online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
TW #4 — Tym razem nie będą się bać
<
Ostatni na Ziemi 1
>

Opis:

Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9296&am

Ostatni na Ziemi 2

 II

 

 Obserwowałem wskazania przez ponad miesiąc, ale nie uległy zmianie. Prawie nie spałem, nie chcąc przegapić momentu, w którym coś się wydarzy, jednak ani razu nie padał deszcz, wiatr prawie ustał. Doskwierał mi brak informacji z zewnątrz, oraz niepewność co do tego, jak wygląda świat. Same dane liczbowe nie były wystarczające. Zastanawiało mnie, czy ktoś przeżył. W końcu wziąłem ze spiżarni ostatnią puszkę konserwy, którą zjadłem na zimno. Zebrałem notatki sporządzone w trakcie izolacji, spakowałem razem z kilkoma butelkami wody i krakersami, po czym opuściłem azyl. Drzwi otworzyły się z trudem, wypaczone przez ciepło. Suche powietrze drapało płuca, przez co walczyłem o każdy oddech, lecz wiedziałem, że albo się przyzwyczaję, albo mogę wracać do schronu, zwinąć się w kłębek i poddać. Wybrałem pierwszą opcję. Zdjąłem koszulkę, założyłem czapkę z daszkiem i wyszedłem frontowymi drzwiami na spotkanie z palącym słońcem.

  Wszystko wyglądało, jakby się roztopiło. Kształty były zamazane, zniknęły ostre krawędzie. Okolica ucichła. W pierwszym odruchu poszedłem do sąsiadów, lecz nie odpowiadali na pukanie, ani nawoływania. Obszedłem dom dookoła. Wszystkie drzwi i okna były zamknięte, dom wydawał się opuszczony. Czułem, jak pot leje mi się po plecach, ubranie kleiło się do ciała. Jedyne dźwięki które rejestrowałem to sucha trawa trzeszcząca pod stopami i mój ciężki oddech. Biorąc pod uwagę wszechobecną pustkę wybiłem okno i wszedłem do środka.

  — Halo! Jest tu ktoś? — zawołałem dla pewności, lecz odpowiedź nie nadeszła.

  Skierowałem się na tył domu. Minąłem wiszące w przedpokoju kurtki i zwolniłem krok. Przestępowałem nad rozrzuconymi zabawkami, uważnie lustrując każdy kąt. Serce podskoczyło niespokojnie, kiedy kątem oka zauważyłem bezkształtną postać, lecz było to tylko odbicie w lustrze. Zawiedziony ruszyłem dalej.

  Drżącą dłonią otworzyłem drzwi prowadzące do kuchni i zamarłem w progu. Pośrodku jasnego drewnianego stołu stała patelnia pełna zwęglonych wspomnień po czymś, co uznałem za jajecznicę. Nie wyczułem żadnego określonego zapachu, może tylko drażniącą woń kurzu. Za to wzrok przyciągał kształt, który spoczywał na jednym z krzeseł. Wręcz hipnotyzował. Naga czaszka z mocno naciągniętą, pergaminowo–szarą skórą opadła na ramię, z którego luźno zwisała koszula. Jak wskazywała wtopiona w ciało biżuteria, była to moja sąsiadka. Pierścionki wyglądały, jakby wrastały z kościstych palców. Dłonie kobiety musiały mocno spuchnąć, zanim umarła, a cała woda odparowała. Jej wygląd nie dawał nadziei, co do tego, że ktoś z domowników ocalał. Zdążyłem dostrzec jeszcze podeszwy stóp znajdujące się nieopodal, kiedy wybiegałem zwymiotować w ogrodzie.

