online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 26
<
Triumfa
>

Opis:

chwila oddechu

Tagi: #stalker #zona #czarnobyl #anomalia #mutant #artefakt #emisja

S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 25

 Link do części 24: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9263&am

 

 

  Przez całe to zamieszanie z podwójną Emisją i wynikającym z niej zablokowaniem naszej docelowej ścieżki, musieliśmy podjąć decyzję o zanocowaniu tu – w podziemnym kompleksie. Godzina, którą odczytaliśmy z ekranu PDA, wskazywała na to, że lada moment zacznie się ściemniać, więc – paradoksalnie – było bardziej niż jasne, że nie damy rady dotrzeć na czas do planowanej „noclegowni” w opuszczonym budynku na powierzchni. O ile w ogóle uda nam się stąd szybko wydostać. Główna hala z podestem była nieco zbyt przestronna i obawa, że w nocy coś skądś wylezie i złoży nam niespodziewaną wizytę była zbyt duża. Zdecydowaliśmy się cofnąć pod drabinkę, w ślepy zaułek korytarza. W ten sposób, jeśli potencjalne zagrożenie chciałoby jednak nadejść, będzie mogło to zrobić tylko jedną drogą. O wejście od góry się nie obawialiśmy – skoro my nie możemy wyjść, to nic nie da rady wejść. Był to jeden z nielicznych momentów, w których anomalia okazała się pożyteczna.

  Usiedliśmy z Myką na podłodze tak, żebyśmy obaj dobrze widzieli korytarz. Umówiliśmy się, że śpimy na zmianę – jeden odpoczywa, drugi w tym czasie pełni wartę i pilnuje, żeby dla tego drugiego zwykły sen nie zamienił się w wieczny. Zagraliśmy w marynarza i wypadło, że mój towarzysz czuwa jako pierwszy. Zanim jednak wśliznąłem się do śpiwora, zjedliśmy jeszcze szybką kolację, żeby burczenie w brzuchach nie przeszkadzało w odpoczynku. Suchary z pasztetem i rozpuszczalna herbatka o smaku cytrynowym nie były szczytem doznań kulinarnych, ale jak na te warunki styknie. Zwłaszcza że po wcześniejszych mdłościach tak naprawdę nie mieliśmy apetytu na żadne specjały.

  Dzień był wyczerpujący i obfitował w silne wrażenia, zasnąłem więc dosyć szybko i o dziwo udało mi się przespać bite cztery godziny. Po tym czasie obudził mnie Myka – nadeszła kolej na niego. Zanim zniknął w śpiworze, poinformował mnie jeszcze, że zameldował Ilczukowi o naszej sytuacji, położeniu i dalszych planach.

  W czasie, gdy mój partner nabierał sił na kolejny dzień pełen wrażeń, ja musiałem się czymś zająć. Trudno było mi siedzieć bezczynnie w miejscu – w celi miałem tego aż nadto. Sprawdziłem sprzęt, starłem błoto z butów, przygotowałem w oddzielnej kieszonce kolejną porcję leków na później, żeby oszczędzić sobie ponownej zabawy z wyłuskiwaniem tabletek z oddzielnych blistrów. Zmieniłem opatrunek na dłoni, uprzednio przemywając ranę. Szczypie dziadostwo i pewnie jeszcze długo będzie, zwłaszcza że to miejsce bardzo ruchome. No ale dobra, stało się, weź się w garść Pietrow.

  Spojrzałem na PDA, żeby zorientować się, czy w okolicy znajdują się oprócz nas jacyś inni zbłąkani wędrowcy. Nic, pusto. Czas na wyświetlaczu komputerka wskazywał, że Mychajło ma jeszcze niecałe półtorej godziny snu.

  Bezczynne oczekiwanie dłużyło się i ciągnęło jak wenezuelski tasiemiec dla kur domowych. Siedząc i opierając się o betonową ścianę, zacząłem myśleć, rozważać, zastanawiać się. Co w ogóle doprowadziło do tego, że znalazłem się w miejscu takim jak to? Jak to się stało, że z beztroskiego, ruchliwego dzieciaka przeobraziłem się w szukającego ekstremalnych wrażeń ryzykanta, którego ciągnęło w miejsca, w które ciągnąć go nie powinno? Takie chwile sprzyjały uruchamianiu się w mózgu obszarów, które chciałoby się już zawsze utrzymać za zakurzoną kurtyną. Wspomnienia zdarzeń, które mnie ukształtowały.

