online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
TW#1 – Dobry człowiek
>

Opis:

Typowy kolanowy tekst – i tak sukces, że w ogóle powstał – także bardziej jako ciekawostka niż pełnoprawne opowiadanie.

TW#2 – W imię nauki

 Postać: Seksowna bestia

 Zdarzenie: Ostatni łyk Martini

 Efekt: "Tam, gdzie wszystko się zaczęło" - akcja zarówno początku i końca opowiadania dzieje się w tym samym miejscu

 

 Weszh-ha-Hritt aktywowała filtr przeciwsłoneczny w precyzyjnie dopasowanym do ośmiu ramion skafandrze. Cierpliwie czekała, aż biotransporter, który właśnie zamierzała opuścić, otworzy tunel, przebijając się na zewnątrz przez własne tkanki, skórę i zrogowaciały pancerz. Syk, jaki wydobywał się z trzewi wzbogaconej mechanicznie i technologicznie istoty transportera, wyhodowanej wyłącznie na potrzeby translokowania międzygwiezdnych podróżników, wskazywał na intensywne procesy myślowe prostego, bądź co bądź, organizmu. W końcu tkanka głośno pomlaskując zassała część siebie i z wytworzonej pustki uformowała łagodnie opadającą tubę długiego tunelu, na którego końcu pojawiło się płonące czerwienią światło. Weszh-ha-Hritt z gracją zsunęła się ku wyjściu, żeby po raz ostatni spojrzeć na umierającą planetę.

 Linia horyzontu płonęła. Zbliżający się niespiesznie czerwony olbrzym metodycznie rozpuszczał w swoich sokach pustynną powierzchnię, pożądając wszystkiego, co znajdowało się pod jej płaszczem. Weszh-ha-Hritt znała ten widok doskonale. Jako asystentka galaktycznego Kustosza obserwowała go wielokrotnie, za każdym razem jednak, pod wpływem malowniczego obrazu, wzbierała w niej fala niezwykłych emocji, które sprawiały, że wszystkie ramiona przeszywał dreszcz, rozprowadzający równomiernie po ciele mieszankę przerażenia i rozkoszy. Wypalająca się nienasycona gwiazda, która pożerała podległą sobie planetę, choć już wcześniej jako przystawkę wchłonęła dwie mniejsze, była niczym stary okrutny władca, dla którego nie do zniesienia jest myśl, że gdy on już przepadnie w odmętach nieświata, jego poddani będą nadal bezkarnie cieszyć się życiem. Teraz słońce, które przez miliony lat, dawało i podtrzymywało życie, postanowiło zabrać ze sobą wszystko, co podlegało jego władztwu. Tyle że na planecie, której przyszłość miała wkrótce stać się wspomnieniem, życie nie istniało już od setek tysięcy lat.

 Triszm-me-Mahh wciąż był gdzieś tam, pośród bezkresnych wydm, przykrywających przeszłość planety grubą piaskową kołdrą. Jeszcze szukał, chciał uratować możliwie jak najwięcej. Weszh-ha-Hritt uważała, że zrobili, co mogli. Wydobyli i zabezpieczyli sporo artefaktów dawnych kultur, które – przyznała – były dość produktywne, przynajmniej do momentu, w którym ich społeczności postanowiły unicestwić się nawzajem, przy okazji dewastując wszystko, co dało się zdewastować. Gwiazda w zasadzie jedynie sprzątała gruz, który pozostawili po sobie dawni mieszkańcy. Powody, dla których autodestrukcję najwyraźniej potraktowano tutaj jako wartość nadrzędną, mieli wyjaśniać międzygwiezdni historycy, choć – w co nie wątpiła – wyniki ich badań pewnie i tak wydadzą się interesujące najwyżej dla nielicznej grupy pasjonatów, dla których nieistotna planetka z nieistotnego układu będzie miała czysto statystyczne znaczenie. Jednak historia analityczna nie była jej specjalizacją. Miała jedynie ratować to, co się da z bezpowrotnie ginących światów. Bez znaczenia, czy do ich końca przyczyniały się puchnące czerwone olbrzymy, niestabilne czarne dziury, czy idiotyczne decyzje mieszkańców. Karmiła galaktyczną pamięć i w tej roli czuła się najlepiej.

