online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
Ostatni na Ziemi 4
<
TW #4 — Tym razem nie będą się bać
>

Opis:

Poprzednia część: https://t3kstura.eu/pokaz_tekst.php?id_txt=9351

Ostatni na Ziemi 3

 III

  Obudziło mnie łupanie w czaszce. Wdzięczny, że słońce dopiero wschodzi, otworzyłem zapuchnięte oczy i przeciągnąłem obolałe ciało. Skarciłem się w myślach za wypicie całej butelki wina. Dobrze, że przynajmniej nie oddaliłem się od sklepu, w którym były zbawienne tabletki na kaca. Wziąłem od razu trzy, popijając dużą ilością wody.

  Uznałem, że nadszedł moment na założenie nowego dziennika. Z niewielkiego działu papierniczego składającego się z dwóch półek wziąłem zeszyt z namalowanym na okładce czerwonym robotem. Nie był w moim stylu, lecz do wyboru miałem jeszcze wróżkę z przejrzystymi skrzydełkami lub pluszowego misia. Uznałem za nawet zabawne, że drogim wiecznym piórem zapiszę historię końca świata w zeszycie dla dzieci.

  — Przynajmniej będę mógł udawać, że mówię do ciebie — powiedziałem patrząc na uśmiechniętego robota. — To dopiero ironia losu. Kiedyś wiele bym dał, żeby dano mi pracować w spokoju. Unikałem kontaktu z innymi, a teraz gadam do rysunku, bo brakuje mi ludzkiego głosu.

  Nie chciałem przebywać w sklepie dłużej, niż potrzeba. Mdliło mnie od wszechobecnego odoru rozkładu, nie chciałem też odwlekać nieuchronnego. Wyszedłem z zeszytem w garści na zewnątrz, usiadłem w cieniu i na pierwszej stronie wyrysowałem schemat mapy. Zaznaczyłem dom i sklep, strzałkami określiłem kierunki okolicznych miast. Postanowiłem kierować się do oddalonego o trzydzieści kilometrów Monachium, skąd dalej mógłbym próbować szczęścia w głównej siedzibie projektu, która znajdowała się w bazie lotniczej w Lechfeld. Liczyłem, że nie będę musiał wędrować dalej.

  — Myślisz, że damy radę? — zwróciłem się do robota, który dalej uśmiechał się z okładki.

 ***

 17 grudnia

  Upał znacząco mnie spowolnił, lecz dotarłem do obrzeży Monachium. Zajęło to cały dzień. Nie próbowałem wchodzić głębiej w miasto, nagrzane budynki promieniują nieznośnym ciepłem. Nawet, jeśli ktoś przeżył schowany w piwnicy lub metrze, nie ma szans na przetrwanie po wyjściu na powierzchnię. Jestem pewien, że gdybym wszedł między wieżowce, straciłbym przytomność po zaledwie kilku krokach.

  Ruszam do Lechfeld.

 

  Schowałem długopis do kieszeni, zaś zeszyt do plecaka. Chwilę obserwowałem tańczące w gorącym powietrzu zarysy strzelistej wierzy Nowego Ratusza. Na krańcu pamięci zamajaczyło wspomnienie, jak wraz matką kupowaliśmy ozdoby świąteczne na placu Mariackim. Mocno trzymała mnie za rękę i godzinami wybierała najpiękniejsze szklane bombki. Kiedy zauważała moje zmęczenie, zamówiła grzane wino dla siebie i gorącą czekoladę dla mnie. Usiedliśmy na kamiennym murku przy nieczynnej fontannie, obserwowaliśmy mijających nas ludzi i migotanie światełek zdobiących choinkę.

  Na zakończenie dnia mama zabrała mnie na lodowisko. Stała przy barierce i z uśmiechem machała, kiedy próbowałem złapać równowagę, lub przemykałem pomiędzy łyżwiarzami. Zawsze czujna, gotowa zareagować, gdybym się przewrócił.

  Później wróciliśmy zatłoczonym pociągiem do domu, w którym tata czekał w wygodnym fotelu i czytał książkę.

  Myśl, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia wydawała się niedorzeczna w panującym upale.

 

  Otrząsnąłem się ze wspomnień, wziąłem łyk wody, po czym zawróciłem szukać drogowskazu na Lechfeld. Noc spędziłem nieopodal pola golfowego.

