online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 27
<
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 25
>

Opis:

spotkanie z fauną (?) podziemną

Tagi: #stalker #zona #czarnobyl #anomalia #mutant #artefakt #emisja

S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 26

 Link do części 25: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9300&am

 

 

  Nagle usłyszałem dźwięk dobiegający z sali z metalowym podestem. Nie byłem w stanie określić, co go wydało. Brzmiało to trochę jak chrzęst nadepniętego podeszwą buta gruzu. Błyskawicznie otrząsnąłem się ze wspomnień o bolesnej przeszłości i wszystkie moje zmysły przekierowałem na źródło hałasu. Przyklęknąłem na jedno kolano z bronią wycelowaną w kierunku przejścia i zamarłem w totalnym bezruchu. Na razie postanowiłem poczekać i nie robić rabanu – może mi się tylko wydawało?

  Kilka chwil później dźwięk się powtórzył. Okej, czyli mi się nie wydawało. Szturchnąłem Mykę w ramię i gdy tylko otworzył oczy, przyłożyłem sobie do ust palec wskazujący. „Cisza”. Wskazałem głową kierunek. Stalker poderwał się bezszelestnie. Chwycił broń i już po chwili czekał w gotowości. Zgrzytnęły pordzewiałe stopnie.

  Wpatrywaliśmy się w miejsce, w którym ściana zamieniała się w pustą przestrzeń prowadzącą do odwiedzonej przez nas wcześniej sali. W pewnym momencie zobaczyłem, jak zza załomu powoluteńku wychyla się półkolisty kształt. Blade światło migoczącego kinkietu nie dawało szansy na dokładniejsze przyjrzenie się obiektowi, chociaż kontur przywodził na myśl ludzką głowę. Coś mi jednak podpowiadało, że starający się podsunąć prawidłową odpowiedź mózg, najpewniej myli się w swoich przypuszczeniach. Czekaliśmy z partnerem w napięciu.

  Po chwili wysunął się już cały łeb i kawałek tułowia. Postać jedną ręką trzymała się narożnika i ewidentnie się nam przyglądała. Jedno wiedziałem na pewno – ludzie nie mają połyskujących w ciemności zielonych oczu. Na ogół też są wyżsi. Ostatecznym argumentem świadczącym za tym, że spoglądającej na nas istoty nie dało się sklasyfikować jako człowieka, był fakt, iż normalni ludzie NIE MIESZKAJĄ w podziemnych kompleksach Zony. Jegomość, który mnie przerwał rozmyślania, a Mychajłowi sen to najpewniej Karlik – kolejny przykład degradacji osoby ludzkiej przez (jak mniemam) nieludzkie eksperymenty i doświadczenia naukowców Świadomości-Z.

  Nigdy wcześniej nie spotkałem tych mutantów, nie znałem też nikogo, kto mógłby się tym pochwalić. O ich istnieniu dowiedziałem się z dokumentów Instytutu, które udostępniał mi Timon podczas moich przygotowań do rozmowy kwalifikacyjnej z Ilczukiem. Niewiele było informacji o Karlikach, toteż niewiele o nich wiedziałem. Pamiętam jednak, że było tam coś o widzeniu w ciemności, apetycie na mięso i zdolnościach telepatycznych. Oraz o tym, że raczej nie występują samotnie. Co więcej, ich drzewo genealogiczne wskazuje, że mogą to być bliskimi krewnymi Burerów. Chociaż krewnymi to dużo powiedziane – w laboratorium stali pewnie w sąsiednich słoikach. Takie pokrewieństwo.

  Tak czy inaczej, wizja spotkania z grupą upiornych, mięsożernych kurdupli z mogącym zmiażdżyć nas na odległość przy pomocy zdolności telekinetycznych Burerem na czele, nie napawała optymizmem.

  Karlik nadal stał i patrzył w naszym kierunku. Trzeba podjąć szybkie kroki, kto wie, jak to jest z tą ich telepatią. Być może skurkowaniec już nadaje zdalnie swoim ziomkom, że dziś na rodzinnym obiedzie w roli dania głównego wystąpi polsko-ukraińska mielonka [*Skład: mięso surowe manualnie oddzielone od kości (Ukrainina 75%, Polszczyna 25%), skórki, miazga kostno-szpikowa, chrząstki, włosy, paznokcie, tłuszcz, sól. Może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych. Spożyć w ciągu 48 godzin].

