednio wchodziłem od tej strony, posterunek, zasieki, oznaczenia i różne inne wojskowe środki ostrożności rozstawione były co najmniej trzysta metrów w głąb. Teraz spory kawałek wcześniej widać było naprędce sklecone ogrodzenie, rozmieszczone reflektory i stanowiska ogniowe. Zdaje mi się, że tych ostatnich też rozstawiono więcej niż ostatnio... A i wojaki jakieś takie nerwowe, w stanie podwyższonej gotowości. Nieźle się musiało ostatnio dziać, nie ma co.

  Po raz drugi w krótkim czasie okazaliśmy przepustki. Żołnierz popatrzył, poczytał, pokiwał głową i machnął porozumiewawczo do kolegów, każąc nas przepuścić. Szeregowiec, nie więcej niż dwudziestopięcioletni szczupły chłopak, który otwierał nam zaimprowizowany szlaban, spojrzał mi przelotnie w oczy i rzucił cicho:

  – Powodzenia.

  W jego spojrzeniu widać było lęk i jakby, hm… troskę? Miałem wrażenie, że patrzy na nas tak, jakby już wiedział, że widzimy się ostatni raz. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Niby nic, nieznajomy ogarnięty lękiem przed nieznanym (bądź co bądź, lękiem uzasadnionym) młodziak życzył mi powodzenia. A jednak wrażenie było nieprzyjemne jak zimny prysznic.

  Znów poczułem niepewność i zacząłem się zastanawiać, w co ja się wpakowałem. Szybko jednak otrząsnąłem się z takich myśli – trzeba się skupić na zadaniu. W Zonę szedłem już parę ładnych razy i równie dużo razy udało mi się z niej powrócić w jednym kawałku. Trochę ją znam, jestem ostrożny i czujny. Po tej wyprawie mój bilans wizyt nadal będzie przedstawiał liczbę parzystą. Przynajmniej w założeniu.

  Granica przekroczona. Jestem oficjalnie w jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie – w Czarnobylskiej Strefie Wykluczenia.

  Zona – miejsce zupełnie inne niż wszystkie. Mam wrażenie, że gdy przestępuję jej „próg”, wszystko się zmienia. Nawet zapach jest inny. Nie wiem czy to jakaś moja fanaberia, czy mi się tylko wydaje, czy faktycznie wchodzę przez niewidzialną barierę do krainy, która rządzi się innymi prawami i stąd czuję się inaczej. A może po prostu wkraczam w świat, w którym muszę pilnować się na każdym kroku, rozglądać dookoła, patrzeć za siebie, przed siebie, pod nogi, nad głowę? Możliwe, że sama konieczność utrzymania stanu wzmożonej koncentracji i napięcie, jakie we mnie siedzi, powodują, że odbieram inaczej bodźce zewnętrzne. Nigdy się chyba nie dowiem i ta kwestia już zawsze będzie mnie męczyć.

  Cholerne myśli, ciężko mi nad nimi zapanować. A tutaj nie ma miejsca na dumanie. Wystarczy chwila – nie usłyszę na czas ostrzegawczych piknięć detektora, zrobię krok nie tu, gdzie trzeba i już mogę się pięknie wpierdolić w Trampolinę i połamać nogi na samym progu Zony. Wstyd by był, jak nie wiem co. Zresztą, czas na pytania i refleksyjny nastrój przyjdzie później, teraz dupa w troki i do przodu.

  Ruszyliśmy z wolna asfaltówką. Mimo nerwowej atmosfery na granicy, na razie byłem jeszcze w miarę spokojny. Dopóki znajdowaliśmy się w zasięgu rozstawionych w obrębie posterunku karabinów, potencjalne wsparcie ogniowe żołnierzy za plecami dawało pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa.