 W końcu na falującej pustynnej powierzchni zobaczyła zarys postaci Triszm-me-Mahh, pchającego przeciwgrawitacyjny wózek wyładowany po brzegi wspomnieniami. Ucieszyła się, bo temperatura zbliżała się do krytycznego poziomu, w którym nawet ich supernowoczesne skafandry nie gwarantowały bezpieczeństwa. Przez chwilę ze zgrozą wyobraziła sobie towarzysza ze zwęglonymi od żaru gwiazdy ramionami. Zawsze wywijał nimi z taką gracją i tak apetycznie, że ilekroć nań patrzyła, nie potrafiła odgonić kosmatych myśli. Trafiła jej się na pokładzie seksowna bestia, co do tego nie miała wątpliwości. Utrata takiego kąska w ogniu gasnącej gwiazdy byłaby ogromną stratą niewykorzystanych możliwości.

 Wyczuwając zbliżającego się członka załogi, biotransporter chrząknął ponaglająco, dając do zrozumienia, że wskazane byłoby zabierać się jak najprędzej z coraz mniej gościnnej planety. Zassał tkanki i ponownie wydrążył w sobie tunel, wpuszczając do wnętrza ucieszonych swoim widokiem partnerów. Gdy znaleźli się w środku, tkanka napęczniała i rozrosła się, zasklepiając wyjście. Narastające gulgotanie i szum oznajmiły, że wnętrze zaczęła wypełniać zielonkawa ciecz, symulująca naturalne środowisko rodzinnej planety pasażerów. Po chwili wszystkie pomieszczenia i korytarze były już zalane, a niewygodne skafandry wylądowały w komorach magazynujących. Weszh-ha-Hritt z lubością wyciągnęła przed siebie ramiona, które teraz, niczym nieskrępowane, falowały swobodnie i niemal wyzywająco.

 Triszm-me-Mahh gdzieś zniknął, ale szybko pojawił się z powrotem, trzymając w ramionach spory pojemnik. Wyciągnął z niego podłużny, przezroczysty przedmiot o owalnym denku, wypełniony jasnym płynem. Charakterystyczne, aczkolwiek wyblakłe już, czerwone koło, które nadrukowano na powierzchni przedmiotu, kojarzyło się – chcąc nie chcąc – z gwiazdą, która właśnie bezwstydnie trawiła planetę. Oczywiście było to skojarzenie całkowicie nietrafione, ale biorąc pod uwagę, że Triszm-me-Mahh dopiero co uwolnił się od żaru czerwonego olbrzyma nachalnie przypalającego mu plecy, nie potrafił wykrzesać nic mądrzejszego. Niezależnie od nierozsądnych skojarzeń z zadowoleniem spojrzał w oczy swojej towarzyszki, pytając ją w myślach, czy wie, jakąż to perełkę wygrzebał dziś na pustyni.

 Wiedziała. W czasie kariery zawodowej kilka razy spotkała się – głównie w naukowych periodykach, cechujących się bardzo ograniczonym zasięgiem – z notatkami, o podobnych w swym kształcie i zawartości przedmiotach. Zwłaszcza zawartości. Zazwyczaj zalecano ostrożność w kwestii wykorzystania tajemniczej cieczy, choć z drugiej strony wzmiankowano o trudnych do sklasyfikowania niezwykłych wrażeniach, których należało się spodziewać po jej spożyciu. Ostatecznie płyn o podejrzanym działaniu wciągnięto na indeks substancji zakazanych, warunkowo dopuszczonych do użycia w celach badawczych.

