online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Topa Kompolti (2z4)
<
Zimowe zbiory
>
Praca Wyróżniona

Opis:

Zaanektowany, przerobiony i rozwinięty stary tekst — niektórzy mogli czytać. TW to jedyna szansa, by takie starocie dopłynęły do ciepłego portu swej ostatniej kropki

Tagi: #wampir #archaizacja #horror

TW#-02 — Topa Kompolti (1z4)

 

 Postać: Wampir-Prezydent

 Zdarzenie: Tortury

 Efekt: Bohater robi coś, czego wstydzi się przez całe opowiadanie

 

 

 Hej, Średniowzgórze. Hej, Karpaty władne.

 Kark ku wam schylam. Dla was też upadnę.

 Chwała wam szczyty. Dynarskie bezdroża.

 Góry Zepleńskie w tym kraju bez morza.

 Cześć ci, Dunajcu. Porywisty, lichy.

 Kraju Zadunajski. Panońskie rozkwity.

 O międzyrzeczu pięknej naszej Cisy.

 Bukowe Zbocza bez uszczerbku rysy.

 Wam daję siebie, bo na zawsze z wami.

 Trup mój przykryty zasłon aluwiami.

 

 

 Zima.

 Na północ, patrząc od strony wielkiej Niziny Węgierskiej, a z kolei na wschód, spoglądając od pogórza Cserhát, rozciąga się Mátra – pasmo zdradliwych turystycznie gór. Wiosną pozimowe ślizgawice są przyczyną niejednego strzaskanego karku. Kominy, tuleje, rękawy, czy w końcu szczelinne rynny, czyli pokryte cienką warstwą śniegu górskie dziury, stają się grobem dla niejednego pechowego zielarza, nierozsądnego przepatrywacza czy nawet zaprawionego w bojach myśliwego. Na domiar wszelakich nieszczęść strzelistość bukowych lasów o nader wczesnej porze dnia zasłania słońce, czyniąc noce dłuższymi niż zazwyczaj, zaś podróż niebezpieczniejszą. A jakby i tego było mało, półtora dnia pieszej drogi za niebieską górą Kékes rozpościerają się tak zwane Papierowe Ziemie – ponad dwudziestokilometrowy łańcuch naszpikowany niebezpiecznymi wzniesieniami. Na obszarze tym z nie do końca ustalonych przyczyn gleba dużo gorzej odbija słoneczne światło, zdradliwe niebo pęka od nachmurzeń, a zimą nawet biel śnieżnych czap nie jest w stanie rozwidnić otoczenia. Ciągle jest ono mocno przydymione, ciemne i nad wyraz gęsto osmolone, choć głównie w pozazmysłowym odczuwaniu. W węchu czy choćby smaku często dymnej szadzi nie uświadczysz. Lokalni utkali nawet dla tego niepokojącego wrażenia porzekadło. "Nie nosem i nie językiem: Papierowe Ziemie tylko na trzecim oku obejść dasz".

 I to właśnie zaraz po wkroczeniu na tereny Papierowych Ziem feralnie nastąpnięta dziura zabrała grupie mapnika, niejakiego Ferdidiego-Doce, a jako że po Ultanie Paszy, który uległ dni temu kilka śmiertelnemu zatruciu, ukradkiem skonsumowawszy przeznaczoną na wabiki zielno-kożuchową kiełbasę, z początkowej dziewiątki dzielnych ludzi kompania stopniała do zaledwie czterech umęczonych mężczyzn, to jest: Pomysłodawcy i organizatora, Hrabiego Pavla Szandora; Jego hulaszczo usposobionego do życia syna, Gabora Surtaia Szandora; starszego przewodnika Fahara oraz olbrzymiego najemnika Gerszacha, na którego wszyscy wołali Strach. Trójka innych, jeszcze na bardzo wstępnym etapie wymarszu, nie mogąc dogadać płatności, zawróciła ku uciechom naddunajskich tawern.

