online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Bal maturalny
>
Tagi: #treningwyobraźni #dedlajn

TW#2 - Wesele ziemsko-ziemskie pod flagą marsjańską

 Postać: Księgowy w piekle

 Zdarzenie: Deprywacja sensoryczna

 Efekt: brak

 

 

  Gdzie ja jestem? To odpowiednie pytanie na ten wieczór. Zanim dochodzę do sensownej odpowiedni, siedem razy padam na zawał. W półmroku przede mną wyłania się postać. Na początku szkaradna jak diabli, potem zupełnie zwyczajna. I już wiem. Widzę tę twarz, a obrazy w głowie jak na wystrzał biegną po bieżni wspomnień na metę, gdzie złączą się w jedno. Chyba nie chcecie przespać tego co było potem, a właściwie przedtem?

 

 *****

 

 Świt ujrzałem wczesnym rankiem. Zaglądał do mojego pokoju przez wyrwę w ścianie wielkości dorosłego mężczyzny. Kłębiaste zaprzęgi chmur sunęły po niebie w zwartej formacji co i rusz odsłaniając i przysłaniając budzące się do kolejnej wędrówki słońce. Zwyczajny dzień. No prawie. Miało być wesele. Zjawisko wyjątkowe w naszej społeczności. Nie pamiętam podobnego, jak żyję, a kiedy układam te puzzle pamięci w całość, dobijam do trzydziestki. Kiedy świat zmienił się w nieprzychylne wszelkiemu ludzkiemu stworzeniu gruzowisko, ocalali przewartościowali priorytety. Wszystko, co mogło narazić ich na bezproduktywną utratę niknącego w biedzie dobra, zniknęło. Z opowieści najstarszych mieszkańców wywnioskowałem, podobnie jak inni, że wesela były zwykłym rozdawnictwem żywności i wyłudzaniem pod pretekstem tradycji i dobrych manier podarków od przybyłych gości. Wszystko maskowane dobrą zabawą od zmierzchu do świtu. Każdy z nas, dopiero wkraczających w ten spopielany świat, bachorów zdefiniował jednakowo te opowieści.

 Kiedy usłyszałem, że szykuje się pierwsze od półwiecza wesele, nie wiedziałem co myśleć. Sprzeczne emocje kotłowały się w głowie jak tumany kurzu po walących się budynkach. Zaraz po tym przyszły wieści że każdy z naszej społeczności jest zaproszony. Tamtego dnia miałem pierwszą wartę na strażnicy południowej. Skupiłem na tym wszystkie myśli, był późny poranek. Mieszkałem w ruinach kamienicy na drugim piętrze. Nie wiązałem końca z końcem, jako syn szanowanego strażnika. Niejako odziedziczyłem po nim tę funkcję. Ojciec nie żyje od piętnastu lat i właściwie nie mam z nim wielu wspomnieć. Żył pracą, swoją życiową powinnością. W domu bywał rzadko. Nie mieliśmy czasu poznać się nawzajem. Podobno zabiła go choroba, na którą w dawnych czasach mówiono rak. Nie wyglądał, jakby cierpiał. Rak zaatakował nagle i szybko rozbroił Simozora Gaana.

 Kiedy dotarłem do strażnicy, wesele nie było już przewodnikiem w moich myślach. Skupiłem się na tym, do czego mnie wyszkolono – na sterczeniu przez bite pięć godzin i obserwowaniu okolicy. Nasza społeczność od dekad mieszkała w centrum opustoszałego miasta. Pomiędzy ruinami budynków nie raz dochodziło do krwawych rabunków. Nomadzi – wędrowcy z południa, zapuszczali się coraz śmielej w nasze tereny. Jako lud koczowniczy nie mieli stałej bazy, co tylko utrudniało wybicie ich w pień i powstrzymanie raz na zawsze fali kradzieży. Na strażnicy nie doskwierała ci samotność, choć spędzałeś ten czas tylko z własnymi myślami. Właściwie, dla mnie, był to okres, w którym czułem się najlepiej. Kiedy zaś moja warta dobiegała końca, myśl, że będę musiał znowu założyć maskę szlachetnego, zawsze otwartego potomka Simozora, doskwierała jak palące wrzody czarnej śmierci.

