online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Apokalipsa według wielkiego Korzonka
<
Pistolvania — część IV
>

Opis:

Para sajko in akszyn — noł big dil

Postać: Ruda cizia

Zdarzenie: W krainie grzybów

Efekt: 62. Dwóch uczestników podaje po literze. W tekście nie wolno Ci zacząć wyrazu na pierwszą z podanych liter, ani skończyć wyrazu na drugą. - W/K

Tagi: #psychopaci #nona #hołddlakinga

TW#04 — Do krwi w zębach

 

 — kadr o rudej Sissy

 — Nie chcieliśmy tego zrobić, proszę pana. Bóg na niebie świadkiem, nie chcieliśmy. To potoczyło się samo. Płatki śniegu są piękne, ale bywają też składową śnieżnych kul. Słyszał pan? Spirala, efekt domina. Od pyk, przez bęc, do pach. Krew na śniegu, na rękach. I kiedy idzie pan spać, to tam też. Nie ma już ucieczki, proszę pana. Nie ma powrotnej drogi. Nie ma już dokąd iść i w sumie dobrze.

 Słucham? Tak. Bez dwóch zdań. Zrobiłbym to dla niej jeszcze raz. I jeszcze trzy razy, proszę pana. I jeszcze pięć. Mordowałbym dla niej i zdychał cały czas.

 Nie będziemy zbawieni. Nikt.

 Tak. Nikt.

 Pan. Ja. Ona. My. Nie dostąpimy zbawienia. Żadne z nas. Ale my przynajmniej się zabawiliśmy, a pan co? Żona, dzieci i samochód na raty? Bez sensu. I tak zgaśniemy wszyscy niczym rzymskie imperium. Nie ma o co się spinać i se odmawiać zabawy. Bądźmy źli, proszę pana. Bądźmy źli.

 Co? Tak, panie oficerze, nie jestem głupi. Nie ma pan głąba przed sobą. Wiem o Sic parvis magna. O tym, że wielkie rzeczy mają małe początki. Ale to nie wszystko. Nie wszystko, oficerze. Jeszcze nie.

 Platon kiedyś powiedział, że tylko martwi żołnierze dotrwają końca wojny. Kminiłem nad tym długo, oficerze. Kurewsko długo. Jadłem, piłem, paliłem. Nawet podczas, no wie pan. Wtedy też. Takie myślenie wydłuża stosunek. Poleciłbym panu, ale...

 W każdym razie długo kombinowałem, co ten cholerny filozof miał na myśli, mówiąc o tych truposzach. Trzy bite dni rozmyślałem, da pan wiarę? Trzy pierdolone dni. Sranie, żarcie, przerzucanie kanałów w telewizorni. Nic nie przynosiło ukojenia. Nic a nic.

 I wymyśliłem, oficerze. W końcu dałem radę. Dlatego, że wszystko mam tu. W łepetynie. Wpadłem na to... teraz już nie pamiętam kiedy, ale nie to jest ważne. Ważna natomiast jest siła, oficerze. Tylko ona. Jedni się rodzą, by zbawiać, inni kaleczyć. Równowaga. My nie umiemy zbawiać.

 Nagle klęczący na śniegu jakimś cudem radzi sobie z kneblem. Sissy kuca na zaspie, oddając mocz. Letnia sukienka, rajstopy, przydługa kurtka. Jest minus czternaście stopni. Albo dwieście, czterysta. Jeśli to "Gra o Tron", odeszliśmy już od muru zbyt daleko.

 — Nie jesteście romantyczni, zjebie. Jesteście chorzy. Ty nie jesteś Clyde, a ona, twoja kurwa, nie jest Boonie. W każdym z ościennych stanów mają karę śmierci. Upieką tej dziwce pizdę na twoich oczach. Zmuszą cię, abyś patrzył.

 Akcentuje er w słowie "kurwa". Dyszy, męczy się, pewnie piekielnie boi, ale chce obelgę wywlec na wierzch. Chce, bym ją dojrzał. I widzę. Tylko że przez ostatnie dwa tygodnie zrozumiałem, że krew krzepnie szybko i bardzo ciężko się zmywa.