 — Requiem aeternam — rzucił bez zbędnego rozżalenia Pavel Szandor, przystając nad czernią dziury, której bezdeń ledwie co zwracała wkrzyknięte doń echo. — Dona ei domine. Światło ci, panie Doce.

 — Amen — mruknął przewodnik, pomimo prawie dwudziestostopniowego mrozu ściągając futrzaną czapę z łysej głowy.

 — Już go diabły obracają w tańcu — wtrącił bardzo wylęknionym głosem gigant Strach. — Mapy są?

 Pan hrabia, a także sponsor i zarazem jeden z trójki sędziów w sprawie Baltazara Topy z rodziny Kompoltich orzekających, klepnął pazuchę szytego na miarę futra z owczej wełny.

 — Bezpieczne w ciepłocie serca. Glejty, listy i mapy, panie Strach. Wszystko ocalone. Poleciał jedynie dziennik opisujący.

 — I sporo żarcia — dodała trzy zgniłe grosze chudsza i młodsza wersja Pana Pavla. Czerwony nos opoja wystawał spod bawełnianego szala, który nieco wytłumił gniewny syk. Widać jednak było pretensje w czarnych paciorkach oskarżycielsko spoglądających oczu.

 — Nie tak znowu dużo — wytonował zachmurzenie ojciec. — Namodliliście się?

 Odpowiedziały mu dwa nieznaczne skinienia i jeden beznamiętnie wlepiony w dal wzrok. Pavel Szandor, nieco podupadły majątkowo, ale wciąż szanowany potomek możnowładców zadunajskich, nakazał grupie iść dalej. Biegły do końca nie był, ale – jeśli ufać temu nieszczęsnemu kartografowi – do ruin zamku w Markaz mieli mniej więcej dzień drogi.

 

 ***

 Na pitkę i dojedzenie zacumowali pod nadszczerbionymi głazami dużych skał. Przestrzelone od wiatru żłobienia lizały karki wręcz piekącym zimnem. Tutejszy dziki wiatr z prawdziwą gracją i najwyraźniej bez trudu omijał fortyfikacje śnieżnych ścian, jakimi przedłużyli nazbyt płytką wnękę, wślizgując się pod kapoty i w kalesony. Nad małym szczenięcym ogniem wzlatywał dym. W cynowym kociołku bąblowała gotowana woda. Wódka ze śnieżną roztopiną w sobie zbliżonych proporcjach stała im pomysłem odpowiednim.

 Rozmawiali.

 — Sorpiaca Bielli ją zwali i była kurwą spod mostu. Zwyczajną taką. Choć raczej zwyczajną to i może nie. Szła nie tylko za miedziakowy pobrzęk, ale i czasem za jadło czy noc pod dachem. Dobra kobieta, choć kurwa.

 Młody Szandor szarpał w ciszy zasuszone mięso, ogrzewając napuchnięte dłonie o miedziany kubek. Człek zwyczajny pewnie zaniósłby się krzykiem od gorąca, lecz Gaborowi często puchły ręce albo, najczęściej rankiem, odbierało czucie w obu stopach. Ochuchiwał więc kuban w zamyśleniu i dojadał porcję wołowiny. Przewodnik Fahar wsparty o skalną ścianę czyścił ze szronu rozklekotany karabin, model Gawehr98. Na dialogowym placu pozostał tylko pan Pavel, któremu nie w smak były gawędy o wiejskich dziewkach. Spotkał jednak skupiony na sobie wzrok i z politowania dla rozmówcy oraz szacunku dla wspólnego trudu spytał:

 — Byłeś z nią?

 Rosły najemnik otworzył usta w podziurawionym dla tych wspomnień, pełnogębowym uśmiechu. Oczy zasrebrzyły esencją miłych chwil, które, sądząc po oszramionej twarzy, musiały być zaledwie kroplą w morzu jego pełnego trudów życia.

 — Abo to raz, jaśnie panie sędzio. — Monstrualne dłonie znalazły się w klaśnięciu. — Abo to raz.