 

 ****

 

 — Nie znam innego popaprańca, który idzie tam z przymusu!— powiedział Raner, gdy zmienialiśmy wartę. — Ja pewnie się spóźnię, ale i tak najlepsza część mnie nie ominie.

 Zachowywał się, jakby co najmniej rozdawali tam darmowe mięso. Zapomniał, że wstęp na wesele mieli tylko ci, którzy przynieśli ze sobą odpowiedni podarek. Kubki, łyżki, zestawy do szycia służące rodzinom od pokoleń. Przejdą w ręce dwóch osób, które zrobią z nich użytek i staną się poważani jak nigdy dotąd.

 — A ja znam wielu kretynów, którzy...

 — Nie kończ! — warknął zupełnie szczerze przepełniony zawodem i żalem.

 — Będą ustawieni do trzeciego, może czwartego pokolenia. Dzięki nam.

 — Najedz się do syta, durniu. I zabierz jedzenie ze sobą. Każdy tak będzie robił. Zresztą... warta zaczyna się za pięć minut. Rób, jak uważasz, ale nie chlap jęzorem zbyt głośno. Twój staruszek powoli wypada z pamięci innych. Taryfa ulgowa się skończy, zanim zdążysz to zauważyć.

 Szczerze, nie wiedziałem co o tym myśleć. Nigdy nie zazdrościł mi, że mój ojciec był kimś dobrze ustawionym w hierarchii w przeciwieństwie do jego staruszka – zwykłego kupca, jak ich wielu.

 Mówili na mnie Księgowy. Czas przeszły jest jak najbardziej na miejscu. W miejscu, gdzie teraz siedzę, większość nawet nie zna mojego imienia. Przezwisko miało silny związek z moją matką. Była kobietą uczoną. Potrafiła czytać i pisać. Zajmowała się kronikarstwem. Spisywała nowe i przepisywała stare historie naszych przodków. Można by uznać, że w świecie, który zaistniał na zgliszczach poprzedniego, takie praktyki są zbędne. Matka jednak usilnie wierzyła, że jest to podstawa zachowania pamięci o naszych czasach i czasach minionych. Nie słuchałem nigdy za dobrze jej wywodów na ten temat, ale przynajmniej w wieku pięciu lat umiałem już pisać i czytać. Ta rzadka umiejętność sprawiła, że wśród znajomych rodziców zyskałem przezwisko – Księgowy. Nigdy nie lubiłem czytać i mam wrażenie, że powoli tracę tę zdolność. Choć prawdopodobnie, nigdy mi się ona już nie przyda.

 

 ****

 Godzinę przed byłem już gotowy. W starym kufrze po moich dziadkach i zapewne pradziadkach trzymałem coś, co kiedyś nazywano marynarką. Według opowieści dziadka, należała do jego dziadka, który żył w czasach poprzedniego świata. Pasowała prawie jak ulał, choć nosiła ślady zużycia. Była jednak jedynym ubraniem w mojej skromnej garderobie, które wpisywało się w dawną tradycję ubioru weselnego.

 Na ulicy panowała pustka. Wszyscy krzątali się w swoich mieszkaniach, przygotowywali podarki. Zadecydowałem, że moim będzie pęk drutu, znaleziony kilka lat temu podczas wyprawy na zachód, poza granice miasta. Domy były tam rozrzucone pomiędzy zaroślami. Mówiono na to wsie i właśnie w jednej z takich wsi zalazłem mój prezent. Nie miałem ochoty się go pozbywać, ale ogarniał mnie blady strach, gdy pomyślałem o wygnaniu ze społeczności, za ten akt przeciwstawienia się reanimowanej bez sensu tradycji.

 — Matka oddała swój jedyny garnek. Powiedziała, że znajdzie jakiś, a ja muszę coś mieć — rzekł Leonard, gdy szliśmy razem.

 — Nie będzie jej?

 — Nie. Jest chora. Od tygodnia leży w łóżku.

 Zacisnąłem zęby. Głupia baba. Oddała swój jedyny garnek w imię czego? Podlizania się zaślubionym? Pokazania syna na jedną noc w jak najlepszym świetle? Paranoja.