 Przed nami biegła pozarastana nieco po bokach droga, którą dawno temu przestały jeździć samochody. Pomijając spękany miejscami asfalt i ogólne zapuszczenie, sprawiała wrażenie pewnej i bezpiecznej. Jednak w Zonie nie wolno opierać się na wrażeniach, więc przestawiłem się szybko na tryb czuwania. Wojsko nie urządza posterunków w bezpośredniej bliskości anomalii, a mundurowi z zasady zawsze zachowują bezpieczny dystans, ale gdybym zginął już na samym progu tylko dlatego, że uważam, że czegoś nie powinno być gdzieś, gdzie akurat dziwnym trafem się znalazło, to nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

  W oddali majaczyły budynki poprzedniego stanowiska wojskowych. Była to ostatnia bariera, jaką należało pokonać, wychodząc z Zony, lub pierwsza, gdy chciało się oficjalnie wejść na jej teren – zależy, od której strony się patrzyło. Wcześniej kręciło się tu sporo żołnierzy, którzy mieli doskonały widok na okolicę i mogli komfortowo monitorować sytuację, wiedząc kto lub co kręci się na granicy. Teraz miejsce to było opustoszałe.

  Większa część kompleksu znajdowała się po naszej prawej. Za ogrodzeniem o drewnianych przęsłach i rozpiętym nad nim obowiązkowym drutem kolczastym znajdowało się stanowisko obserwacyjne, a zaraz za nim stała potężna bateria reflektorów. Głębiej za płotem, tuż za betonowym placykiem, na którym rdzewiały porzucone wojskowe pojazdy, widać było parterowy budynek koszar z charakterystycznym półkolistym oknem. Do ogrodzonej części posterunku wjazdu pilnowała metalowa brama, a przed nią dodatkowo znajdował się szlaban z wymownym znakiem „STOP”. Dalej asfaltówka była zablokowana przez dwie ułożone w kształt półkola barykady z worków z piaskiem, za którymi dodatkowo stało kilka betonowych barier. Na wysokości blokady, po obu stronach drogi znajdowały się dwa piętrowe budynki z czerwonej cegły, w których żołnierze zajmowali się swoją robotą i pilnowali, żeby nikt bez ich wiedzy i zezwolenia nie mógł wejść ani wyjść.

  Zbliżając się do płotu, zauważyłem, że szlaban pilnujący wjazdu na teren koszar jest nienaturalnie wygięty. W kreskówkach, które oglądałem jako dzieciak, zdarzały się sytuacje, że jedna postać uderzała drugą pogrzebaczem czy innym metalowym prętem, a ten nie wyginał się cały, a jedynie wybrzuszał odtwarzając wiernie kształt głowy lub twarzy trafionego nieszczęśnika. Podobnie wyglądał szlaban, który mniej więcej w trzech czwartych długości miał spore wybrzuszenie. Wyglądało to tak, jakby kreskówkowy olbrzym wziął w swoje kreskówkowe łapska fragment zapory i przydzwonił w łeb innemu kreskówkowemu olbrzymowi, po czym grzecznie odłożył element na miejsce. Ech, nostalgia za dzieciństwem się we mnie budzi – wychodzi na to, że gdyby nie durne bajki to nie potrafiłbym trafnie opisywać otaczającej mnie rzeczywistości.

  Budynek po naszej lewej miał z kolei potężną wyrwę w centralnej części ściany – tu gdzie kiedyś było spore okno, teraz ziała idealnie okrągła dziura, wokół której walały się cegły i kawałki szkła z rozbitej szyby.

  Pobieżne oględziny opustoszałego kompleksu, a także umiejętność logicznego rozumowania i tworzenia związków przyczynowo-skutkowych pozwoliły mi wysnuć przypuszczalnie trafną teorię na temat powodów przeniesienia się żołdaków na aktualne zajmowane pozycje.