 Szła do nich noc. Wręcz biegła im na spotkanie. Trzeba było szybko podjąć decyzję. Idziemy czy zostajemy. Organizator wyprawy zwrócił oczy ku milczącemu mężczyźnie w średnim wieku, który – gdyby osiodłać w wierze galopujące plotki – przeżył ponoć dwukrotnie lodowy oddech Burana.

 — Panie Fahar? — spytał.

 Starszy przewodnik zebrał się do drogi. Strach bez słowa zabrał kocioł z badylej gałęzi, zadeptując lichy ogień butem.

 

 

 Wojownik zgładził ostatniego wroga. Wprawne cięcie. Śmierć.

 Cel zawierało dążenie. Przekroczenie mety wymazywało start.

 Pustka.

 Ostatnie cięcie przyniosło śmierć obu.

 

 

 Wędrowali w otępieniu, głównie poboczami ośnieżonych dolin. Jeden za drugim, gęsiego. Fahar szedł pierwszy, niosąc przed sobą miniaturową latarnię, jaką można spotkać w każdym większym naddunajskim porcie. Tej nocy gwiezdny teatr nie zapewnił należytej widowni i na niebie świeciło raptem kilka gwiazd, więc to właśnie dyndający półokrąg bladego światła był ostatnią nadzieją na cofnięcie feralnego kroku. Niesiony wiatrem puch doziębiał ciała, kładąc się białym szronem na ubraniach.

 Rozmów nie prowadzili, każdy poświęcał resztki uwagi temu, by trafić w ślady idącego przed sobą. To opóźniało zmęczenie. Plecy kompana idącego z przodu dodatkowo ochraniały przed wiatrem.

 — Buran zapieka — zagderał nagle ten idący z tyłu. Buchnęła para z popękanych ust. Tylko dwa krótkie słowa, lecz starczyło. Podlane lamentem dezerterskie ziarna wątpliwości poszybowały do serc i do rozumów.

 Nikt nic nie rzekł.

  — Darcie butów tym łożyskiem śnieżnym, to fatalny pomysł — kontynuował Strach. — Trza nam iść drzewami. Może Julki* przyjazne coś by obdzieliły zapasami.

 Pavel Szandor wymienił spojrzenie z synem. Młodszy, złośliwie-bystry, chęć miał na przystąpienie do dialogu, ale czekał przyzwolenia ojca. Nie chciał, lecz szanował.

 Cisza. Sto kolejnych kroków łagodnym zboczem w dół. Potem kolejne sto. Wszystko pod silny wiatr w lepkim śniegu do połowy uda. Matowy świat bezbarwnych konturów. Ciemno.

  — Mówiłem, że powinniśmy lasami.

 Tym razem najemnik nie krył warczenia w głosie. Przeciwnie. Wzmocnił je. Przewodnik odwrócił głowę i odstawił lampę. Hrabia położył zmarzniętą dłoń na tym, na czym kładzie się dłoń w takich momentach.

  — Wyznajesz się pan na tych stronach, panie Strach?

 Czwórka mężczyzn przystanęła półkolem. Szczelnie skryte pod szalami usta. Oczy ledwie wystające spod zimowych czap. Nie bardzo wiadomo kto i przeciw komu. Nie bardzo wiadomo po co. Może początek szału? Zimowa gorączka śnieżna? Może podszepty jakich diablich skomleń? Może wszystko. Może również nic.

 — Mówię tylko, że może jakie Julki...

 — Srulki! Zara biadolić zaczniesz, że jeszcze Jarchuka** mieć tu powinniśmy. Gadać jak własny dziad. Trzeba nam iść, a nie pierdzieć o tym i owamtym. Markaz blisko. Topa Kompolti blisko. Pójdziemy dobrze, dojdziemy go ranem. Dobra pora. Będzie wtedy spał.

 Ozwany Strachem wyższy przynajmniej o półtorej głowy, lecz nie było tego teraz widać. Zagrzebał nogą w śniegu niczym wielka filuterna dzierlatka przed kłosowym tańcem końca lata. Gdy przemówił, grzmoto-brzmiący głos wytracał już z mocy.