  Włączyłem latarkę i przez moment w snopie światła ukazała nam się fizjonomia podglądacza. Pozbawiona włosów głowa, blada, pomarszczona skóra na wychudzonej twarzy, rozciągnięte w upiornym niby-uśmiechu usta z kompletem odsłoniętych zębów i błyszczące w świetle jaskrawozielone ślepia sprawiały bardzo nieprzyjemne wrażenie. Niski wzrost i strzępy ubrań dopełniały karykaturalnego, a zarazem koszmarnego widoku. Pokurcz mógł się kojarzyć z jakimś makabrycznym skrzatem rodem z postapokaliptycznego fantasy.

  Nie mieliśmy na szczęście szansy, żeby długo (nie)zachwycać się widokiem obmierzłego karła, bo gdy tylko latarka błysnęła mu po oczach, mutant syknął i zniknął za załomem. Usłyszeliśmy tylko szybkie kroki na schodach i oddalające się echo klapania bosych stóp.

  – Najbrzydszy przedszkolak, jakiego widziałem… – Nie mogłem się powstrzymać.

  – Nie czas na żarty! – ofuknął mnie partner, choć widziałem, że podniósł mu się kącik ust. – Co robimy?

  Stalker miał rację, to nie był moment na śmiechy. Chciałem jednak rozładować nieco napięcie – i to, które spowodowała wizyta karzełka, i to wynikające z moich pchających się na pierwszy plan bolesnych wspomnień. Na nowo przybrałem konkretny, adekwatny do sytuacji ton.

  – Nie mamy wyboru, musimy szukać wyjścia, bo jak kurdupel wróci z kumplami, to będzie niewesoło. Została jedna droga do sprawdzenia, pewnie tam właśnie pobiegł Karlik.

  Myka przytaknął i w pośpiechu zaczął zwijać śpiwór. Był gotów w niecałe pół minuty.

  Ruszyliśmy korytarzem, zeszliśmy ostrożnie do sali z podestem i zatrzymaliśmy się na progu niesprawdzonego wcześniej przejścia. Detektory milczały, śruby nie zgłaszały problemów, więc weszliśmy głębiej. Okazało się, że wnętrze było zbliżone kształtem do półokręgu, a w jego centralnej części znajdowała się bryła jeszcze jednego, mniejszego „pokoju”, będącego prawdopodobnie czymś w stylu pomieszczenia kontrolnego czy innej sterowni. Drzwi w ścianie znajdującej się naprzeciwko nas były zamknięte i zaspawane. Dobrze, przynajmniej mamy pewność, że nic stamtąd nie wylezie.

  Trzeba było obejść centralne pomieszczenie z lewej lub prawej strony. Wybraliśmy lewą, bo wydawała się pewniejsza – z drugiej widać było na ścianie zielonkawą poświatę emitowaną z pewnością przez kałużę Galarety.

  Podłoga miejscami była przykryta panelami z metalowej kraty, pod którymi biegły rury i jakieś żelastwo nieznanego mi przeznaczenia. Niektóre z prostokątnych osłon leżały obok tego, co pierwotnie miały zasłaniać, czym prędzej więc ominęliśmy wyrwy, przechodząc możliwie jak najbliżej ściany. Gdy przemykałem obok tych mrocznych przestrzeni między rurami, wyobraźnia podsunęła mi obraz pomarszczonej łapy chwytającej mnie za kostkę. Na szczęście potrafię na czas przywołać się do porządku i durne wyobrażenia rzadko kiedy przysłaniają mi zdrowy rozsądek.

  W ścianie po drugiej stronie sali znajdowało się otwarte przejście, z którego sączyło się jasne światło działającej jeszcze żarówki. Szliśmy wzdłuż ściany w kierunku jasnego prostokąta, który, jak optymistycznie zakładaliśmy, miał nas doprowadzić do wyjścia z ciemnych, dusznych podziemi.