 — Padniemy, gdzie padniemy, oficerze. Wszystko jedno. Ptaki nie mają cmentarzy.

 Dolatuje mnie smark rudej Sissy. W zasadzie pociągnięcie nosem jednak przez szybę pamięci widzę pomarszczoną twarz babki, która znad kuchennego stołu gromiła mnie wzrokiem, mówiąc, żebym nie smarkał.

 "Nie rzucaj smarkiem, Kenna. Zima wkrótce odejdzie. Będzie lepiej".

 Zima się nie skończyła. Wciąż jest źle.

 Przed oczami staje mi korpulentne ciało babuleńki i jej obwiązana chustą twarz. Twarz gospodyni o ukochanych oczach. Oczach, w których, podchodząc bliżej, dojrzysz wojnę. Strzępy zmarszczek uszyte na: "trzeba sobie radzić" i chropowaty dotyk przeżytych w trudzie dni.

 Wciąż widzę, jakby to było wczoraj, półtora ziemniaka na ciepło, kaflowy piec. Jeden gryz na jedną pyzatą gębę. Przynależność obkuta wspólną biedą. Innej rodziny nie miałem i innej nie chcę. Drobne różnice wyniesione z domu. Podwaliny pod odrębność. Nie mieliśmy czym nakarmić zwierząt. Nie mieliśmy już naprawdę czym.

 Na podwórzu tysiąc martwych psów.

 ... — czy kochasz? — Łapię jedynie końcówkę.

 Na podwórzu milion martwych psów.

 — Czy kochasz?

 Odpowiadam, maskując własne słowa w huku trzymanego rewolweru. Już dawno nie było odwrotu i nadziei. Być może od pierwszych chwil.

 Nie żałuję.

 

 *

 — Jasny płomień szybciej gaśnie — kwituje Sissy, zbiegając radośnie z nasypu. Mała rudowłsoa psychopatka. Moja ukochana sukkubica i prywatny bilet do piekła w jednym. — Czemu strzeliłeś mu w twarz?

 — Czego pragniesz, Sissy?

 Muszę poczekać, bo przez chwilę jej nie ma. Przystaje, obchodzi, wącha. Brakuje tylko tego, by drobne rączki rozgarnęły miazgę po czerepie. Sissy-królowa. Sissy-piąty as w talii.

 Już mam zamiar dopytać, lecz mała Sissy powstrzymuje mnie gestem, niezaszczycając nawet przelotnym spojrzeniem. Jeśli ktoś zetnie jej rude włosy, bardzo się zdziwi, widząc drugą parę oczu z tyłu głowy.

 — Pragnę... — zaczyna, myśli, na chwilę zawiesza głos. — Pragnę, by było trudno. By było źle. Fatalnie. By góra nie miała końca.

 Sissy ma alergię na nikiel, ale nie ma objawów. Podobno jakaś część stopu żelazowo-niklowego pochodzi z jądra ziemi i to wystarczy. Nie dopytywałem zależności. Magii Sissi nie da się zrozumieć.

 — Może nie dziś i nie jutro, ale na końcu będzie — obiecuję, ale ona znów jest nieobecna. Nachyla się nad zabitym i kiedy mam niemal pewność, że już za moment naprawdę rozbebeszy jego czaszkę, Sissy nagle wstaje, wymachując niewielkim pękiem kluczy.

 — Na pewno nie dziś — rzuca, potęgując upiorną wesołość blaskiem zielonych oczu. — Ty prowadzisz!

 — Ufam twoim liniom papilarnym — mówię, wlokąc się za nią do stojącego nieopodal radiowozu. — Ufam twojemu ciepłu.

 Krainą opiłków zawsze będą rządzić elektromagnesy.

 Droga jest jeszcze przejezdna.

 Odjeżdżamy.

 

 

 — kadr o krainie grzybów

 Jadąc do domku wypoczynkowego Offleya, który tak naprawdę spełniał funkcję przydrożnego zajazdu, Henry czuł się niczym cholerna ropa płynąca podmorskim rurociągiem. No dosłownie jak ona. Ciasno i hermetycznie.