 

 ***

  Do bazy lotniczej dotarłem dzień przed Wigilią. Długo szedłem wzdłuż pasa startowego, jednak w końcu musiałem postawić na nim stopę. Zwlekałem tak długo, jak się dało.

  Mijałem przekrzywione myśliwce, które zapadły się w roztopionym asfalcie. Słońce odbijane przez lśniące szyby piekło nieosłonięte fragmenty skóry, już i tak pokryte pęcherzami z których sączyła się surowica. Przy najlżejszym dotyku poparzone miejsca piekły, wbijając szpile bólu rozchodzącego się nieprzyjemnym mrowieniem.

  W końcu nie miałem wyboru. Aby dostać się do głównego wejścia znajdującego się pod nasypem ziemi, musiałem przejść przez asfalt. Był miękki jak plastelina. Od razu nadtopił mi podeszwę, jednocześnie oblepiając but. Czułem, jakbym przedzierał się przez bagno. Kiedy tylko przenosiłem ciężar ciała, zapadałem się kilka centymetrów. Z trudem odrywałem stopy od podłoża, asfalt poddawał się z cichym cmoknięciem.

  Kiedy wreszcie dotarłem do pancernych drzwi, nie potrzebowałem nawet sprawdzać, czy moja stara karta nadal działa. Nie świeciła żadna kontrolka na czytniku. W pierwszym odruchu nacisnąłem klamkę. Kiedy nie ustąpiła, uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Przez panujący zaduch myślenie przychodziło z wysiłkiem, nic dziwnego, że przeoczyłem tak oczywistą rzecz. Zabezpieczenia nie mogły być inaczej ustawione, niż na totalny lock down. W skrócie oznaczało to, że wszystkie wejścia ustawiono tak, aby w przypadku odcięcia zasilania nie dało się ich otworzyć. Z zewnątrz, ani od środka. Generatory awaryjne miały starczać na kilka, góra kilkanaście dni. Nie pomagał też fakt, że nie przetrwała też pewnie elektronika w zamkach znajdujących się na zewnątrz.

  Pozostało tylko jedno – wyjście awaryjne. Klucz do niego miał przy sobie zawsze dowódca warty, musiałem go tylko odnaleźć.

 

  Najbliższy posterunek znajdował się tuż obok. Drzwi budki napuchły, zaparłem się więc o ściankę i mocno pociągnąłem. Wylądowałem jak długi na ziemi, kiedy wreszcie ustąpiły.

  Pod okienkiem stało biurko zasłane stertą papierów. Na księdze gości stał granatowy kubek, spod którego wyglądały zaschnięte plamy kawy. Kalendarz spadł ze ściany i leżał tuż obok furażerki, pod stopami wartownika siedzącego na drewnianym krześle.

  Ociągałem się z podniesieniem wzroku. Powoli wędrowałem nim wzdłuż nóg krzesła, następnie po materiale munduru. Śledziłem każde załamanie. Zatrzymałem się na pustych pagonach. Wiedziałem już, że nie znalazłem dowódcy, mimo to ciekawość zwyciężyła. Zerknąłem na czaszkę obciągniętą cienką, pomarszczoną skórą. Była matowa, w nieokreślonym burym kolorze. Drżałem na całym ciele, kiedy skradałem się do wartownika. Wojskowy obserwował bramę pustymi oczodołami, jego dłonie spoczywały na niedoczytanej gazecie. Z wciąż niewiadomego powodu starałem się zachowywać bezszelestnie, jakby wartownik miał się lada chwila obudzić z drzemki i nakryć mnie w miejscu niedozwolonym cywilom. Delikatnie sięgnąłem łańcuszka, który okalał chudą szyję i znikał pod bluzą munduru. Palcem wskazującym zahaczyłem go i pociągnąłem, lecz poczułem opór. Szarpnąłem mocniej i nieśmiertelnik oderwał się od piersi chłopaka.

  Zacisnąłem powieki. Wdech, wydech... Niewielki ciężar zawieszki w dłoni. Przemogłem się i odczytałem z blaszki imię Jonas. Z niedowierzaniem spojrzałem na wysuszoną twarz. Żadne rysy go nie zdradzały. Lubiłem Jonasa, zawsze był serdeczny i kiedy wychodziłem jako ostatni dopytywał, czy aby na pewno zjadłem obiad. Ostatniego dnia mojej pracy uścisnęliśmy sobie dłonie.