 Znajdowaliśmy się parę metrów od wnęki, ale zatrzymaliśmy się, widząc leżące na podłodze, wyrwane z zawiasów ciężkie metalowe drzwi. Moje niesamowicie rozwinięte umiejętności dedukcyjne pozwoliły mi odgadnąć, że pochodziły one z centralnego pomieszczenia, które aktualnie obchodziliśmy dookoła, a któremu brakowało właśnie rzeczonych wrót. Dzięki temu mieliśmy okazję zajrzeć z bezpiecznej odległości do środka.

  Miałem cichą nadzieję na to, że wewnątrz domniemanej sterowni będzie drabinka prowadząca prosto na powierzchnię. Niestety w niewielkim pokoiku o ścianach z surowego betonu były tylko jakieś rury i zawory. Praktycznie całą powierzchnię podłogi zajmowała z kolei okrągła, zakratowana studzienka, której grube pręty zostały rozerwane i wygięte ku górze. Anomalia? Mutanty? Nieistotne – i tak nie zamierzaliśmy sprawdzać, co było na dnie. Chcemy w końcu dostać się na górę, a nie złazić jeszcze głębiej.

  Skupiliśmy się na upatrzonym wcześniej przejściu. Pomieszczenie, do którego prowadził króciutki, na oko dwumetrowy korytarz, wyglądało jak klatka schodowa, niestety prowadząca w dół. Zakląłem pod nosem, ale jako że była to prawdopodobnie jedyna dostępna w tej chwili droga, to trzeba było chociaż spróbować. Rzuciłem śrubę, która gładkim łukiem przeleciała przez korytarzyk i brzęknęła o metalowe podłoże szybu po drugiej stronie. Czysto.

  Zrobiłem pierwszy krok i znalazłem się w korytarzu. Druga noga już miała iść w ślady bliźniaczki, kiedy nagle coś usłyszałem. Momentalnie znieruchomiałem, starając się zrozumieć, czy moje zmysły działają, jak trzeba, czy może Emisja naprawdę namieszała mi we łbie. Spojrzałem na Mykę, który też stanął bez ruchu i nasłuchiwał. Czyli jednak mi się nie uroiło. Dźwięk dobiegał z zakratowanej studzienki i odbijał echem od betonowych ścian.

  Dreszcz przebiegł mi po całym ciele. W Zonie, jak już wcześniej wspominałem, można usłyszeć różne odgłosy – ryk, warczenie, szczekanie, wycie, huk wystrzałów, świst wiatru i całą gamę innych hałasów. Jednak płacz niemowlaka, który w tej chwili dobiegał do naszych uszu, był czymś, co wszystkie te dźwięki zostawia daleko w tyle w wyścigu o tytuł najbardziej przerażającego doświadczenia fonicznego.

  – Słyszysz to? Płacz dziecka. – W głosie Myki usłyszałem totalnie uzasadniony strach.

  – Gdzie dziecko w Zonie?! Karły coś kombinują, musimy się pospieszyć.

  Nie miałem pewności, co wydawało ten dźwięk, ale byłem przekonany, że to sztuczka, która ma namieszać nam w głowach i uśpić czujność. Nie powiem, sztuczka całkiem udana.

  Starając się nie zwracać uwagi na „płacz”, przeszedłem szybko przez korytarzyk. Gdy znalazłem się po drugiej stronie przejścia, o mało co nie krzyknąłem z podniecenia. Oświetlone żarówką spiralne schody, zgodnie z tym, co wcześniej zaobserwowaliśmy biegły w dół, ale oprócz nich było tu coś jeszcze. Do ściany po lewej przytwierdzona była drabinka, której nie dało się dostrzec przed wejściem na klatkę schodową. Szczeble prowadziły na górę, do znajdującego się na końcu studzienki niedomkniętego włazu. Z niewielkiej szczeliny między żelazną klapą i betonem sączyło się delikatne światło wczesnego poranka. Uratowani!

