online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
TW #3 – Windykacja
>

Opis:

Postać: Południca (słowiański demon) Zdarzenie: Dołączenie do armii ciemności Efekt: 43. Wybierz jeden z syndromów, który zaakcentujesz w tekście: syndrom oblężonej twierdzy, syndrom sztokholmski, syndrom Piotrusia Pana, syndrom Otella, syndrom dziecka odrzuconego, syndrom stresu pourazowego

Tagi: #MHSchaefer #TW #fantasy

TW#4 – Jak powstają legendy?

 I

 

 Nikt nie zwrócił uwagi na błysk przecinający nocne niebo nad Cesere. I mimo że ilekroć miasto nawiedzała burza, ludzie kryli się w domostwach, jakby uciekali przed własnym cieniem, tym razem nikt nie zrobił kroku, by zejść z oczu bogów i nie paść ofiarą ichniego gniewu. Wszyscy w bogobojnym mieście Cesere, jak jeden mąż wpatrywali się w grupę łowców powracających z lasu nieopodal pól. Nikt nie zwrócił również uwagi na ozon wiszący w powietrzu i ciężkie krople deszczu uderzające o rozmokłą drogę. Bo kimże w obliczu realnego zagrożenia byli rozwścieczeni bogowie? To potwór mordujący pośród kłosów zboża w samo południe mroził krew w żyłach. A boskie byty? Były gdzieś daleko od ludzkich spraw i nie widziały nieszczęścia w Ceser. Oni nigdy nie patrzyli, gdy dobrym ludziom działa się krzywda, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej.

 Tylko ludzie. Oni nie mogli odwrócić wzroku, gdy demon zadomowił się tuż pod ich miedzą. Nie patrzyli nawet na krew płynącą po ziemi wraz z wodą ani na przemoknięte ubrania. Przed oczyma mieli jedynie ciężkie rany najlepszych wojowników w mieście, którzy wracali z polowania na wpół żywi. Metaliczny zapach krwi wyparł z powietrza woń ozonu. A strach przed bóstwami ustąpił paraliżowi, na myśl o tym, co się wydarzy, gdy nastanie południe. W tamtym momencie nawet deszcz ucichł i nikt nie słyszał uderzających o ziemię z dużą prędkością kropel.

 

 II

 

  Za oknem gospody lało jakby jaka boska panna opłakiwała niewiernego kochanka. Może kwaśnych kropel uderzało o szyby. Nieznajomy w kącie izby otulił się peleryną i przysunął do kominka jak ćma do ognia. Pochylał się niżej, do granicy wytrzymałości odzienia i odsunął, dopiero gdy pierwsze nitki materiału zaczynały niebezpiecznie skwierczeć. Grzane wino, które popijał, było nawet niezłe, lecz pokrzykiwanie mieszkańców uniemożliwiało pełne rozkoszowanie się chwilą. A te cenił ponad wszystko.

  – Nikt nie odważy się pójść do lasu i zapolować na nią!

  – Czyli co mamy czekać, aż nas wszystkich wymorduje!

  – Nasi najlepsi łowcy próbowali i polegli! Kto twoim zdaniem miałby jeszcze spróbować! Może, któryś z aroganckich młodzików!

  – Przecież nie możemy czekać i liczyć, że po żniwach da nam spokój do następnego lata. A nawet jeśli, to co zrobimy za rok, gdy chłopi znów pójdą w pole? – warknęła gospodyni.

  – Powiadomię króla. Przyśle swoich łowców i może oni pomogą.

  – Ależ ty naiwny Bernardzie. Król to co najwyżej wpisze nas na listę i jak będziemy mieć szczęście, to za dziesięć lat przyjedzie jakiś pryszczaty rycerzyk, by stwierdzić, że nic nie da się zrobić. Potrzebujemy maga. Maga bernardzie!

  – Miasto nie zapłaci za maga. Nie stać nas.

 Wójt odszedł zdenerwowany od lady. Dzierżąc w dłoni kufel grzańca, podszedł do kominka. Prychnął zdegustowany na widok obdartusa zajmującego, jego ulubiony fotel.

  – Wynoś się stąd.

 Dawniej Lukrecja nie wpuszczało do gospody ludzi, których nie było stać na noc w przybytku, a teraz nie dość, że sprzedała trunek włóczędze, to jeszcze pozwoliła mu zająć miejsce Bernarda. Naprawdę musiał się z nią rozmówić. Nie mogła obniżać standardów karczmy.