 Zmierzaliśmy na miejsce uroczystości wąską ulicą pomiędzy gruzowiskami szpitala i dużego budynku zwanego galerią handlową. Jeszcze rok temu jej strop był w dobrym stanie, ale kilka dni wcześniej niespodziewania się zawalił. Pogrzebał dwóch szperaczy, którzy przeszukiwali piwnice, które odgruzowali niewiele wcześniej. Miały tam się znajdować dobrze zakonserwowane zapasy żywności.

 — Jak myślisz, co to będzie? — zapytał Leonard z dziwnym podnieceniem, podobnym do tego u Ranera.

 — Nie mam pojęcia. To podobno pierwsze wesele od pięćdziesięciu lat.

 Tak naprawdę mniej więcej wiedziałem, na co się pisze. I nic z opcji, które widziałem w myślach, nie napawało mnie optymizmem.

 

 ****

 

 Zaczęło się zwyczajnie. Od wręczenia prezentów. Zaślubieni przybyli ze świątyni, w której odbyła się uroczysta ceremonia. Stanąłem w kolejce jak każdy. Człapałem za swoim sąsiadem, który trzymał w dłoniach stary, metalowy kubek. Kiedy przyszła jego kolej, wręczył go pannie młodej. Ta, spojrzała na niego i prychnęła z obrzydzeniem. Ludzie wbili wzrok w mężczyznę, który palił się ze wstydu żywym ogniem. Odszedł na bok, mając na plecach te same, pełne pogardy spojrzenia. Mój podarek bardziej przypadł im do gustu, szczególnie męskiej części tej dwójki. Facet, którego imienia nie pamiętałem, był zaskoczony i szczerze uścisnął mi dłoń. Gdy schodziłem na bok, goście spoglądali na mnie neutralnie, bez większego zainteresowania.

 — Dziękujemy wam, za wszystkie podarki. Z wyjątkiem niektórych, są wspaniałe i pożyteczne. Teraz to my odwdzięczymy się za waszą hojność. Bawcie się i jedzcie do syta — powiedziała panna młoda, zapraszając do stołów rozstawionych przy restauracji Piekło – jedynej w mieście, która posiadała czytelny szyld.

 Dania? W naszym świecie nie znamy tego słowa. Jadło rozłożone było na połamanych talerzach, a w większości na plastikowych podkładkach. Głównie chleb z dodatkami i mięso w jednej formie – ugotowane lub upieczone i pokrojone w kawałki. Goście zajadali się, a ja wraz z nimi. W naszym menu codziennym mięso pojawiało się tylko kilka razy w miesiącu i nawet strażnik, syn szanowanego Simozora nie miał w tej kwestii większych przywilejów.

 

 ****

 

 Gdzie trafiłem? Zadaje sobie to pytanie, odkąd snuję tę opowieść. Ciągle jest ciemno, a ja siedzę obok tych samych, przerażonych twarzy. Patrzą na mnie i na siebie nawzajem. Mierzą wzrokiem, szukają nadziei. Kiedy to się zaczęło? Kiedy goście bawili się tańcząc i śpiewając, nic nie zapowiadało, że za chwilę ich roześmiane twarze nawiedzą grymasy bólu, strachu i cierpienia.

 W pierwszej kolejności ktoś krzyknął.

 — Patrzcie w niebo! — zawył donośnie ponad wszelkie inne głosy. Jakby mieli to usłyszeć.

 Na tle błękitu pojawiła się duża bryła, która każdą kolejną sekundą rosła, aż w końcu przybrała postać olbrzymiego rombu. Zawisła nad miastem bezgłośnie. Goście ucichli. Każdy przyglądał się owej tajemniczej bryle. Panika wybuchła, dopiero gdy z lewitującego rombu wystrzeliła smuga światła. Kiedy zetknęła się z ziemią, na naszych oczach jakby z wnętrza planety wyrósł olbrzym. Swoją wielkością przewyższał wszystkie budynki w mieście. Każdy jego krok wyzwalał potężny wstrząs. Był zapalnikiem. Ludzie rozproszyli się po okolicy. Zapanował chaos. Ja stałem jak wryty. Przyglądałem się istocie koloru krwi o dziwnych szkarłatnych ślepiach podążającej ku nam. Co było potem? Zostałem zdeptany i trafiłem w zaświaty. Nie wydaje mi się. Nie ja. I nie Leonard. Widziałem, jak wbiega do podziemi jednego z budynków. Tam znajdował się schron. Ci, którzy nie stracili rozumu, podążali za nim. Reszta, ogarnięta jedynie strachem biegała wszędzie, krzyczała, jakby zapraszając stwora, żeby ich zdeptał na początku. Potem straciłem wzrok. Jakby ktoś oślepił mnie za pomocą zaklęcia. Inni doświadczyli podobnego uczucia. Jeden pstryk i widzisz tylko ciemność. Wpadłem na kogoś. Albo on na mnie. Ból w skroniach przejał dowodzenie. Reszta była tylko mgławicą zatartych strachem strzępów.