 Już wcześniej, jeszcze na głównej siedemnastce, śniegu leżało od cholery i ciut. Kiwał więc głową, zgadzając się z głosem VOF-u, jedynej stacji radiowej, jaką jeszcze zdarzyło mu się łapać. A gdy w kakofonicznym szumie wyłowił: "Moi kochani, mamy zimę stulecia", od razu zawtórował: "że, do cholery, tak! Pieprzone Snag przechodzi właśnie kurewską zimę stulecia albo i trzechsetlecia".

 Bo tak było.

 I nie. Już pal diabli mróz, gdyż minus piętnaście w dzień czy dwadzieścia kilka w nocy, nie odbiegało od przyjętej przez mieszkańców normy. Taką temperaturę lokalni kwitowali słowami — "zimno, lecz nie cholernie". — Chodziło o opady i naprawdę porywisty wiatr. Od ośmiu dni niemal bezustannie padał śnieg. Cholerne białe Snag. Zero perspektyw, więc i niewielu młodych pozostało. Kraina grzybów. Dziurawa łajba dla najstarszych ryb.

 Henry Castellini, trzydziestoczteroletni sentymentalny rozwodnik (ciągle obrączka na palcu, ciągle jej zdjęcie w portfelu) podciągnął zamek od bardzo ciepłej, acz krępującej nieco ruchy kurtki i jedną ręką łagodnie wprowadził wóz w coś na kształt zakrętu. Drugą w tym czasie metodycznie ochuchał, poświęcając kawał uwagi każdemu z rumianych palców. Nic mu bowiem tak nie marzło, jak dłonie i choć z żurnalowych periodyków wyczytał, że może to być zalążkiem jakiegoś podłego choróbska, dotąd nie zrobił nic poza nieznacznym ograniczeniem fajek.

 Po prawej zamajaczyła trójkątna czapa śniegu, osiadła na dachu Owena Wildberga, mentora tutejszych myśliwych. Henry dostrzegł ją jedynie fragmentarycznie i tylko w miejscach, gdzie zaspy były mniejsze. Po cichu liczył na to, że zobaczy żonę Owena – Karlę lub jeszcze lepiej, stary sam coś będzie dłubał przy obejściu. Gdyby tak zrządził los, Henry wysiadłby niezwłocznie i poprosił Owena o towarzystwo. Pogadać z kimś zawsze fajnie, a i – zwłaszcza jeśli jedziesz do wypadku, który nosi znamiona potencjalnego morderstwa – co dwie strzelby, to nie jedna strzelba.

 Nikogo jednak nie ujrzał, zostawił więc chałupinę w tyle, dalej sunąc z prędkością pięciu kilometrów na godzinę. Po mniej więcej minucie wykonał kolejny, podobnie łagodny skręt, ochuchał drugą dłoń i pokręcił gałką radia, licząc na drobny cud. Przez nieszczelność szyby zdrętwiała mu żuchwa, zaczął ją więc pocierać. Z początku lekko, ale kiedy niczego nie poczuł – energiczniej. Tarł tak i jechał dalej. Jechał dalej i tarł. Wszystko w lekkiej apatii i bez świadomości tego, że za niecały kwadrans obuch siekiery strzaska mu szczękę tak, że staw skroniowo-żuchwowy zupełnie przestanie istnieć, a lewe oko spłynie policzkiem na kurtkę. W tej chwili po prostu jechał, zastanawiając się, co z tym cholernym światem jest nie tak, skoro dwudziesty pierwszy wiek rozpycha się korzeniami, ludzie latają w kosmos, komputery są szybsze od jastrzębi, a tymczasem wystarczy kaprys aury, by cały region znalazł się w ciemnej dupie. To znaczy – białej.

  Dziesięć minut temu wjechał w lokalną drogę, która w normalnych warunkach i obopólnej życzliwości kierowców pozwalała wyminąć się dwóm wozom. Teraz jednak jego wysłużony i pordzewiały Dodge Diplomat niemal zawadzał bokami o nawiasowe obrysy utwardzonego śniegu, rosnące nawet pół metra powyżej dachu.