 

 Nieznajomy spojrzał znad rąbka kaptura na tłustego jak tuczne prosie mężczyznę. Łysy jegomość z wąsem przeżartym przez mole stał niecierpliwie i tuptał nogą jak rozemocjonowana dzierlatka.

  – Zajęte – mruknął. Upił łyk wina i wrócił do wpatrywania się w ogień.

  – Kim jesteś, by tak się do mnie zwracać! – pisnął wójt, jednak nieznajomy dalej go ignorował. Bernard postawił kufel na stole i szarpnął za rękaw nieznajomego. – No już! Wynoś się stąd obdartusie!

 Mężczyzna wstał, zsuwając z głowy kaptur, swoją postawą zmuszając wójta do cofnięcia się o kilka kroków i nerwowego sapnięcia. Cała karczma zamarła, wpatrując się w błękitne włosy i turkusowe oczy przybysza. Jego twarz zdobiła wyblakła już blizna, a wzrostem przewyższał wójta o dobre pół metra.

  – Powiedziałem, że jest zajęte.

  – Jaaa, jaaa, jaaa…

  – Odsuń się Bernardzie!

 Gospodyni usunęła z drogi wójta i zmierzyła gościa wzrokiem od góry do dołu. Teraz było jasne, dlaczego skrywał twarz pod kapturem.

  – Najmocniej za niego przepraszam.

 Przybysz milczał, mierząc wzrokiem roztrzęsionego włodarza. Z westchnieniem frustracji zasiadł ponownie w fotelu. Tak. Pozostawały mu jedynie chwile i nawet strach obrośniętego w bekon wójta, nie mógł mu ich zakłócić.

  – Proszę mi wybaczyć, że pytam, ale czy pan nie jest przypadkiem Arthurem Don Leone?

  – Zapłaciłem za posiłek, trunek i kwaterę. Co ci do tego jak się nazywam?

  – Nic. Absolutnie nic. Po prostu mamy tu mały problem z południcą i pomyślałam, że…

  – Nie jestem zakonem sióstr miłosierdzia bożego, a was nawet nie stać na zwykłego maga. Odejdź albo znajdę inne miejsce, w którym moje pieniądze wystarczą, by kupić chwile spokoju.

  – Znajdziemy pieniądze. A wójt nawet dorzuci sakiewkę.

  – Lukrecja! – krzyknął oburzony włodarz.

  – Trzeba było pilnować synka – warknęła gospodyni – gdyby nie zdradził żony na ich własnym weselu, to może bidulka nie spadłaby ze schodów i teraz nie zabijała chłopów w polu.

  Speszony wójt zamilkł.

  – Znajdź pieniądze, a wtedy porozmawiamy – mruknął Arthur. – Za dwa dni wyjeżdżam. Nie zostanę tu dłużej.

 Mag wstał z fotela i z kuflem piwa ruszył do izby. Ani chwili spokoju. Nie miał ani chwili spokoju. Na półpiętrze oparł się zmęczony o ścianę. Zaklęcie coraz więcej go kosztowało. Wypuścił z dłoni kufel i kaszlnął, zasłaniając dłonią usta. W głowie dźwięczał mu głos odbijającego się od podłogi metalu, a czoło rozpaliła gorąc. Odbił się chwiejnie od ściany i ruszył, wpadając na następną. Musiał dotrzeć do sypialni.

 Znacząc szarą ścianę, czerwoną rozmazaną cieczą, otworzył drzwi pokoiku i wtoczył się do środka. Przed oczami miał mgłę i nierówny obraz. Gdzie ona była? Drzwi huknęły głośno. Blondynka złapała Arthura od tyłu, gdy ten niemal już opadł na podłogę. Odchyliła głowę mężczyzny do tyłu, umieszczając dłoń na jego czole.

  - Spokojnie. Już jestem – szepnęła.

 Mamrotała cicho zaklęcia, aż Arthur zasnął i gdy leżąc na łóżku, dochodził już do siebie, wyszła. Nie powinni ich razem widzieć.

 

 III

 

  Gdy wśród mieszkańców Cesere rozeszła się wieść, że sławny Arthur Don Leone uwolni ich od południcy, wszyscy ruszyli do ulubionej gospody wójta. Każdy chciał ujrzeć legendarnego maga. Pogromcę demonów i obrońcę uciśnionych. Gdy izba pękała już w szwach, a Lukrecja ledwo nadążała z nalewaniem trunków, kilku desperatów zdecydowało się nawet na ominięcie strażników i przemknięcie do lokalu oknem na piętrze, a nawet piwnicą, choć tej strzegł upalowany Tiangou. Arthur miał serdecznie dosyć. Spakował bagaż, gotów znaleźć inne miejsce do spania i już ruszył do wyjścia, lecz w przejściu stanęła gospodyni.