 

 ***

 

  Jako dziecko byłem ciekawski i ruchliwy, ale przy tym raczej grzeczny. Nie sprawiałem rodzicom problemów, podczas wspólnych spacerów pilnowałem się ich na ulicy. W szkole nie wychylałem się – nie lubiłem skupiać na sobie uwagi, robiłem swoje i tyle. Byłem raczej typem nieśmiałego samotnika, który nie rzucał się specjalnie w oczy.

  Moje dzieciństwo do pewnego momentu było szczęśliwe, tak je przynajmniej wspominam. Nie byliśmy bogaci, rodzice nie mogli sobie pozwolić na drogie prezenty na urodziny, fikuśne gadżety czy zagraniczne wakacje. Nie czułem jednak w związku z tym żalu. Miałem własny pokój, ulubione zabawki, książki.

  Rodzice byli dość zapracowani. Mama była pielęgniarką i często dostawała w robocie nocne zmiany, a dbanie o dom i o to, żeby wszystko jakoś trzymało się w kupie, zabierało jej dużo energii i sporą część dnia, stąd nie spędzałem z nią wiele czasu wolnego. Zawsze jednak była ciepła, troskliwa i pamiętam, że bardzo się wszystkim przejmowała. Czy zjadłem, czy się odpowiednio ciepło ubrałem, czy to stłuczone kolano to na pewno tylko siniak, czy może coś, z czym trzeba gnać, a raczej kuśtykać szybciutko do lekarza. Pamiętam ten zawsze zbyt mocno zaciśnięty szalik, wyciskające łzy z oczu twardego dziesięciolatka przycinanie skóry brody suwakiem kurtki, zapinanym do samego końca. Czasem dziwiłem się, że ten metalowy element od zapinania ciągle jeszcze trzyma się na swoim miejscu. Pamiętam żółte pudełko, w które codziennie pakowała mi kanapki do szkoły. Smak chleba, masła i jakiejś wędliny – zależy, co udało jej się dostać w sklepie, gdy wracała nad ranem do domu. Wtedy widziałem tylko zwykłe kanapki, coś, czym zapcham się na długiej przerwie i stłumię burczenie w brzuchu aż do obiadu. Teraz widzę znacznie więcej. Widzę czas poświęcony na dokładne pokrojenie chleba. Widzę zmęczenie, które najpewniej ciągnęło ją do łóżka po ciężkiej nocy w szpitalu, a które ona z uśmiechem pokonywała tylko po to, abym ja, niewdzięczny gówniarz miał co zjeść w szkole. Widzę troskę, ciepło, miłość.

  Szkoda, że nie zdążyłem tego wszystkiego dojrzeć wcześniej. Żałuję, że nie miałem czasu jej podziękować. I nienawidzę skurwysyna, który mi ten czas odebrał.

  Była połowa listopada, zaczynały się przymrozki, pojawił się pierwszy śnieg, nieśmiało przypominając, że już niebawem zima zajrzy do nas na dłużej i z większym zdecydowaniem. Zaczynałem już powoli myśleć o Świętach Bożego Narodzenia. Jakoś tak zawsze miałem, że gwiazdkowo-choinkowy klimat zaczynałem czuć sporo wcześniej. Nie chodziło o prezenty. No dobra, może nie tylko o nie – który dzieciak nie cieszy się, że dostanie jakąś pierdołę pod choinkę? To była główna wigilijna atrakcja, jednak ja oprócz tej materialnej części uwielbiałem czas ubierania świątecznego drzewka – miałem jedną jedyną, specjalną bombkę w kształcie uśmiechniętej ryby i za każdym razem wieszałem ją osobiście, pieczołowicie przedtem wybierając dla niej godne, zaszczytne miejsce na centralnej gałązce. Lubiłem to, że rodzice byli wtedy w domu i mimo że byli cholernie zaharowani (sprzątanie, pierogi, zakupy – takie tam sprawy), to czułem rodzinną atmosferę i chętnie angażowałem się w przygotowania. Tego roku jednak moją głowę zaprzątało coś innego.