 Żeby było ociupinę weselej, odpalił starą składankę. Abba, Cher, Bee Gees – takie rzeczy. Płyta sfatygowana, lecz niezawodna. Noo... cięła trochę na What is love – Haddaway'a, ale reszta z dwudziestu trzech utworów leciała jak po sznureczku. Aż noga sama chodziła.

 W asyście "Gimme! Gimme! Gimme!" wykonał kolejny, mikroskopijny skręt. Chwilę później ujrzał przed sobą człowieka.

 Zwolnił.

 

 *

 Ciało odnalazł Kurt Flogan; około pięćdziesięcioletni wędkarz, kawaler bez stałego zatrudnienia. Henry faceta kojarzył z tej albo innej spelunki. W pamięci utkwił mu piwny brzuch Flogana, sumiasty wąs i kurtka podszyta misiem. Żadnych ekscesów czy burd z jego udziałem.

 I teraz miał typa przed sobą w odległości mniej więcej trzydziestu metrów. Tamten widział go również, bo wymachiwał żywiołowo rękoma. Pomiędzy nimi, choć dużo bliżej Flogana, leżał niewielki kształt nieco przypominający pacynkę. Tylko że gdyby to naprawdę była tylko kukła, Henry wciąż jeszcze koczowałby w Salamance, siedząc na wysokim, cholernie niewygodnym stołku i rentgenował wzrokiem przezroczystą kieckę Donny. Przed nim zaś leżałby jasnoniebieski talerzyk w kwiecisty wzór i czarny kubek na kawę. Talerz na pewno pusty, bo do tego czasu jagodowy placek dawno pływałby w kiblu, ale w kubku tkwiłaby dolewka. Tymczasem jednak sprawy przybrały niecodzienny obrót.

 Sierżant Henry Castellini zabrał ze sobą strzelbę oraz latarkę i niejako odruchowo spróbował wywołać Marlę. Odpowiedziała mu cisza, rzucił więc w eter, że właśnie widzi świadka i wychodzi. Podał godzinę oraz miejsce zdarzenia.

 Wysiadł.

 Śnieg w dalszym ciągu padał i większość dziecięcego ciała przykrył już nalot z puchu. Gruby facet zaczął iść w jego stronę, ale z ostrego wzroku skumał, że to zły pomysł i profilaktycznie uniósł ręce przed siebie. Henry mu skinął i ruszył w kierunku trupa. Następnie ukląkł przy zamarzniętej dziewczynce, jednak tak, by i pechowego wędkarza mieć na oku.

 — To średnia córa Offley'a — rzucił tamten i zaterkotał zębami. — Jane, Jassica, Jalanda. W każdym razie na pewno coś na jot.

 — W każdym razie na pewno coś na jot — powtórzył Henry w wygasłych oparach mediolańskiego akcentu, starając się nie upieprzyć w plamach krwi, która w kilku miejscach ciągle kwitła na śniegu. Bardzo ostrożnie przetarł ze szronu zamarzniętą twarz dziecka, krzywiąc się na widok fioletowych opuchnięć. Letni sweterek, rajstopy. Na stopach żadnych bucików.

 — Tak, panie Castellini. Pewności nie mam, ale tej małej stało chyba Jalanda. Czy Jalonda może.

 — Znamy się?

 Flogan skrzywił twarz w grymasie zakłopotania powleczonego zmęczeniem.

 — Ja pana znam — wyjaśnił.

 Wszędobylska biel śniegu dodawała otoczeniu światła, zakłamując prawdziwą porę dnia. Wystarczyło jednak rzucić okiem na ciemniejące niebo, by zrozumieć, że niedługo będzie tu naprawdę nieciekawie. Henry wstał i odpalił szluga. Gruby także poprosił o jednego. Policjant rzucił mu paczkę z zapalniczką w środku.

 — To jak mnie pan zna, panie Flogan — odparł, kiedy dym już tańczył w płucach — powie mi pan, co się tutaj stało? Co pan widział i słyszał? Dosłownie wszystko.