 — To choćby kwadrans złapmy, panie Fahar. Okopmy padół ścianami, dobrze zjedzmy. Dechniemy ździebko, a i buran wtenczas może puści.

 Przewodnik dźwignął odstawioną lampę. Odwrócił się. Hrabia odpuścił spust. Kurek antycznego rewolweru z kliknięciem wrócił do bezpiecznej pozycji początkowej. Ruszyli przed siebie dalej.

 — Drzewiej — Fahar zwolnił, by lepiej go usłyszano — tak ze sto pięćdziesiąt lat jakoś będzie, ludzie rzęsę leskową żarli pomieszaną ze słomianą sieczką. Całość, jak kto mógł i czy majętny był, dla zabicia smaku krwią bydlęcą skraplał, a i tak zumierali dziesiątkami. I wtedy, panie Strach... Wtedy to się zgodzę. Bywały wówczas burany. Oj, bywały. Prawdziwe, zimne, porywiste wiatry. A czasem działo się tak, że, jak jakiś pijak wyjął do szczania chuja, to mu ten chuj wziął i w ręku umarzł. Rozumiesz pan? A to, co tutaj mamy, to nie żaden buran, a zwyczajny przedzimowy wiatr. Skończże więc z łaski swojej siać zamęt. Oszczędzaj siły na Topę. Dojdziemy go nad ranem, psiego syna. Zarżniemy, gdy będzie spał.

 — My go albo on nas — mruknął młodszy z hrabiów, nie bardziej niż na pół gęby. — My go albo on nas — powtórzył w myślach.

 

10061 zzs

Liczba ocen: 9
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 74

Folder: Topa Kompolti
Dodano: 2021-10-10 20:55:13
Komentarze.
*Canulas 17 d.
Zgłaszam, że efekt nie wybrzmiewa w pierwszej części, więc należy uznać, że kwestia efektu nie została dopełniona.
Odpowiedz
z wykopem
Hej!

Chyba masz złą kategorię. Przydałoby się ją zmienić na "Trening wyobraźni"
Całkiem to przyjemne i niewykluczone, że do pozostałych trzech części również zajrzę, jak się ukażą.

Pa!

M.
Odpowiedz
*Canulas 17 d.
MHSchaefer Jezuuu, racjaa
Odpowiedz
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału
Odpowiedz
!CptUgluk 15 d.
Niesamowicie klimatycznie, panie Canulasie. Czuć zimno, czuć trud wędrówki. Jak dasz część dalszą, to chętnie zerknę, jak sobie ekipa poradziła. Bo domyślam się, że zarówno efekt, jak i zestaw podstawowy wybrzmiewają pełniej w kontynuacji?
Tak czy siak naprawdę miło się czytało. Dopracowane do granic, research srogi. Lux.
Jedna uwaga: "Mówiłem, że powinniśmy lasami." jest surowe, nie ma pauzy dialogowej. Czy tak miało być, czy to tylko niedopatrzenie? Podobnie później pytanie do pana Stracha - ta sama sytuacja.
Pozdro!
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
CptUgluk zaraz obadam. Możliwe, że babol.
Dzięki za wejrzenie
Odpowiedz
*Canulas 14 d.
CptUgluk poprawiłem, to faktycznie niedopatrzenie było