  Był czwartek, pamiętam dokładnie ten dzień. Wstałem jak co rano o siódmej. Byłem pod tym względem dużo bardziej ogarnięty niż moi rówieśnicy, ponieważ potrafiłem korzystać z budzika i nie potrzebowałem czternastokrotnego dobudzania – punkt siódma wstawałem i już. Pierwszym, co mnie wtedy zdziwiło, była nieobecność taty – zwykle z samego rana spotykaliśmy się przed drzwiami kibelka albo już przy śniadaniu w kuchni. No nic, może wyszedł do sklepu albo coś. Druga rzecz, już nieco bardziej niecodzienna – brak dźwięków krzątaniny i kanapek na szafce kuchennej. Co by nie było, mama zawsze śniadanie do szkoły mi przygotowywała, a tutaj nagle coś takiego. W tym momencie poczułem niepokój, nie wiem, podobno niektórzy potrafią w jakiś sposób wyczuć, że coś złego dzieje się ich bliskim. Słyszałem, że niedoścignione są w tej sztuce bliźniaki – jak jednemu urwie rękę to drugi do poczuje czy jakoś tak. Ogarnął mnie bardzo nieprzyjemny niepokój i nie potrafię tego wytłumaczyć, ale podskórnie czułem, że kroi się coś niedobrego.

  W każdym razie usiadłem cicho przy kuchennym stole i przesiedziałem tak bez ruchu nie wiem ile czasu. Nie patrzyłem na zegar, nie myślałem o tym, czy spóźnię się do szkoły – po prostu czekałem, aż przez drzwi wejściowe wejdą mama i tata i że będą mieli cholernie dobre wytłumaczenie, czemu ten czwartek zaczyna się tak, a nie inaczej.

  Może dla kogoś patrzącego z boku moje zachowanie, czy raczej jego brak, mogłoby się wydać niezrozumiałe i dziwne (zestresowany brakiem śniadania dzieciak? No błagam), jednak nie potrafiłem wykrzesać z siebie nic więcej w tamtych chwilach. Siedziałem i czekałem, oddychając ciężko, lecz bezgłośnie. Tylko ja i tykanie ściennego zegara. Tik-tak, tik-tak, nie wiem ile razy. W końcu usłyszałem kroki na klatce i szczęk klucza w drzwiach. Byłem tak przejęty i usztywniony, że poderwałem się raptownie, przewracając krzesło, które obijając się oparciem o szafkę kuchenną z tyłu, grzmotnęło o podłogę. W progu zobaczyłem tatę i zamiast się ukojenia i spokoju poczułem jeszcze większy lęk. Zaczęły trząść mi się ręce i czułem w gardle ucisk, jakbym połknął kulę bilardową, która zamiast gładko zjechać do żołądka, zatrzymała mi się zaraz na początku przełyku i ani myślała się ruszyć.

  Tata wszedł, ale nie wyglądał tak jak zawsze. Był blady, jego nos poczerwieniał, a szkliste oczy nieobecnie rozglądały się po mieszkaniu. Odwiesił pikowaną, znoszoną kurtkę na haczyk w przedpokoju, ściągnął niedbale buty i wszedł do kuchni. Jego ruchy były jakieś takie… powolne, przytępione?

  Czułem, że mam lodowate, spocone dłonie. Już i tak spodziewałem się najgorszego, więc w gruncie rzeczy tata nie musiał nic mówić, a słowa, które wydostały się po chwili z jego ust, były w sumie tylko swoistym dopełnieniem formalności.

  – Mama miała wypadek. – Zdanie wybrzmiało sucho. Atmosfera w kuchni była tak napięta, że wydawało się, iż słowa nie rozpłynęły się w powietrzu, tylko zawisły złowieszczo między nami.

  – Kiedy wróci do domu? – zapytałem.

  Zdawało mi się, że mój głos brzmi dziwnie automatycznie, jakby nie był wypowiadany przez żywą osobę. Gdzieś jeszcze tliła się we mnie maleńka iskierka nadziei, jednak bezlitosne przeczucia skutecznie tłumiły ją ciężkimi buciorami rzeczywistości.

  – Nie wróci, synku. Mama nie żyje – powiedział i widziałem, że z całych sił walczy ze sobą, próbując opanować drżenie dolnej wargi. Bezskutecznie. Ojciec rozpłakał się i ciężko opadł na kuchenne krzesło, kryjąc twarz w dłoniach. Po raz pierwszy widziałem go w takim stanie i skutecznie wryło mi się to w pamięć.