  Detektor siedział cicho, nie pozostało nam więc nic innego, jak tylko wspiąć się na górę, uchylić klapę i wyczołgać się na powierzchnię. Jako pierwszy zacząłem ostrożnie pokonywać pionową drogę. Entuzjazm entuzjazmem, ale nie wolno lekceważyć zasad bezpieczeństwa.

 Nagle usłyszałem dobiegający z dołu niski, basowy ryk niezadowolenia, zduszony okrzyk Myki i donośny dźwięk uderzenia czegoś ciężkiego o metalowy podest.

  – Pietrow, szybko! Są tutaj!

  Spojrzałem w dół studzienki i zobaczyłem pospiesznie gramolącego się na drabinę towarzysza. Dźwięki tupania i gniewne pomruki były słyszalne coraz wyraźniej. Czym prędzej dotarłem do włazu i zacząłem napierać na niego od dołu.

  – Szybko, szybko! – krzyczał Myka, jedną ręką trzymając się szczebli, a drugą wyszarpując z kabury swojego Forta dwunastkę i kierując lufę w dół drabiny.

  Klapa była zastana i musiałem mocno pchnąć, żeby odsłonić wyjście. W międzyczasie usłyszałem zwielokrotniony przez ciasną przestrzeń huk wystrzału, potem drugi i jeszcze kolejny. Wszystko dookoła ucichło, a w moich uszach rozbrzmiało głuche dzwonienie. Nie zważając na chwilowy ubytek słuchu, błyskawicznie wyskoczyłem na powierzchnię, zajrzałem do studzienki i podałem rękę towarzyszowi, żeby pomóc mu wydostać się z podziemi. Stalker wstrzymał ogień, wspiął się na górę i chwycił moją rękę. Ponad jego ramieniem ujrzałem kilka paskudnych, bladych, wyszczerzonych mord kłębiących się u podnóża drabiny mutantów, patrzących wściekle za nami. W sumie nie dziwię się, że kurduple były niepocieszone – w ostatniej chwili umknął im, co by nie powiedzieć solidny posiłek. Pociągnąłem partnera w górę i ten już po chwili, cały zdyszany siedział na ziemi obok mnie. Zatrzasnąłem klapę – nie sądziłem, żeby ciemnolubne karzełki podążyły za nami na powierzchnię, ale lepiej się czułem, wiedząc, że dzieli nas solidna warstwa metalu – ostrożności nigdy za wiele.

  Strzelanie z broni palnej w wąskim betonowym przejściu nie jest czymś, co narządy słuchu łatwo wybaczają – nadal denerwująco dzwoniło mi w uszach. Domyślam się, że mój towarzysz odczuł to jeszcze intensywniej – ja byłem wtedy już prawie na zewnątrz, on znajdował się w samym środku ciasnej studzienki.

  Myka sapał i był cały rozdygotany.

  – Skurwiel wyrwał mi broń, moja broń została na dole! – poskarżył się zdecydowanie głośniej, niż należało.

 Aha, wyjaśniło się więc, co tak przedzwoniło w posadzkę.

  – Ciszej! – syknąłem do partnera i pokazałem mu gestem, żeby ściszył głos.

 Nie ma potrzeby zwracać na siebie uwagi jeszcze bardziej. Chociaż fakt faktem, jakoś to tak dziwnie działa, że jak szwankuje słuch, to człowiek automatycznie zaczyna drzeć mordę, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

  Myka przepraszająco uniósł dłoń. Zaczął masować się po uszach, otwierając szeroko usta i próbując w ten sposób przyspieszyć odzyskiwanie sprawności słuchu.

  – Karabin został na dole – powiedział już ciszej. – Kurdupel spojrzał na mnie, a broń sama wyszarpnęła mi się z rąk, jak żywa!

  – Podobno Burery potrafią takie sztuczki. Osłabią cię, zdalnie odbiorą broń i mają cię jak na tacy. Lepiej stracić broń niż życie, Myka. Udało nam się wydostać z tych cholernych podziemi i to jest najważniejsze. Damy radę.

  – Kurwa, mam już dość tej całej akcji! Bierzmy szybko tego Graala i wynośmy się stąd!