  Przełożonym Jonasa był Wulfrik. Przynajmniej wiedziałem kogo szukam, lecz wiedziałem też, że to zbędna wiedza. Skoro nie poznałem Jonasa, byłem zmuszony sprawdzać wszystkie nieśmiertelniki.

 

  Nie bez trudu wspiąłem się na wysoki wał obronny, ze szczytu którego uważnie zlustrowałem okolicę. Niedaleko parkingu znajdował się budynek z wieżą kontroli lotów i kantyną. Miał podobne zabezpieczenia do naszego bunkra, wiedziałem więc, że nie warto próbować się tam dostać. Ze smutkiem zauważyłem pole pełne ciał, zapewne obserwatorów widowiska, jakim miały być testy systemu manipulowania pogodą. Zacisnąłem zęby i odwróciłem wzrok.

  Po przeciwnej stronie bazy znajdowała się brama wjazdowa dla samochodów dostawczych. Przeczucie podpowiadało mi, że tam znajdę dowódcę warty. Osoby z zewnątrz zawsze przechodziły najbardziej rygorystyczną kontrolę.

  Brama była zamknięta. Kiedy podszedłem bliżej, na posterunku zauważyłem dwie sylwetki. Stolik i podłogę zaściełały rozsypane karty do gry, z przepełnionej popielniczki przy wejściu wysypywały się pety. Jeden z żołnierzy zastygł rozparty na twardym krześle w pozycji, która nie mogła być wygodna. Drugi, postawniejszy, siedział wyprostowany. Głowa lekko opadła mu na pierś, w luźno zwisającej ręce wciąż ściskał dziesiątkę pik. Podszedłem najpierw do niego. Na szczęście nieśmiertelnik nie stawiał oporu, musiał spoczywać na podkoszulku. Odnalazłem Wulfrika. Nadszedł trudniejszy moment, zlokalizowanie odpowiedniego klucza.

  Przed drugim żołnierzem leżała paczka papierosów. Idealny pretekst, żeby znów przeciągnąć w czasie nieuniknione. Nie paliłem od lat, przez co po pierwszym zaciągnięciu dymem zaniosłem się kaszlem. Przetarłem łzawiące oczy, odchrząknąłem i spróbowałem ponownie. Po chwili poczułem zawroty głowy, zgasiłem więc niedopałek i dorzuciłem na stertę. Wytarłem dłoń w spodnie, wciąż przeciągając sekundy. „Dasz radę” – pomyślałem, ponownie przekraczając próg wartowni.

  Poszukiwania zacząłem od kieszeni na piersi Wulfrika. Wciąż powtarzałem w myślach „On nie ma ci tego za złe. Jest mu to obojętne” i tym podobne brednie. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że odpięcie guzika w klapie zajęło dobre pięć minut. Kiedy w końcu dokonałem niemożliwego, odnalazłem tylko wymiętą kartkę zapisaną wyblakłym atramentem. „Smacznego” z dorysowanym koślawym serduszkiem. Ewidentnie litery kreśliła dziecięca rączka. Od razu przed oczami pojawił mi się obraz uśmiechniętej dziewczynki przygotowującej tacie kanapki do pracy. Wszystko pewnie nadzorowała mama. Razem posmarowały kromki masłem, mała układała szynkę, pomidora i ser, a całość spakowała do brązowej torebki wraz z liścikiem. Taką samą otwierała codziennie w szkole.

  Czy to co czułem było zazdrością? Nie byłem pewien, pożegnałem więc wyimaginowaną rodzinę i wróciłem do oględzin. Druga kieszeń skrywała jedynie paprochy, zaś boczne kieszenie na udach były puste. Bez przekonania zlustrowałem jeszcze pas, jak gdyby dowódca warty miał nosić pęk kluczy na modłę strażnika więziennego. Tym sposobem odhaczyłem ostatnie miejsce, które nie wymagało poruszania ciałem.