  Jak się później dowiedziałem, okazało się, że ktoś potrącił mamę, gdy wracała do domu po nocce. Zginęła na miejscu, a ten skurwysyn po prostu sobie odjechał. Nie było żadnych świadków, większość ludzi albo jeszcze spała, albo dopiero przecierała zaspane oczy nad poranną kawą. Ciało znaleziono w krzakach rosnących obok chodnika – auto musiało jechać zbyt szybko. Jak podobno wskazywały ślady opon na śniegu, kierowca wpadł w poślizg i zmiótł mamę z chodnika, wyrzucając ją w pobliskie zarośla.

  W pierwszym odruchu, gdy tylko dowiedziałem się, co się stało, chciałem wybiec z domu i szukać złamasa, który jak trzęsienie ziemi spowodował trwałe uszkodzenie fundamentów mojego życia. Byłem zdecydowany szukać auta z uszkodzoną karoserią lub stłuczoną szybą i gotowy na to, że jak je znajdę, to bezlitośnie zatłukę kierowcę młotkiem. Już nawet trzymałem w dłoni niedoszłe narzędzie zbrodni, jednak w przedpokoju dotarło do mnie, że to głupota. Jak ja, zwykły dzieciak, będę w stanie dorwać tego gościa? Zresztą na pewno już dawno spieprzył byle dalej stąd. Zapał i żądza zemsty zamieniły się w uczucie bezradności i bezdennego żalu. Skończyło się tak, że upuściłem młotek na podłogę, opadłem żałośnie na kolana i rozpłakałem się z bezsilności.

 

 

 Link do części 26: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9328&am

11583 zzs

Liczba ocen: 1
62%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 20

Dodano: 2021-11-08 12:20:49
Komentarze.
alfonsyna 22 d.
Dowaliłeś co nieco do pieca, jak widzę, a raczej dowaliłeś głównemu bohaterowi całkiem celnie wymierzoną traumą. Przyznaję, że nie przeszłam obok tego obojętnie, czyli najwyraźniej spełniło swoje zadanie. Dobrze zadziałał chyba ten kontrast - kiedy pewnego dnia rzeczywistość przełamała pewien schemat, stając się jednocześnie końcem i początkiem. To ciekawy wątek, to zaglądanie w przeszłość, ciekawa jestem, czy coś więcej w tym temacie się jeszcze przewinie (a pewnie tak, wszak ma to cel i sens).
Odpowiedz
CptUgluk 22 d.
alfonsyna No nieźle, obok tego nie przeszłaś obojętnie, a obok całej reszty już tak?! Nie no, dziękuję, miało być trochę bardziej emocjonalnie. Chciałem naświetlić nieco historię Dawida, pokazać, co go ukształtowało. Nie zależało mi na papierowym bohaterze, który "po prostu jest".
Pojawi się jeszcze parę retrospekcji. Może nieco spowalniają akcję, ale uważam, że są potrzebne i nadają całości dodatkowej wartości. Dziękuję za wizytę!
Poczekam z kawą pod następnym fragmentem
Odpowiedz
alfonsyna 21 d.
CptUgluk tak, reszta to mnie kompletnie nie rusza, wydało się! Retrospekcje mi nie wadzą, to jest zawsze jakaś dodatkowa ciekawostka, wszak bohaterowie każdej opowieści nie biorą się znikąd - każdy jakąś przeszłość miał i warto mieć to na uwadze.
Paczcie go, już kawę zawczasu robi, do czego to doszło!
Odpowiedz
CptUgluk 20 d.
alfonsyna Otóż to, psychologiczne podłoże postaci się lepiej zarysowuje, tak myślę.
Ha, śmiej się, śmiej - zgadnij, kto będzie zimną lurę pił tera
Odpowiedz
Ozar 10 d.
z wykopem
Wracam do Zony. Fajnie ze dałeś notkę biograficzną. Ciekawy, choć smutny opis śmierci matki bohatera. Taka sytuacja zawsze wpływa na psychikę każdego normalnego człowieka. Kolejny ciekawy odcinek. Biegnę dalej.
Odpowiedz
Ozar A, miło mi bardzo, zapraszam, tylko nie zapomnij detektora anomalii No, zależało mi na tym, żeby czytelnik poznał bohatera i dowiedział się, co go ukształtowało. Dzięki za wizytę
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.