 — Kurt — przedstawił się Flogan, także zaciągając gwoździem śmierci. — Niewiele tego będzie, proszę pana.

 — Ok, Kurt. To i lepiej, bo zaraz zrobi się ciemno. Możesz mi mówić po imieniu, jeśli chcesz. Chcesz?

 Tamten przekalkulował.

 — Chyba byłoby mi łatwiej, panie Henry. To znaczy... Henry.

 Kolejna porcja lodowatego wiatru spowodowała, że sierżant Castellini przypomniał sobie o czapce. Sięgnął więc do kieszeni i...

 — Zmarzły ci uszy, Kurt?

 Zagadniony przemyślał sens pytania i skinął, podbijając gest w słowach: "zmarzły jak sam skurwysyn, panie Henry". Na dźwięk tych rewelacji jego policyjny rozmówca, a chwilowo dobry samarytanin, rzucił mu ją, dodając z uśmiechem, że rękawiczek na pewno się nie pozbędzie. Obdarowany odparł: "sie wie", wciągnął czapę na łeb i machnął nim energicznie. Tak, żeby kulka pomponu nie przesłaniała widoku tego wielkodusznego dobroczyńcy. Potem zapytał policjanta: "jak wygląda?", spodziewając się nielichego komplementu. Nim jednak ten zdołał go uplasować gdzieś pomiędzy dziesiętnym szczeblem punktacyjnym, grzmotnęło i panu Flaganowi eksplodowała twarz. Dosłownie jakby ktoś przekłuł balonik do pełna wypełniony świńską krwią.

 Sierżant Castellini niemal posrany z przerażenia i (co tu dużo gadać) kompletnie nieprzygotowany na taki obrót spraw, rzucił się pędem przed siebie w kierunku zaparkowanego nieopodal radiowozu. Kątem oka jedynie rejestrując podrygujące ciało, miazgę kości, krwi i grudek mózgu, w której spoczywała jego cholerna czapka – zarazem ostatni prezent, jaki otrzymał od Ann, zanim ta nie nakryła go na pompowaniu ich wspólnej fryzjerki, Mony. Dotarł do samochodu i niczym najprawdziwszy bohater kina akcji napadł plecami na pordzewiałe drzwiczki Diplomata. Wtedy, w asyście charchotliwego oddechu i wylewającego się zewsząd hormonu stresu, zrozumiał, że strzelby nie ma. Przepadła. Zaklął i wyjrzał, kompletnie nie wiedząc, co robić, a miękki śnieg wygłuszył zbliżające się z prawej strony kroki.

 Sekundę później wcześniej wspomniany obuch trzykilowej siekiery od Fiskarsa zdemolował mu prawą stronę twarzy. Cała kość jarzmowa, żuchwa i lemiesz praktycznie przestały istnieć. Z oczodołu wypłynęło oko. Mężczyzna wydał z siebie coś na kształt beknięcia powleczonego piskiem i odbijając się od samochodu, upadł. Nim zdołał choćby pomyśleć o czołganiu, kolejne uderzenie rozrąbało mu głowę.

 

 *

 Śnieżny opad ewoluował w śnieżycę do tego stopnia, że chłopak idący środkiem drogi bardziej przypominał zjawę niż człowieka. Cały pokryty puchem, coś wykrzykiwał, lecz ten cholerny wiatr rwał jego słowa na niedający się posklejać szum. Dopiero gdy przed nią stanął – w kurtce z kapturem, wojskowym plecakiem zawieszonym na plecach i myśliwskim sztucerem łamanym, trzymanym w dłoniach – zrozumiała sens.

  — Nie powinnaś ryzykować, Sissy — powtórzył z bliska, panicznym odpryskiem stonowanego krzyku. — Wszystko miałem opanowane. Gdyby coś ci się stało...

 Nie bacząc na to, że trzyma w dłoniach broń, skoczyła mu na szyję i stracili pod nogami grunt, lądując w zaspie. Poczuł ból w kręgosłupie.

 — Sissy, to...

 Seria dzikich pocałunków nie pozwoliła mu dokończyć myśli.