 

  Nie wiem ile czasu patrzyłem tępo w pozbawioną wyrazu czaszkę przypominającą maskę na Halloween. Kiedy przełamałem się i rozpiąłem bluzę mężczyzny, strażnicę wypełnił mdły zapach kurzu i stęchlizny. Podobnie pachniała szafa u dziadków.

  Wychudłą pierś opinała jedynie koszulka termiczna. Ewidentnie nie skrywała żadnych kieszeni, ani tym bardziej kluczy. Jako kolejne sprawdziłem przednie kieszenie spodni. Sądziłem, że dostanie się do nich będzie trudniejsze, udało mi się jednak wsunąć w nie dłoń bez zdejmowania Wulfrika z krzesła. Lewą oblepiła rozpuszczona guma do żucia wymieszana z papierkami, w prawej znalazłem zaś kilka drobnych. Ze wstydem wyjąłem je i schowałem na wypadek, gdybym miał znaleźć później działający automat z przekąskami.

  Nadszedł moment na najgorsze. Tylne kieszenie. Chwilę tańczyłem po pomieszczeniu szukając najlepszego sposobu na zdjęcie Wulfrika z krzesła. W końcu zaszedłem go od tyłu i chwyciłem pod ramiona. Był zaskakująco lekki, odchyliłem go bez większego problemu, jednak kiedy poderwałem ciało do góry, prawe ramię poluzowało się i zawisło bezwładnie w rękawie bluzy. Straciłem równowagę. Z hukiem zwaliłem się na ziemię, pociągając ciało na siebie. Powietrze wypełniły wirujące drobinki kurzu, mieniące się w świetle zachodzącego słońca. Po skroniach, pociekły mi słone łzy. Bezwiednie przytuliłem zwały ubrań skrywające ciało, nim delikatnie ułożyłem je na podłodze, twarzą w dół.

  Siedziałem po turecku. Dopiero piekący ból rozrywanej skóry uświadomił mi, że obgryzam paznokcie. Wtedy poczułem też lekki metaliczny posmak, i chrzęst piasku między zębami. Jeszcze chwilę pozwoliłem sobie na folgowanie nerwowemu nawykowi, nim wyjąłem palce z ust.

  Na czworaka podszedłem do Wulfrika. Odpiąłem tylne klapy w spodniach. Wsunąłem dłoń i namacałem cienką smycz, na końcu której znajdował się plastikowy identyfikator wraz z kilkoma niepozornymi kluczykami. Przycisnąłem je do piersi, niczym najcenniejszy skarb.

  Czym prędzej opuściłem strażnicę, lecz nie skierowałem się do bunkrów laboratorium. Noc postanowiłem spędzić pod gołym niebem. Odnalazłem kryjówkę między pniami drzewami, których cień miał osłonić mnie rano przed palącym słońcem. Położyłem się na plecach, z szeroko rozłożonymi rękami i długo obserwowałem wędrówkę gwiazd. Od lat nie widziałem tak przejrzystego nieba. Ostatni raz chyba na działce u Konrada, kiedy na koniec trzeciej klasy podstawówki spaliśmy pod namiotem. Jego mama przygotowała gorące kakao, które popijaliśmy siedząc w śpiworach. Przez otwarte wejście do namiotu patrzyliśmy w gwiazdy i snuliśmy marzenia o dorosłym życiu, które wydawało się czymś wspaniałym. Chciałem wtedy zostać weterynarzem, lub policjantem. Byłem pewien, że nie pójdę w ślady rodziców, bo nie mieli wcale czasu na zabawę. A ja mimo wszystko lubiłem się bawić.

  Nie byłem pewien, czy ośmioletnia wersja mnie byłaby zadowolona ze ścieżki, którą obrałem.

 

  Obudziły mnie pierwsze promienie, przedzierające się przez potężne konary. Usiadłem wsparty o stary klon. Powoli sączyłem wodę i chrupałem krakersy, obserwując bezchmurne niebo. Ruszyłem dopiero, kiedy żołądek przyjął skromne śniadanie.