 Teraz siedzę obok ludzi, którzy przeżyli. Jest ciasno, ale czuję, że odzyskałem wzrok. Wrzucili nas do kontenera? Na zewnątrz słychać dziwne szemrania. Ludzie zaczynają szeptać. Wszyscy są zgodnie, że to Marsjanie. Na światło wychodzą niestworzone historie praprzodków. Ktoś coś słyszał, ktoś inny widział Marsjan na własne oczy, jak penetrowali inne miasta, oddalone od naszego, w poszukiwaniu ludzi. Padają hipotezy na nasz dalszy los. Rosół z ludzi? Może zwykła potrawka? Sałatka. Oni są szczupli, jedzą zdrowo.

 

 ****

 

 Gdy otwiera się właz u góry, światło słońca ogrzewa moją twarz. Inni kulą się przy ścianach. Spogląda na nas sylwetka nie z tej planety. Dziwna, niepodobna do człowieka, ale mająca z nim kilka cech wspólnych. Wszystko trwa raptem kilka sekund i znowu zapanowuje ciemność. Czy tak wyglądają zaświaty? Naprawdę zostałem zdeptany? A może to tylko kolejny koszmar, z którego obudzę się na strażnicy i stracę robotę za lenistwo w czasie warty?

11439 zzs

Liczba ocen: 5
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *marok
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 43

Dodano: 2021-10-10 00:20:33
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Hej!

"Z opowieści najstarszych mieszkańców wywnioskowałem, podobnie jak inni, że wesela były zwykłym rozdawnictwem żywności i wyłudzaniem pod pretekstem tradycji i dobrych manier podarków od przybyłych gości." - coś w tym jest...

Hmmm, hmmm, chyba mi czegoś tu brakuje. Wszystko tak szybko się zakończyło. Zbyt szybko jak na mój gust.

Mimo to... od początku wiedziałam, że coś tu musiało pójść nie tak. Więc siedziałam i czekałam, tylko problem w tym, że się nie doczekałam. Teraz czuję się trochę jak główny bohater. Wyrwana z kontekstu i może jest to wina zmęczenia, ale mam wrażenie, że to nie do końca wszystko, co chciałeś napisać, ale złapał cię limit zzs i musiałeś to wszystko tak uciąć.

Pa!
M.
Odpowiedz
*marok 17 d.
MHSchaefer dzięki. Raczej nie gonił mnie limit. Po prostu tak miało być
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału
Odpowiedz
*Canulas 16 d.
z wykopem
Jest kilka literówek, ale jestem zadowolony z tego, że ewidentnie wyszedłeś poza zwyczajowy obręb śmieszkowania i czasami tkania dla samego tkania.
Uderzyłeś w inne tony.
Poszerzasz zakres.
To rokujące.
Odpowiedz
*marok 16 d.
Canulas no tym razem trochę kosztem punktu bo jak na złość dostałem śmieszkowy efekt. Śmieszki będą też, ale w bizarro
Odpowiedz
Hej, hej,

fajny klimacik, takie postapo połączone z utyskiwaniem na tradycję, co jest bardzo współczesne. Trochę zabrakło mi napięcia, może także emocji związanych z bohatermi - no dobra, wpadli Marsjanie, ale nie wiem, skąd się wzięli, dlaczego przylecieli, nie miałem okazji bać się ich przylotu, albo bać się o bahaterów, którzy zostaną za chwilę porwani. No i ci bohaterowie, żebym o nich się bał, musiałbym ich lubić, lub z nimi utożsamiać - a nie bardzo mi się to udało. Może to ja