  – Zebraliśmy pieniądze. Każdy dorzucił, co mógł, a wikary nawet wyrwał złoty ząb nieboszczykowi, którego dzisiaj chował. Oczywiści w dobrej sprawie.

  – Ile?

  – Cztery sakiewki złotych monet.

 Imponujące. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się, że wieśniakom uda się tyle zebrać. I to w tak krótkim czasie. Rzucił torbę na łóżko, gotów zakończyć wszystko jak najszybciej i ponownie ruszyć w drogę.

  – Załatwmy to jak najszybciej. Zaraz po wszystkim chcę zapłaty i od razu wyjadę.

  – Mieszkańcy będą świętować.

  – Dzisiaj jakiś dzieciak wąchał moje brudne gacie.

 Gospodyni skrzywiła się z niesmakiem i przepuściła gościa w progu. Przynajmniej południcę będą mieli z głowy, a świętować mogli bez niego. I tak był jakiś taki ponury.

 

 

 IV

 

  Pod obstrzałem bacznych spojrzeń gapiów ruszył w pole. Złapał dłonią dojrzałe kłosy pszenicy, rozgniatając zboże. Zapewne chłopi już zaplanowali żniwa. Przemierzał metr za metrem. Gdzie ona była? Nie mógł wrócić, zanim ukatrupi potwora. Za jego plecami mieszkańcy Cesere machali transparentami i pokrzykiwali, oczekując widowiska. Arthur skupił się na dźwiękach dookoła. Przez tłum wiwatujących ludzi nie usłyszał zgniatanej pod stopami demona słomy. Ujrzał ją, dopiero gdy silnym ciosem powaliła go na ziemię.

 Mag szamotał się, gdy południca chwyciła go za włosy i ciągnąc za sobą, próbowała zniknąć w lesie. Nie mógł rzucić zaklęcia, gdy nie widział celu, więc szarpnął głową, przytrzymując włosy przy skórze. Dobył noża z buta i odciął kępę włosów, za które trzymała południca. Szybko wstał, a wtedy wrzawa kibiców przybrała na sile. Ujrzał przesuszoną kobietę z połamaną słomą zamiast włosów. Odziana była w białą suknię i owinięta koronkowym welonem. Skóra stwora odchodziła płatami, ukazując błyszczące w słońcu zgniłe mięso, z którego wypływała ropa. Zamiast gałek ocznych miała dwie zielonkawe błony, przez które prześwitywało słońce. I ten zapach. Arthur ledwo mógł utrzymać mdłości.

 Rzucił w nią zaklęciem obezwładniającym, a za plecami usłyszał miejską orkiestrę wygrywającą hymn. Lecz to nie był koniec. Uklęknął przy powalonym demonie, z głowy kobiety odgarniając welon. Słyszał, jak tłum biegnie w jego stronę, by ujrzeć martwego demona, a pod palcami czuł zgniłe płaty skóry, rozpływające się pod wpływem najmniejszego dotyku. Zaczął mruczeć zaklęcia.

  – To naprawdę koniec! – krzyknęła gospodyni.

 Kilku chłopów chciało podejść bliżej, lecz Arthur odgonił ich stanowczym ruchem dłoni. Szeptał, aż ciało południcy pokryła bujna roślinność. Z każdą chwilą zarys zwłok stawał się coraz mniej wyraźny, aż kobieta znikła, pochłonięta przez ziemię.

  – Jej też należy się spokój.

  Arthur wstał i spojrzał w oczy gospodyni, oczekując zapłaty, lecz ta rzuciła mu się na szyję, wciskając swoje dorodne piersi w jego brzuch. Odchrząknął niezręcznie.

  – Czy mogłabyś…

  – Ach tak. To z emocji.

 Kobieta odsunęła się od maga i poprawiła suknię. Z dekoltu wyciągnęła cztery sakiewki brzęczących monet, podając je mężczyźnie.

  – Jesteś pewny, że nie chcesz zostać dłużej? – mruknęła, rozpinając guzik kołnierzyka.

 

 V

 

  Blondynka obserwowała wszystko z oddali. Dzierżąc w dłoni lejce czekała na trakcie. Artur zawsze się spóźniał. Choć lepiej dla niego, żeby tym razem, nie musiała wyciągać go pijanego z baru. Dwa siwki zaprzężone do powozu zarżały niecierpliwie, odczytując frustrację swej pani.

 Po dwóch minutach na horyzoncie ujrzała Arthura i wyglądało na to, że nawet jest trzeźwy. Może nie będzie musiała się go pozbyć, jeśli w końcu zrozumiał, gdzie jego miejsce.