  Popatrzyliśmy na siebie z Mychajłem – to był znak, że żarty się skończyły. Wojsko, jak wcześniej wspomniałem, nie urządza posterunków na samym skraju występowania zagrożeń, a w bezpiecznym dystansie, jednak obecność sporych anomalii w samej bazie żołnierzy faktycznie wskazuje na szybki i chaotyczny rozrost Strefy. Każda Emisja bezlitośnie zabiera kawałek „zdrowej” ziemi, a przy zwiększonej częstotliwości Zwarć w ostatnim czasie naukowcy mają uzasadnione obawy, że Zona może wymknąć się spod wszelkiej kontroli.

  Nie było sensu eksplorować posterunku. Żołnierze w pośpiechu, bo w pośpiechu, ale podobno zgarnęli cały sprzęt i spieprzyli z tego miejsca na bezpieczniejsze tereny. Nie chcąc ryzykować władowania się w jakąś śmiercionośną anomalię mogącą czyhać w jednym z budynków kompleksu, zgodnie postanowiliśmy nie zatrzymywać się i kierować prosto do wioski Kotów (w sensie niedoświadczonych stalkerów, a nie futrzanych myszołapów – choć i na takiego zmutowanego mruczka można się w Zonie natknąć). Zamierzaliśmy zajrzeć do sklepiku przedsiębiorczego biznesmena – pana Sidorowicza.

  Droga biegła nieco pod górkę. Zaraz po podejściu, po lewej stronie znajdowała się gruntówka, prowadząca do wioski, w której schronienie znajdowali przede wszystkim stalkerzy-świeżaki i która była miejscem urzędowania poszukiwanego przez nas handlarza.

  Zbliżając się do nieformalnego skrzyżowania, usłyszałem z pobliskich zarośli po prawej odgłosy porykiwania i jakby… chrumkania? Mychajło też to usłyszał. Bez słowa zatrzymaliśmy się i obydwaj sięgnęliśmy po broń. Towarzysz pokazał mi na migi, żebym się rozglądał, a sam wyciągnął lornetkę z zamiarem dokładniejszego zbadania źródła hałasu.

  Tak wygląda współpraca w Zonie, jeden orientuje się w przestrzeni i ocenia sytuację, a drugi w tym czasie skupia się na najbliższym otoczeniu. Słyszało się historie o ciekawskich, którzy zaabsorbowani jednym zagrożeniem ginęli od zębów, pazurów czy kul innego, które nadeszło od niespodziewanej strony. Mychajło przemieścił się o kilka kroków, żeby krzaki nie zasłaniały mu widoku, popatrzył chwilę, po czym po cichu zbliżył się do mnie.

  – Stado mięsaczy, ze trzy-cztery sztuki w opuszczonym obozowisku, coś żrą. Widzę parę pustych namiotów, poza tym spokój. Idziemy dalej.

  Skinąłem głową i ruszyliśmy spokojnie asfaltówką. Mijając ten wieprzowy piknik na skraju drogi, rzuciłem jeszcze okiem na to, co dzieje się kilkanaście metrów na prawo i faktycznie zauważyłem kilka pękatych, poruszających się tusz. Zwierzęta były zajęte pożywianiem się, więc kulturalnie i bez problemów przeszliśmy obok nich. Pierwszy kontakt z miejscową fauną – zaliczony!