  Dość szybko znalazłem się przy wyjściu awaryjnym. Wszyscy pracownicy wiedzieli, gdzie się znajduje, był to obowiązkowy punkt szkolenia bhp. Spojrzałem na klucze, których przez cała noc nie wypuściłem z ręki. Szukałem najbardziej prawdopodobnego kandydata. Z miejsca odrzuciłem okrągły kluczyk i najmniejszy klasyczny, otwierały zapewne kontenerek kuchenny oraz szafkę osobistą. Sam miałem podobne przyczepione do karty. Pozostały dwa. Jako pierwszy przymierzyłem srebrny klucz z wygrawerowanymi numerami. Do połowy wszedł w dziurkę, po czym zakleszczył się. Jeszcze raz lekko go pchnąłem, lecz ewidentnie nie pasował.

  Drugi był cały pordzewiały. Wiedziałem, że nie zadziała, jak tylko wziąłem go w palce. Był zdecydowanie za duży. Mimo to bezskutecznie próbowałem. Zrezygnowany sprawdziłem też dwa małe kluczyki, po czym zacząłem szarpać klamkę i walić pięścią w drzwi. Ze złością cisnąłem nieprzydatne przedmioty na próg. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę ze strasznej pomyłki. Wulfrika zdegradowano tydzień przed moim urlopem. Podobno ukradkiem popijał. Całkiem go lubiłem, ale był to moment w którym poczułem czystą nienawiść. Przeszukanie zwłok nie należało do przyjemności, a przez jego głupotę musiałem to powtórzyć jeszcze niewiadomą ilość razy.

 

  Dalsze poszukiwania zlały się w mej pamięci w jedną szarą breję. Jak we śnie krążyłem wokół wałów i ogrodzeń, zaglądałem w każdy kąt i każdą kieszeń. Darowałem sobie sprawdzanie imion.

  Kilku żołnierzy miało piersiówki ukryte za pazuchą. Wznosiłem je do toastu. „Twoje zdrowie, kolego!”, wołałem, po czym upijałem solidny łyk. Alkohol palił gardło, ale i mącił wzrok, co przyjmowałem z ulgą. By oszczędzić sobie wracania wciąż pod drzwi, wszystkie znalezione klucze zbierałem do woreczka zaimprowizowanego z czyjejś chustki w kratę.

  W końcu zatoczyłem koło i wróciłem pod wyjście ewakuacyjne. Brałem losowy klucz, przymierzałem, po czym odkładałem na stertę obok. Kilka wsunęło się w otwór, wtedy mimowolnie wstrzymywałem. Dopiero piąty z głuchym trzaskiem pozwolił się przekręcić. Z niedowierzaniem delektowałem się chłodnym powiewem na twarzy, po czym zebrałem wszystkie klucze z powrotem, zarzuciłem plecak na ramię i wkroczyłem w ciemność. „Wesołych Świąt”, szepnąłem do świata, po czym zamknąłem za sobą drzwi.

15254 zzs

Liczba ocen: 1
75%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~pkropka
Kategoria: fantastyka

Liczba wejść: 15

Dodano: 2021-11-21 20:31:57
Komentarze.
Canulas 9 d.
z dużym wykopem
Helloł

"Mocno trzymała mnie za rękę i godzinami wybierała najpiękniejsze szklane bombki. Kiedy zauważała moje zmęczenie, zamówiła grzane wino dla siebie i gorącą czekoladę dla mnie. Usiedliśmy na kamiennym murku przy nieczynnej fontannie, obserwowaliśmy mijających nas ludzi i migotanie światełek zdobiących choinkę.

Na zakończenie dnia mama zabrała mnie na lodowisko." - tutaj masz aż 4x mnie. To sporo. Może chociaż to czwarte wyeliminować w stylu: Ma zakończenie dnia poszliśmy na lodowisko -


I jeszcze może: " Czy to co czułem było zazdrością? Nie byłem pewien, pożegnałem więc wyimaginowaną rodzinę i wróciłem do oględzin. Druga kieszeń skrywała jedynie paprochy, zaś boczne kieszenie na udach były puste." - 3x było/byłem.

Ale to duperelki.

Szykuje Ci się (być może) opus magnum. - Rasowe postapo. Podoba mi się drobiazgowość i to, że problemami jest... wszystko. Najprostsza rzecz. To, że pamiętasz o szczegółach i zwłaszcza opisy.
Detale.
Leżący kalendarz, popijanie z manierek, krew pod kubkiem.
Widzę to. Dobrze kreujesz obrazy.


Odpowiedz
pkropka 9 d.
Canulas
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.