  – Tak zrobimy. Wszystko gra, możesz iść?

  – Tak, tak. Nie traćmy czasu.

  Muszę przyznać, że mimo wszystko i tak mieliśmy szczęście. Wiem, że kompleks pod Agropromem jest dużo bardziej rozbudowany, więc to, że tak niespodziewanie szybko udało nam się go opuścić, trzeba przyjąć jako hojny prezent od losu.

  Wyłaz, którym wydostaliśmy się na powierzchnię, znajdował się centralnie między czterema walcowatymi, niewysokimi, przypominającymi silosy budowlami. Obok studzienki wyrastało z ziemi nienaturalnie zwichrowane, ogołocone z liści drzewo.

  Przeszliśmy przez lukę w otaczającym tę część kompleksu ogrodzeniu z siatki i minęliśmy ostrożnie budyneczek w kształcie pionowej, prostokątnej bryły, z którego biegły przewody trakcyjne. Kiedyś w czasach, gdy wszystko jeszcze normalnie funkcjonowało, z trakcji tej korzystały pociągi wjeżdżające na teren zakładu. Teraz nieruchome skorupy spisanych na straty lata temu wagonów odgrywały role naturalnych rekwizytów w filmie reżyserowanym przez samą Zonę.

  Zanim wyszliśmy przez przerwę w otaczającym instytut betonowym płocie, ja raz jeszcze spojrzałem w ziejące z opuszczonych budynków kompleksu pozbawione szyb okna. Zdawało mi się, że w jednym z nich kątem oka dostrzegłem ruch, ale gdy spojrzałem w to miejsce, nie zauważyłem nic. Nie mam pojęcia czy to jakieś zwidy, czy naprawdę coś nas obserwowało, ale nie chciałem się nad tym zastanawiać. Wzdrygnąłem się tylko i podążyłem za Myką. Zostawiliśmy Agroprom za sobą.

 

 

 Link do części 27: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9372&am

14588 zzs

Liczba ocen: 2
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 15

Dodano: 2021-11-12 00:38:38
Komentarze.
alfonsyna 19 d.
z dużym wykopem
Matko bosko, lubię jak doładowujesz całą opowieść poczuciem humoru, bardzo mi to dobrze zagrało szczególnie tutaj w zestawieniu z akcją, niebezpieczeństwem, ciasnotą i ogólnym niepokojem. To chyba jeden z moich ulubionych fragmentów, tak zupełnie subiektywnie patrząc.
Na minus mogę rzec, że kawa faktycznie zimna, na mrożoną się dziś nie pisałam, następnym razem lepszą zrób!
Odpowiedz
CptUgluk 17 d.
alfonsyna o kurczaczki, bardzom zaszczycon, że wygenerowałaś tak miłe słowa i że fragment dobrze się przyjął! Najwidoczniej czasem coś mi się uda xD mam tylko nadzieję, że poziom odbiorczy nie poleci na łeb na szyję teraz!
Ano, trochę poczekała, to i się wystygła. Trza się anonsować zawczasu!
Odpowiedz
Ozar 10 d.
z wykopem
Kolejny ciekawy odcinek a zadanie "[*Skład: mięso surowe manualnie oddzielone od kości (Ukrainina 75%, Polszczyna 25%), skórki, miazga kostno-szpikowa, chrząstki, włosy, paznokcie, tłuszcz, sól. Może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych. Spożyć w ciągu 48 godzin" - wręcz znakomite. No jakoś udało im się wydostać za zewnątrz. Te dzieci mutanty to pewnie kolejne nieudane eksperymenty. Idziesz jak burza i dobrze prowadzisz bohaterów.
Odpowiedz
Ozar Ha, dziękuję, przyłożyłem się do opisu składu
Jako ciekawostkę powiem Ci, że Karlik to mutant, który w grze miał się pojawić, ale ostatecznie został wycięty. Jednak niektóre modyfikacje umożliwiają przywrócenie go Burery natomiast można spotkać osobiście podczas wirtualnych wojaży.
Dziękuję pięknie i zapraszam dalej w wolnej chwili
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.