 Tak się składało, że Weszh-ha-Hritt i Triszm-me-Mahh byli naukowcami, a przy okazji mieli naturę niepoprawnych poszukiwaczy przygód. Wspólnie uznali, że w imię dobra nauki i – co nie mniej istotne – własnej satysfakcji, podejmą próbę doświadczalnego zbadania właściwości płynu, stanowiącego zwartość przedmiotu. Uznali, że mają jeszcze odrobinę czasu, zanim czerwony olbrzym dokończy dzieła zniszczenia. Poza tym zestawienie ostatniego aktu życia planety ze spożyciem ostatniego artefaktu, zasiedlających ją kultur, wydało im się symboliczne i ekscytujące zarazem.

 Triszm-me-Mahh wprawnie pozbył się korka. Nie pozwolił jednocześnie, aby ciecz wydostała się na zewnątrz, zatykając ją końcówką jednego z ramion. Przekazał przedmiot swojej towarzyszce, po czym wyjął z pojemnika drugi taki sam i powtórzył procedurę, tym razem zatrzymując artefakt dla siebie. Wsunęli ssawki chłonące do otworów i powoli, ostrożnie, z pewnym namaszczeniem, spróbowali.

 Pierwszy łyk był szokiem, który wstrząsnął ich ciałami. Drugi, który w założeniu miał pozwolić im zrozumieć, co faktycznie stało się za pierwszym razem, ostatecznie zachęcił ich do trzeciej kolejki. Potem przestali liczyć. Mieli jeszcze kilka takich artefaktów, toteż bez obaw kontynuowali badanie nieznanej substancji, zwłaszcza że przy każdym kolejnym łyku wszystkie odpowiedzi najpierw wydawały im się prostsze, niż zakładali, potem mniej istotne z punktu widzenia nauki, a w końcu zupełnie zbędne w obliczu cudowności otaczającego ich świata i nieskrępowanej radości, wyrażającej się swobodą ruchów oraz bezkompromisowością wydawanych dźwięków.

 Gdy Triszm-me-Mahh wychylał ostatni łyk, Weszh-ha-Hrit wydawała się nieobecna, jakby nagle udała się na eksplorację innego wymiaru. Po chwili tę odległą podróż odbywali już razem, utuleni w nieznanych sobie wcześniej błogości i szczęściu. Jedyną świadomą istotą – choć na swój nieudolny i ograniczony sposób – pozostał biotransporter, który wszak nigdy nie działał w oderwaniu od woli załogi. A ponieważ jej wola najwyraźniej uległa niespodziewanemu zawieszeniu, które w dodatku nabrało długotrwałego charakteru, biotransporter mógł tylko czekać i obserwować jak czerwony olbrzym triumfalnie kończy pracę i gasi światło.

8413 zzs

Liczba ocen: 3
71%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~Zdzislav
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 37

Dodano: 2021-10-10 22:48:06
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału
Odpowiedz
🤪🤪🤪
Odpowiedz
~Zdzislav 16 d.
TomaszBordo, szalona twarz x 3. Fajne
Odpowiedz
~sensol 15 d.
Kosmito pamiętaj-picie powoduje pragnienie
Odpowiedz
~Zdzislav 15 d.
sensol, zwłaszcza bez zakąszania
Odpowiedz
*Canulas 15 d.
z wykopem
Trochę poległem na wszędobylskim trudnoslowiu. Doreaserchowane aż tylko, pewno taki zamysł. Opko jak zwykle trzyma poziom jakości, jednak fabularnie (i czysto subiektywnie) tym razem obok mnie.
Sorrex, wolę szczerze


Ps.
"Pierwszy łyk był szokiem, który wstrząsnął ich ciałami. Drugi, który w założeniu miał pozwolić im zrozumieć, co faktycznie stało się za pierwszym razem, ostatecznie zachęcił ich do trzeciej kolejki." - można coś pogrzebać, by pozbyć się "ich"
3x ich
1x im