Odpowiedz
!CptUgluk 14 d.
Canulas spox! Uglucze oko wyłapało. Ugloko
Odpowiedz
~sensol 15 d.
czy to już kiedyś było? albo podobne.. tak.. zimno aż do kości przenika, bardzo obrazowe opisy. Hłasko pisał równie wyraziście - tyle że o upale w Izraelu. akcja się dopiero rozkręca, więc trudno coś więcej dodać. zobaczym, co będzie dalej.
Odpowiedz
~sensol 15 d.
o sorry.... ja zwykle zauważyłem objaśnienie po fakcie. a więc nie myliłem się. było
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
sensol jak wiele u mnie. Słomiany zapał zagnal mnie do napisania jednej, dwóch scen i gówno. Tw daje możliwość wykończenia, jeśli podejdzie zestaw. To znaczy dawało, bo z tego, co wiem od nowej kolejki żadnych bocznych wejść ma nie być. Ani dzielenia, ani staroci. Będę cierpiał, ale nie sposób przyznać, że to uczciwe
Odpowiedz
~sensol 15 d.
Canulas ano tak średnio uczciwe. Czyli wezmą się za nas. Aha i dzięki za zestaw. Napędził mnie do działania
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
sensol taaa, wezmą i dobrze.
Odpowiedz
~Zdzislav 15 d.
z dużym wykopem
Kurczę, ależ Ty dobrze piszesz! W Twoich tekstach najbardziej lubię to, że fabuła mi nie przeszkadza Jesteś mistrzem słowa i to ono, doszlifowane z artystyczną precyzją, wysuwa się zawsze na pierwszy plan. Nie inaczej jest tym razem. Great!
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
Zdzislav o kurde zrobiłeś mi, nie tyle dzisiejszy dzień, choć też, co wczorajszy wieczór. Energetycznego kopa pod pisanie 🙃
Pani od polskiego zawsze mawiała: zdolny, ale leń. - tylko bez pierwszego słowa 🤷🏻‍♂️
Odpowiedz
~justyska 14 d.
z dużym wykopem
Dzień dobry. Jestem pod wrażeniem użytego języka, naprawdę WoW i tak spójnie, pięknie płynie z całkowitą konsekwencją. No i zima w górach... lubię.
Gratki, świetna praca!
Odpowiedz
*Canulas 13 d.
justyska dziękuję Ci za wizytę
Odpowiedz
~jotka 13 d.
Nie moja bajka niestety taka stylizacja, ale przeczytałam, bo o zimie lubię bardzo .
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
jotka dzięki madame
Odpowiedz
z dużym wykopem
No to ,,kopareczka,, mi opadła....Wchlaniam bez wysiłku umyslowego ! To mi się podoba - nie muszę myślami szukać odpowiedników ..tylko czytam i zagłębiam się aż szron dotyka mych włośów....Bravo !!!
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Krisbendi super! Cieszę się. Thanks
Odpowiedz
Brak czasu powoduje........... Postaram się poprawić . Pozdrawiam.
Odpowiedz
~Karawan 11 d.
z dużym wykopem
Nastrój? Jest! Ciekawość? Wzbudzona! Czego chcieć więcej? Ciągu dalszego!!
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Karawan dzięki mesje Trupowozie. Właśnie siadam
Odpowiedz
Canulas Poczytam. Dziękuję
Odpowiedz
~Adelajda 11 d.
z dużym wykopem
No, góry, zima, klimat, dobre panie Can, samo dobre
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
Adelajda dziękować

Odpowiedz
z dużym wykopem
Hej, hej,

troszkę przypomina mi ta historia Stasiuka, troszkę "Białą gorączkę" Jacka Hugo Badera. Klimatyczne bardzo i też, pomimo skojarzeń, z pewnością Twoje, bo w oryginalny sposób budujesz narrację i dialogi. Podobało mi się :0
Odpowiedz
*Canulas 11 d.
KluczDoPiwnicy ło Paneee, jakie porównania. Stasiuk to dla mnie przede wszystkim Mury Hebronu, choć nie tylko. No a Białą Gorączkę bardzo lubię. Chyba najlepsza dla mnie H. Badera, choć ze trzy wciąż czekają.
Dziękować.
Odpowiedz
Bardzo klimatyczny tekst . Podczas czytania można się przenieść w wykreowany przez Ciebie świat.
Odpowiedz
MagdalenaElJot dziękuję pięknie.
(sorry, że teraz odpisuję, ale uciekł mi koment)
Odpowiedz
z dużym wykopem
Zainteresowałeś mnie
Gratki
Odpowiedz
behemot48 kłaniam się 🙃
Odpowiedz
z dużym wykopem
Jeszcze nie czytałem … ( nadrobię jak zrobię zakładki….. Gratulacje Rafał
Odpowiedz
jacek79 spoczi😏
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.