  Wróciłem chwiejnym krokiem do własnego domu. Próbowałem włączyć telewizor, lub radio, ale nie było prądu. Zszedłem do schronu po komórkę, do tej pory wyłączoną. Działała, lecz wyświetlała komunikat o braku dostępu do sieci. Nie działały aplikacje korzystające z internetu, czy GPS. Mimo to spróbowałem zadzwonić pod numer alarmowy, lecz brak sygnału utwierdził mnie w przekonaniu, że padły wszystkie systemy transmisji danych. Cały sprzęt telekomunikacyjny był najnowszej generacji, opierał się na geolokalizacji i komunikacji satelitarnej. Oba systemy wymagały połączenia z segmentami naziemnymi, które bez prądu nie działały. Wywnioskowałem, że wszystko przestało działać, z elektrowniami na czele.

  Wygrzebałem z dna szafy stary plecak podróżny, trapery oraz lekką, przewiewną koszulkę wraz ze spodniami khaki. Obchodząc dom zabierałem najpotrzebniejsze rzeczy, żegnając się z każdym kątem. Nie sądziłem, żebym miał do niego wrócić. Za priorytet uznałem znalezienie jedzenia, a potem ocalałych. Powtarzałem jak mantrę, że nie mogę być ostatni na ziemi. Nie mogę... Ktoś musiał zdążyć się schować. W piwnicy, pobliskim schronie? Ludzie pracują pod ziemią, tam byliby bezpieczni. Istniała szansa, że efekt miał miejsce na niewielkim terenie, który szybko opuszczę i uzyskam pomoc. Tylko czy wtedy warto szukać ocalałych i ciągnąć ich ze sobą? W sumie nie miałem gwarancji, że efekt był miejscowy, więc dla zabezpieczenia postanowiłem szukać innych.

  Pogrążony w myślach potknąłem się o dziennik leżący na ganku. Przenikająca cisza podkreśliła przyspieszone tętno, kiedy serce zabiło mocniej. Chciałem go zabrać, zachować świadectwo świata, jaki znałem do tej pory, lecz w ostatecznym rozrachunku wygrał strach. Wyobraźnia podsunęła niezliczoną ilość scenariuszy, w których napotkani ludzie odnajdują przy mnie przyznanie, że jestem głównym sprawcą katastrofy. Raczej nie byliby zachwyceni.

  Schowałem dziennik do torebki foliowej i zakopałem pod martwym drzewem, z którego zwisał sznurek pozostały po roztopionej słoninie.

  Z braku lepszego pomysłu poszedłem do pobliskiego sklepu. Nie było mowy o podjechaniu samochodem, opony roztopiły się i przywarły do podjazdu. Porzuciłem marzenia o wygodzie klimatyzowanego wnętrza na rzecz powolnej wędrówki rozgrzanym chodnikiem.

  Po drodze wypatrywałem jakichkolwiek oznak życia. Na marne. Wiatr był tak słaby, że nie poruszał nawet najdrobniejszych gałązek. Domy wokół patrzyły martwymi oknami, nieprzyjaźnie odbijając oślepiające słońce. Widok, który zastałem w delikatesach, nie należał do najprzyjemniejszych, lecz po tym, co zobaczyłem u sąsiadów, byłem na niego przygotowany. Patrzenie na podłogę ograniczyłem do minimum. Nie przyglądać się, ale też absolutnie nie potknąć.

  Zapach zepsutego mleka i mięsa, wyczuwalny już od wejścia, zdradzał, że nie było potrzeby sprawdzać lodówek. W pierwszej kolejności skierowałem się ku działowi z napojami. Okruchy szkła trzeszczały pod podeszwami, które po kilku krokach stały się lepkie od słodkich soków. Ocalały niektóre kartonowe opakowania, choć w większości dość napuchnięte. Mimo to sięgnąłem po nektar pomarańczowy i wziąłem potężny łyk. Od razu wiedziałem, że popełniłem głupi błąd. Po przełknięciu gęstego płynu poczułem smak żółci i zepsutych owoców, a z opakowania doleciał zapach przypominający zamokłe jesienne liście. Splunąłem z niesmakiem, po czym otarłem język brzegiem koszulki.