Odpowiedz
~Zdzislav 15 d.
Canulas, wielkie dzięki za odwiedziny i szczerość. Wydaje mi się, że to opko jest nawet obok mnie Bardzo lubię SF, ale nie do końca takie, jakie tutaj skleciłem. To jest zwyczajnie nudne, flaki z olejem. Miałem ogólny pomysł, nawet całkiem fajny, ale nie potrafiłem rozpisać go na poszczególne sceny w interesujący sposób. Niby wyszedł jakiś tekst, ale chwalić się nim nie będę I oczywiście masz absolutną rację, co do zmultiplikowanych "ich". Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
!CptUgluk 14 d.
"Jako asystentka galaktycznego Kustosza obserwowała go wielokrotnie, za każdym razem jednak, pod wpływem malowniczego obrazu, wzbierała w niej fala niezwykłych emocji, które sprawiały, że wszystkie ramiona przeszywał dreszcz, rozprowadzający równomiernie po ciele mieszankę przerażenia i rozkoszy." - długaśkie zdanie, sugerowałbym podzielenie, np. po słowie "wielokrotnie". Mogłoby ułatwić odbiór
Panie Zdzislavie, przyznam, że tekst jest dość trudny i wymaga dużego skupienia. Wynikać to może z nagromadzenia mądrych terminów i ogólnie z dość "naukowego charakteru" opowiadania. Widać jednak, że - nieodmiennie - słowem wojujesz bardzo umiejętnie, tego odmówić się nie da. Jednak tu, podobnie jak Can, jestem nieco z boku. Mam nadzieję, że nie poczytasz mi tego za złe Pozdrowienia!
Odpowiedz
~Zdzislav 13 d.
CptUgluk, ależ Kapitanie, jak mógłbym poczytać Tobie to za złe? Doskonale zdaję sobie sprawę z ułomności mojego opka i krytyczne spojrzenia są jak najbardziej na miejscu Poza tradycyjnymi słabościami warsztatowymi i koncepcyjnymi, w tej edycji licho stałem z czasem, trochę rzeczy miałem na głowie i nie było łatwo zebrać myśli. W konsekwencji wyszło, jak wyszło, ale przyznaję, że i tak jestem dumny, że w ogóle coś wyszło, bo miałem myśli, żeby tym razem odpuścić

Mnie w tym opowiadaniu brakuje przede wszystkim dialogów. Nie przepadam za długimi formami, w których ich nie ma. Zazwyczaj źle mi się czyta takie teksty. Dialogi przełamują zbite bloki tekstu, pozwalają złapać oddech (choćby tylko wizualnie), sprawiają, że tekst jest bardziej przystępny, ale też nadają opowieści dodatkowy wymiar. Jednak, przyznaję z bólem i wstydem, nie wiedziałem jak ugryźć dialogi w przypadku kosmitów. Już na początku uznałem, że nie mogą rozmawiać tak, jak ludzie, bo to byłoby nieprzekonujące. Ale nie potrafiłem wykombinować alternatywy - nowy język? inna składnia? niezwykła forma? Pustka w głowie. Ostatecznie dialogi sobie odpuściłem.

Mądrych terminów, wbrew pozorom, nie ma tu zbyt wiele, no może poza czerwonym olbrzymem, czyli jednym z ostatnich stadiów życia gwiazdy (w moim opowiadaniu jest nią ziemskie Słońce). Niemniej zdaję sobie sprawę, że można się trochę w tym pogubić, zważywszy, że nie wyjaśniam wprost, ani tego że czerwony olbrzym to nasze Słońce, ani tego że planeta, na której rozgrywa się akcja, to Ziemia