Pozdrawiam ciepło!
Odpowiedz
*marok 16 d.
KluczDoPiwnicy No zabrakło znaków w tym wypadku. Pomysł raczej na coś długiego
Odpowiedz
~Zdzislav 15 d.
z wykopem
Ciekawe podejście do postapo. To generalnie już mocno wyeksploatowany gatunek, ale jak udowodniłeś, nadal można podejść do niego z innej, oryginalnej perspektywy. Za to duży plus. Jednak, gdy metodą "deus ex machina" pojawili się kosmici, nie mogłem oprzeć się skojarzeniom z "Wojną światów" i w sumie do końca miałem ten obraz przed oczami. Sam nie wiem, czy to dobrze, czy niedobrze. W każdym razie, napisane sprawnie, pomysł z weselem, a w szerszej perspektywie - z odradzającymi się obyczajami, fajny. Dobrze się czytało.
Odpowiedz
*marok 14 d.
Zdzislav dzięki, no trza uznać że kosmici to już tak mają, nie ma ich i nagle bach - są
Odpowiedz
~Zdzislav 13 d.
marok, he, he, w sumie racja Nie wiem, dlaczego nie wziąłem tego pod uwagę
Odpowiedz
!CptUgluk 15 d.
"W półmroku przede mną wyłania się postać." - dałbym "z półmroku".
"zwykłego kupca, jak ich wielu." - chyba "jakich" powinno być
"Zostałem zdeptany i trafiłem w zaświaty. Nie wydaje mi się. Nie ja." - czy w drugim zdaniu nie powinno być przecinka, tzn. "Nie, wydaje mi się"?
Lubię Twoje metafory, Maroku. Są celne i ładnie wzbogacają tekst. Historia też ciekawa. Takie leniwe, nostalgiczne post-apo z zaskakującą, tajemniczą końcówką.
Trochę baboli literówkowych do poprawy, ale poza tym miła lektura Pozdro!
Odpowiedz
*marok 14 d.
CptUgluk no leniwe na pewno. Nawet mam trochę do siebie żal że za leniwe, przydałoby się może więcej akcji, ale poeksperymentowałem trochę, żeby coś nowego dać od siebie
Odpowiedz
!CptUgluk 14 d.
marok Że leniwe, to nie znaczy, że złe. Nie każde opko musi gnać na złamanie karku. A że poeksperymentowałeś - bardzo dobrze. Sam czasem robiłem eksperymenty na różnych TW
Odpowiedz
~justyska 14 d.
z wykopem
Hej Marok bardzo przyjemne opowiadanie. Niby poważne, ale gdzieś z nutka humoru i dobrze napisane. Kilka literówek gdzieś się zaplatało.
Tak w związku z weselem pomyślałam, że
przysłowiowe "zastaw się, a postaw się" najwyraźniej zostanie z nami nawet po zagładzie
Pozdrawiam!
Odpowiedz
*marok 14 d.
justyska dzięki bardzo. Humorek zawsze w cenie, nawet lekki
Odpowiedz
~pkropka 13 d.
Zbudowałeś fajny klimat postapo, ale końcówka jak dla mnie za szybka. Też się pogubiłam co, jak i dlaczego.
Odpowiedz
~Adelajda 11 d.
z dużym wykopem
"Niejako odziedziczyłem po nim tę funkcję. Ojciec nie żyje od piętnastu lat i właściwie nie mam z nim wielu wspomnieć' - wspomnień

No powiem ci, że naprawdę zgrabne opko, miałeś moją uwagę w 99%. Fajny motyw z tym weselem.
Odpowiedz
z wykopem
Dobre wyjaśnienie na czym polegają wesela haha 😂 i ten tekst panny młodej mnie rozwalił "Dziękujemy wam, za wszystkie podarki. Z wyjątkiem niektórych". Wszystko ładnie pięknie, aż tu nagle pojawiają się Marsjanie, a ja zaczynam się zastanawiać, czy nie przesadziłam z drinkowaniem xD. Coś nie załapałam, albo mózg mi już spowalnia na wieczór, albo nie wiem co tu się wydarzyło ale ogólnie odbiór jak najbardziej pozytywny nudy to tu nie uraczysz
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.