15079 zzs

Liczba ocen: 10
97%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: *Canulas
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 63

Folder: plus 23
Dodano: 2021-11-09 23:36:10
Komentarze.
Canulas 24 d.
A więc:
- licznik lekko przekłamuje (znaków jest ok 14960)
- efekt niewykorzystany
Odpowiedz
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Hiraeth 23 d.
z dużym wykopem
Uszanowanko, na początek – jak to z tym efektem? Pamiętam, że sam stworzyłeś tego krakena. Myślałam, że nie możesz używać wyrazów, rozpoczynających się na literę „w” oraz wyrazów kończących się na „k”, a widzę tu chociażby „pyk” czy „tak”, „wszystko”, „wiek”, więc osochodzi z tym efektem, całe życie tkwiłam w błędzie także i pod tym względem? Bez sensu byłoby, gdyby chodziło o jedną grupę wyrazów, zawierających litery „w” i „k”, to za łatwe.

No, ale co tu dużo smęcić i strzępić ryja. Kawał solidnego tekstu – zwłaszcza początek i strumień myśli były zacne. A potem wszedłeś Ty, cały na biało, z troszku znanym motywem demonicznej parki i zabójstw. Chyba całkiem niedawno czytałam u Ciebie noir o podobnym temacie. W sensie, to żaden zarzut, czy coś. Chyba powoli uczę się określać autorów tekstów bez patrzenia na nicki. Super moc, strumień świadomości wieczornego komentowania. Tekst w pytę

Odpowiedz
Canulas 23 d.
Hiraeth tak, wiem jaki był efekt. Nie wykorzystlwm go, co oznajmiłem pierwszym komentarzem. Jeszcze z tym "k" na końcu, to jak Cię mogę, ale bez początkowego "W", to nawet wojny nie ma.
Dzięki za wizytację
Odpowiedz
Hiraeth 23 d.
Canulas sorry, nie przeczytałam tego komentarza i tylko gapiłam się na opis, gdzie efekt był pisany... Pszypau :x
Odpowiedz
z dużym wykopem
Widzę, że jesteś w formie. Opisałeś Sissi tak, że w pewnych momentach myślałam,że odpisujesz psa, ale fakt,że mówiła, potrząsała kluczami i tak dalej wyprowadzał mnie z błędu😂. Zabieg celowy czy nie i tak mi się podobało.
M.
Odpowiedz
Canulas 23 d.
MHSchaefer No więc zabieg niecelowy 🙃
Dzięki za spojrzenie i przychylne oko
Odpowiedz
KaraluchF 21 d.
z dużym wykopem
Mocne, ale i przez to bardzo ciekawe. Dobra rzecz.
Odpowiedz
Canulas 21 d.
KaraluchF dzięki za wizytex
Odpowiedz
coś ma
Tak dziwne, że nie wiem o co chodzi. Ale co tam, fajnie się czytało. W ciekawy sposób wykorzystałeś wulgaryzmy.

Pozdrawiam
Odpowiedz
Canulas 21 d.
MarekAdamGrabowski nieco enigmatyczne, ale dziękuję
Odpowiedz
justyska 19 d.
z wykopem
Witaj! Początek mega mi się spodobał, zvzegolnie postać Sissi.Później trochę się pogubiłam szczerze mówiąc i mimo ponownego przejrzenia tekstu nie jestem pewna czy dobrze go zrozumiałam...
Wina zapewne moja.
A Fiskars to z Finlandii
Pozdrawiam!