Poza tym, chyba rzeczywiście trochę przekombinowałem z opisami

Dzięki za wizytę i uczciwy komentarz. Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
!CptUgluk 13 d.
Zdzislav Ano, każdemu się zdarzają większe bądź mniejsze kryzysy, ważne, że pocisnąłeś do końca mimo przeciwności. I wcale to nie jest tak, że tekst jest zły - w żadnym razie. Jest po prostu, w moim odczuciu, nieco mniej przystępny niż inne Twoje

Racja z tym, że nieco zabrakło dialogów - duże bloki tekstu trudniej się przyswaja. Rozumiem jednak Twoje obawy - mogłoby się zrobić dziwnie gdyby nagle kosmiczne mackostwory przemówiły piękną polszczyzną (zaraz przyjdzie Marok i powie, że w bizarro nie takie rzeczy się działy ).

No fakt, może nie ma przesytu trudnymi słowami, ale tekst jest napisany w takiej właśnie lekko naukowej tonacji, dlatego może być ciut trudniejszy w odbiorze Domyślałem się, że chodzi o Ziemię, ale dzięki, żeś potwierdził - teraz mam pewność

Pozdro, Zdzichu!
Odpowiedz
~justyska 11 d.
z wykopem
Witaj to faktycznie był ostani łyk, ale jaki miły
Seksowna bestia wydaje mi się troszkę na siłę wciśnięta, nie mniej jednak przeczytane z przyjemnością.
Pozdrawiam!
Odpowiedz
~Zdzislav 10 d.
justyska, no tak, przyznaję, że nie czuję się zbyt dobrze w seksobestyjnych klimatach Dzięki za odwiedziny i dobre słowo. Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
z wykopem
Hej,hej,

podobało mi się, nie wygląda mi na napisane na kolanie. Przyznaj się, że po prostu nie umiesz źle pisać

Język troszkę formalny, troszkę napompowany nadmiarem słów. Zastanowiłbym się czy tak stylizowanej narracji nie ubrać w ramy raportu z misji, albo może relacji zdawanej przez inteligenty biotransporter.

Albo odchudzić tekst, np.

"wyniki ich badań pewnie i tak wydadzą się interesujące najwyżej dla nielicznej grupy pasjonatów, dla których nieistotna planetka z nieistotnego układu będzie miała czysto statystyczne znaczenie."

Jak wyżej - troszkę napakowanie zbędnymi słowy, zastanawiam się też nad znaczeniem tego zdania - hmmm... nieco inaczej też można: <<wyniki badań wydadzą się interesujące najwyżej nielicznej grupie pasjonatów; nieistotna planetka z nieistotnego układu będzie miała czysto statystyczne znaczenie.>>

Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
~Zdzislav 10 d.
KluczDoPiwnicy, he, he, chciałbym nie umieć, ale to jeszcze nie ten moment w mojej biografii

Podobają mi się Twoje pomysły. Zarówno forma raportu, jak i relacja biotransportera mogłyby fajnie zagrać. Kto wie, może wykorzystam następnym razem. Dzięki

Rzeczywiście trochę mi napuchły te zdania. Zanim zacząłem pisać w TW, byłem zwolennikiem krótkich, czytelnych, niemal żołnierskich form. Ale im dalej w las, tym bardziej chce mi się bawić słowem i tekstem w ogóle. W konsekwencji sam łapię się na przesadnym rozbudowaniu zdań, ale najczęściej mi to nie przeszkadza. Dlatego feedback, taki jak m.in. od Ciebie, jest bardzo ważny, bo uświadamia mi, żebym się jednak pilnował

Dzięki za odwiedziny. Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
~Adelajda 10 d.
Opowiadanie ładnie utkane, przyjemnie się czyta. Jednak zabrakło mi trochę emocji, czegoś, co by mną wstrząsnęło, jakiegoś zwrotu akcji, choćby po wypiciu tych artefaktów przez bohaterów

Pozdrówki.
Odpowiedz
~Zdzislav 10 d.
Adelajda, tak wiem, emocjonalna pustynia Ale i tak dziękuję, że przebrnęłaś Dzięki za odwiedziny. Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.