  Mięsacze – zabawne świniopodobne stworzenia. Ich widok jest z jednej strony przerażający, bo są to chodzące przykłady deformacji genetycznej i w ogóle działalności „Zonowej aury”, ale z drugiej strony w jakiś sposób mnie uspokaja. Nie są to wybitnie groźne mutanty, zwykle schodzą człowiekowi z drogi i omijają go szerokim łukiem. Częściej padają ofiarą drapieżników, niż zamieniają się w agresorów. Można nierzadko zaobserwować, jak stadko ślepych psów pożywia się truchłem jednego z nich. Chociaż z kundlami wszystkożerne prosiaki toczą akurat zażarte pojedynki. Jednak nie zapominajmy, gdzie jesteśmy – mięsaczy nie wolno lekceważyć. Chude, patykowate nogi zakończone są mocnymi, hm, pazurami, racicami? Nie wiem jak to nazwać. W każdym razie celnie wymierzony cios takim kopytem może spowodować bolesną kontuzję, nie mówiąc już o uszkodzeniu kombinezonu. Głodna świnia to zła świnia, jak ją przypili, to może być agresywna. A że są to zwierzaki stadne, to zmasowany atak całej wieprzowej rodziny może się skończyć naprawdę nieciekawie. Prosiaki może i wyglądają na niezgrabne, ale mają imponujące gabaryty i jak się rozpędzą, to potrafią zaskoczyć swoją prędkością. A jak już masywny stwór przewróci człowieka i dociśnie go swoją masą do ziemi, to widok zaślinionego ryja zmutowanej świni może być dla obalonego nieszczęśnika ostatnim wspomnieniem w życiu.

  Dlatego też staram się mięsaczom w drogę nie wchodzić. Mam wrażenie, że panuje między nami niepisana zasada unikania bliższych spotkań. I dobrze. Nie ma co sobie robić wrogów bez potrzeby. Zwłaszcza wśród czarnobylskiej fauny. Ostatecznie jednak widok tych świniopodobnych, chrumkających abominacji dobrze mnie nastraja, bo wiem, że żerują one na terenach raczej spokojnych, z dala od groźniejszych mutantów Zony. Oznacza to, że ja też jestem w ich pobliżu stosunkowo – podkreślam – STOSUNKOWO bezpieczny. Chociaż nie powiem, jak pierwszy raz zobaczyłem z bliska tę trzyoką, nienaturalnie powykrzywianą mordę, to potem przez parę nocy śniły mi się koszmary z mięsaczem w roli głównej.

 

 

 Link do części 18: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9014&am

13418 zzs

Liczba ocen: 0
50%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 23

Dodano: 2021-09-29 09:05:43
Komentarze.
"W Zonę szedłem się już parę ładnych razy" - skąd tu to "się"?
"Głodna świnia to zła świnia" - trudno się nie zgodzić i w ogóle ten końcowy opis mięsaczy to chyba mi przypadł do gustu najbardziej z całego tego fragmentu, może po prostu lubię takie sympatyczne świnki. Dawaj teraz jakąś mega poczwarę dla równowagi!
Trochę takie mimo wszystko mam wrażenie, że Dawid wprowadza dużo spokoju do ogólnej atmosfery - bo niby mówi o tym, że cały czas trzeba być czujnym, bo nigdy nie wiadomo, ale z drugiej strony czuje się w tej Zonie na tyle swobodnie, że wchodzi tam jak na własne podwórko. Cóż, sytuacja jest rozwojowa, więc być może już za chwilę się na tym podwórku wyłoży.
Odpowiedz
!CptUgluk 12 d.
alfonsyna No siema! Aj, pardą, "się" się wkradło niepostrzeżenie!
Poczwary też będą, wszystko po kolei. Świnie dobre na początek
Teoretycznie jak we własne podwórko, jednak jeszcze nie raz się zdziwi, powiadam Ci! Dziękuję w imieniu Dawida, moim celem było poprowadzenie nie stereotypowego, spuchniętego od testosteronu twardziela z giwerą, a bardziej ludzkiej postaci, z własnymi wątpliwościami, przemyśleniami i lekką nutką humoru. Niezmiennie mam nadzieję, że kolejne części nie znudzą i pójdziesz dalej.
No, Alfonsyna przeczytała, więc czas wrzucać kolejny odcinek Dzięki za zaglądanie! Mam motywację do publikowania.
Odpowiedz
CptUgluk no i widzisz, jaki ze mnie dobry motywator! Może będę z większą częstotliwością czytać, zobaczymy.
Odpowiedz
!CptUgluk 11 d.
alfonsyna Spoko, bez ciśnienia, w swoim tempie. Fajno, że w ogóle czytasz
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.