  Pomimo pierwszego niepowodzenia przeszukałem pozostałe półki. Większość opakowań rozpłynęła się, zalewając zawartość plastikiem, ale udało mi się odnaleźć suchary, które po oderwaniu stopionej folii nadawały się do spożycia, oraz kilka puszek, które uchowały się na tyłach magazynu. Pozostałe rozsadziła zawartość. Znalazłem też sporo produktów w szklanych naczyniach, ukrytych na magazynku i w zamkniętych lodówkach, nie narzekałem więc na brak wody i alkoholu, choć musiałem wygrzebać je spomiędzy rozbitych butelek.

 

  Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając cienie na marketowe alejki. Dom już pożegnałem. Bałem się, że jeśli choć raz spojrzę za siebie, cała determinacja wyparuje, zanocowałem więc w sklepie. Ku mojemu zdziwieniu, pierwszy raz od dawna byłem zrelaksowany. Całe napięcie i niepewność zniknęły, odkąd znałem swoje położenie. Przynajmniej miałem motywację do działania i cel.

  Odkorkowałem najdroższe wino, nalałem do kubka z pingwinem w czapce Mikołaja i usiadłem na zewnątrz.

  — Za nowy dzień! — Uniosłem kubek ku słońcu. Upiłem łyk, krzywiąc się z niesmakiem – wino było zdecydowanie zbyt wytrawne. Wylałem resztę, odszukałem tańsze i o wiele słodsze, po czym wróciłem na dwór.

  Niebo powoli ciemniało, kiedy popijałem białe wino. Nie miałem co liczyć na pokaz barw, aż po horyzont nie było widać najmniejszej chmurki.

  — Za dwa tygodnie święta — powiedziałem do siebie, ocierając pot z czoła — a jest gorąco jak na Karaibach.

  Chwilę siedziałem uśmiechając się do absurdu sytuacji, gdy z pobliskich krzaków dobiegło nieśmiałe cykanie świerszcza. Zaśmiałem się na głos, czując, jak wilgotnieją mi oczy.

  — Cześć, maluchu! — zawołałem. — W jakim zakamarku się uchowałeś?

  Z zamkniętymi powiekami słuchałem koncertu na jedną parę skrzydeł. Panująca duchota obudziła wspomnienie gorących dni lata, które spędziłem z kilkoma znajomymi nad jeziorem Schwansee. Świętowaliśmy zakończenie drugiego roku studiów oraz moją wyprowadzkę od rodziców. Tam też poznałem Zosię.

  Staliśmy z chłopakami w ciepłej wodzie pełnej wodorostów, obserwowaliśmy opalające się na plaży dziewczyny, a drobne rybki pływały nam wokół kostek. W pewnym momencie odłączyłem się od grupy. Zapatrzony w linię drzew rozmyślałem nad potrzebą oderwania się od codzienności i jak pomaga w tym obcowanie z naturą.

  Z rozmyślań wyrwała mnie dłoń delikatnie dotykająca spalonej słońcem skóry na ramieniu.

  — Przepraszam że przeszkadzam. Pomyślałam tylko, że przyda ci się to. — Nieśmiało uśmiechnięta brunetka ściskała w dłoni olejek do opalania. Musiałem spojrzeć na nią nieprzychylnie, bo zaczęła nerwowo kręcić zakrętką. — Po prostu masz spalone plecy, możesz dostać gorączki.

  — Dziękuję, przyda się. — Sięgnąłem po butelkę. Musnąłem palec dziewczyny i w ułamku sekundy przeszył mnie prąd.

  Wysmarowałem ramiona i część pleców, do której sięgałem. Nie odważyłem się poprosić o pomoc, lecz kiedy już oddałem olejek i dziewczyna zaczęła odchodzić, zawołałem:

  — Jak masz na imię?

  Przystanęła, obróciła się i obdarzyła mnie najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek widziałem. Słońce grało kasztanowymi refleksami we włosach targanych wiatrem, smukłe mięśnie nóg grały pod skórą.

  — Zofia.

  — Zofio, robimy dzisiaj ognisko. Przyjdź.