Odpowiedz
Canulas 19 d.
justyska jak to dobra siekiera. Miałaś prawo się pogubić, bo sceny są tym razem dość... odrębne. Spróbowałem okadrowania. Jeden przymiot z zestawu TW - jedna scena (połączenie tylko iluzoryczne) - wyszło jak wyszło
Dzięki
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału!
Odpowiedz
Canulas 11 d.
TreningWyobrazni pamiętam
Odpowiedz
Zdzislav 10 d.
z dużym wykopem
Ciężko, trochę psychodelicznie, patowrażliwie – cały Ty Ciekawy jestem, jak wygląda to w Twoich dłuższych formach. Jestem gotowy na "Pięćset mil..."
Odpowiedz
Canulas 10 d.
Zdzislav 500mil jest zupełnie inne, ale za "patowrażliwe" 200krotne dzięki.
Super sformułowanie
Odpowiedz
alfonsyna 10 d.
z dużym wykopem
Ja tę Sissy chyba znam, a już na pewno kiedyś tam spotkałam. Jakoś tu chyba mam tak, że początek i zakończenie są moimi ulubionymi, bo bez wątpienia mają to coś. Zresztą, niektóre zdania masz tam takie, że głowa mała, ale to część Twojego stylu, od której się nie uwolnisz, choćbyś chciał.
Dla przykładu to: "— Ufam twoim liniom papilarnym — mówię, wlokąc się za nią do stojącego nieopodal radiowozu. — Ufam twojemu ciepłu" - zapada w pamięć.
Odpowiedz
z dużym wykopem
No siema!

Fajne podoba mi się. Atrakcyjny język bez zgrzytów, ciekawe narracyjne przejścia, różne perspektywy, trochę zdradzonych szczegółów - jak z tą siekierą w głowie Henry’ego. Dobre dialogi.
Mocny kandydat do głosowania
Odpowiedz
Canulas 9 d.
KluczDoPiwnicy z siekierą to taki zabieg gazetowy w stylu: spójrzmy na chwilę na trzecią stronę
Dzięki za wizytex
Odpowiedz
Bardzo lubię twój styl narracji - kwiecisty, a jednak potoczny, metaforyczno-oniryczny, a jednak dosadny. Tym razem jednak wszedł chyba za mocno w pierwszych dwóch scenach. Przynajmniej dla mnie. Miałem problem żeby odnaleźć się w toczących się szybko wypadkach i rozróżnić postaci. Ciąg dalszy wszystko jednak uporządkował i wygładził.
Poza tymi trudnościami na wstępie tekst bardzo dobry, trzymający w napięciu i bardzo klimatyczny.
Na koniec małe czepialstwo: przy czterech kilogramach wagi to już raczej nie siekiera, tylko siekieromłot albo klinomłot. Klasyczna siekiera, rzadko przekracza 3kg. Chyba że dwustronna, a tych już prawie się nie używa i nigdy ich nie widziałem w ofercie fiskarsa. (Wybacz zboczenie zawodowe starego drwala )
Odpowiedz
Canulas 9 d.
Nazareth No tak, obycie praktyczne zawsze będzie o krok przed reaserchem. Zastosuję korektę o kilogram, dwa.
Nie wiem czy jest to czynnik łagodzący, ale tekst ma strome wejście przez pryzmat limitu znaków. Nie umiem ciąć, a jak muszę... widzimy.

Dzięki za wizytę i pozytywny odbiór
Odpowiedz
z wykopem
Mnie, w przeciwieństwie do części przedmówców, bardziej przypadł do gustu ciąg dalszy niż początek. Może dlatego, że wolę konkretniejszy konkret. Zabieg z siekierą bardzo dobry - rzadko się zdarza, żeby spoiler nie zepsuł zabawy, a tu właśnie nie zepsuł, przeciwnie - wzmocnił wrażenia
"Odrębność" scen, jak to sam ująłeś, nieco mnie wytrącała z pędu. Należę do tych czytelników, którzy mogą się pogubić, jak się za mocno pomajstruje w chronologii :P
Warstwa językowa i umiejętności narracyjne jak zawsze top.
Pozdro!
Odpowiedz
Canulas 6 d.
CptUgluk scenami to podałem z dwóch powodów, ale pozwolę sobie zachować oba w tajemnicy. A co.
Dzięki za wizytex
Odpowiedz
pkropka 6 d.
z dużym wykopem
Ooo. Stary dobry Can w sile formy!
Uwielbiam ten klimat. Pięknie sprawiasz, że toksyczne staje się romantyczne.
Odpowiedz
Canulas 5 d.
pkropka haha, no proszę. Dobrze ujęte 😏
Dziękuję
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.