  Wspomnienie tego spotkania było wyraźne, zaś wieczór rozpływał się w dymie pachnącym pieczonymi ziemniakami. Pamiętałem, jak dotknęła mojej dłoni. Czułem jej policzek na swoim ramieniu, kiedy objąłem ją ośmielony dwoma piwami, wspominałem zapach świeżo umytych włosów. Świat nie istniał, kiedy rozmawialiśmy o domu, szkole i marzeniach, docierały do nas jedynie odległe śmiechy.

  Następnie spacer po ciemnym lesie. Jej gorące usta złączone z moimi. Linia pleców i miękkość kształtów pod nerwowo błądzącymi dłońmi, palce wplątane w długie włosy. Jej urywany oddech przy moim uchu i szept „nigdy wcześniej tego nie robiłam”. Ja też nie. Kiedy to wyznałem, mocno mnie objęła.

  — Obiecaj, że mnie zapamiętasz.

  — Nigdy cię nie zapomnę.

  Kochaliśmy się na gęstym mchu. Później leżała z głową na moim ramieniu, obserwowaliśmy rozgweżdżone niebo. Było nam dobrze w ciszy. Dotyk nagiej skóry koił, dzięki niemu nie musiałem myśleć o niczym.

  Ubraliśmy się dopiero, kiedy poranek zabarwił horyzont na pomarańczowo. Odprowadziłem Zosię do hotelu. Pod drzwiami poprosiłem o numer telefonu, lub adres, bym mógł pisać listy. Dotknęła mojego policzka i spojrzała głęboko w oczy,

  — Ta noc będzie najpiękniejszym wspomnieniem jeżeli więcej się nie spotkamy.

  — Chcę mieć z tobą więcej wspomnień, niż to jedno — szepnąłem.

  — Wybacz. Nie chcę zniszczyć magii.

  Odwróciła się i odeszła.

  Uszanowałem jej decyzję, choć zrozumiałem ją dopiero po latach. Słodycz tamtych chwil wciąż boleśnie ściskała serce. Świerszcz dalej grał nieświadomy mojej obecności.

  Dopiłem resztę wina i rozpłakałem się na dobre. Zasnąłem zwinięty w kłębek.

10982 zzs

Liczba ocen: 3
81%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~pkropka
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 20

Dodano: 2021-11-14 19:18:56
Komentarze.
Canulas 19 d.
z dużym wykopem
Upiornie dopracowane opowiadanie. Mam nadzieję, że seria będzie długa i prężna.

"Wszystko wyglądało, jakby się roztopiło. Kształty były zamazane, zniknęły ostre krawędzie. Okolica ucichła."- zajebisty opis z tym roztopieniem.

Sama końcówka z Zofią też zagrała stylowo.
Będę śledził.
Odpowiedz
pkropka 18 d.
Canulas też mam nadzieję, że będzie długa i prężna
Dzięki mesje Canulardo
Odpowiedz
Ogonisko 14 d.
z wykopem
Gdyby Zofia była tym obleczonym w biżuterię truchłem. Tako jakoś zbyt ckliwa końcówka. Ale spoko. Poczekam na III część.
Odpowiedz
pkropka 13 d.
Ogonisko Chyba byłoby zbyt sztampowo, gdyby to była ona...
Dzięki!
Odpowiedz
Ogonisko 12 d.
pkropka możliwe, zwyczajnie zdążyłem jej nie polubiłem
Odpowiedz
Ogonisko 12 d.
Ogonisko *nie polubić.
Odpowiedz
Mia123a 9 d.
z dużym wykopem
Hejo Pkropeczko Kojarzę, ze czytałam u Ciebie kiedyś opko o takim tytule, czyżbyś teraz je rozwinęła? 🤔
Wciągająca opowieść z suuuuper klimatem, bardzo mi się podobało. W wolnej chwili wpadnę do trójki bo widzę, że jest
Pozdrówka
Odpowiedz
pkropka 9 d.
Mia123a miło cię widzieć pod tekstem
Tak, to dokładnie ten tekst, tylko mocno rozwinięty (choć na wczesnym etapie, jakieś 97tys. zzs).
Cieszę się, że przypadło do gustu
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.