 Kobieta przewiązała konie do drzewa i podeszła do mężczyzny. Brutalnie złapała ramię Arthura i przyłożyła dłoń do jego czoła. Wymamrotała zaklęcie. Siła mocy, która uderzyła w maga, zwaliła mężczyznę z nóg. Selene obserwowała, jak wijący się u jej stóp wspólnik, próbuje nerwowo złapać oddech. Nie miał już błękitnych włosów ani turkusowych oczu. Teraz kobieta widziała jedynie nędzną posturę i ziemistą cerę naznaczoną bliznami potrądzikowymi. Lepiej, żeby nie zapominał, kto go stworzył.

  – Moja zapłata.

 Wyciągnęła dłoń w stronę maga. Chłopak wydobył zza peleryny woreczek złotych monet. Czarownica czekała, ale najwidoczniej dzieciak nie był, tak pojętny, jak początkowo zakładała.

  – Naprawdę myślisz, że nie wiem, ile ci zapłacili?

  Arthur jęknął, lecz zza pazuchy wyjął kolejne dwa woreczki złotych monet. Kobieta schowała pieniądze w torbie i weszła do powozu.

  – Pośpiesz się! – krzyknęła.

 Kiedy mag przechodził obok drzwi powozu, ścisnęła jego ramię. Arthur zatrzymał się i spojrzał przez otwarte okno na czarownice. Przerażała go. Teraz nawet bardziej, niż gdy udawała południcę. Wtedy przynajmniej to on był tym silniejszym. Nawet jeśli tylko udawali.

  – Czytałeś już nową powieść, z tobą w roli głównej?

  – Nie miałem okazji.

  – Ja natomiast zapoznałam się z najnowszą ciekawostką gawiedzi. Przytoczę ci pewien fragment: demon zaproponował mu wtedy. Dołącz do armii ciemności. Razem będziemy siłą nie do pokonania. Arthur Don Leone jedynie prychnął, słysząc tą jakże oburzającą propozycję. Jednym płynnym ruchem wyjął z pochwy miecz i ściął demonowi głowę, uwalniając wieśniaków od zgubnego wpływu nieczystych sił. Stanął wtedy na skale, dumnie wypinając pierś do przodu i powiedział. Arthur Don Leone gra tylko w jednej drużynie. I jest nią armia światła.

 Czarownica zatrzasnęła książkę i rzuciła ją chłopcu, który ledwie pochwycił tomik.

  – Podoba ci się Arthurze, jak o tobie piszą?

 Nie ważył się odpowiedzieć, na pytanie. Zapewne było jedną z wielu pułapek, które czarownica na niego zastawiała. Zawsze należał do tych słabszych. Gdzieś na obrzeżach świadomości zawsze to wiedział, lecz pogodził się z tym, dopiero kiedy po egzaminach na maguniwersytet powiedzieli mu, że jest zbyt słaby, by uczyć się na ich uczelni. Że szczytem jego możliwości będzie rzucenie zaklęcia obezwładniającego, a tego może nauczyć się w szkółce niedzielnej. Pamiętał, taż jak przyjęto Selen, wróżąc jej wielką przyszłość. Wszyscy wtedy nadskakiwali czarownicy. Podziwiając urodę i talent nowej studentki, a on musiał wrócić do ojca pijaka i matki dziwki. Był jedynie obiektem drwin. Do dnia, w którym ona nie wyciągnęła go z szamba, w którym utknął. A teraz? Wszyscy podziwiali Arthura, a od dziewek to nawet nie mógł się odpędzić. Każdy na jego drodze kochał go i każdy podziwiał. Tylko nie Selene. Ona nadal była od niego lepsza. Zielone oczy naprzeciwko bystro obserwowały, każdy jego krok, a czarownica tylko czekała na najmniejsze potknięcie i nie wybaczała błędów.

  – Spokojnie, mój drogi. Nie ma w tym nic złego. Przynajmniej dopóki pamiętasz, w której drużynie naprawdę gra Arthur Don Leone i jaką pełni w niej rolę.

  – Gdzie tym razem się udamy moja pani? – zapytał, pochylając głowę.

  – Daisde.

  – Oczywiście moja pani.

 Chłopiec odwiązał konie i wskoczył na kozła, a powóz ruszył. Selene schyliła się i spod siedzenia wyjęła ciężką skrzynię. Z wilczym uśmiechem na ustach sięgnęła po akta rzezimieszków z Daisde. Może następny Arthur nie będzie próbował jej okradać.

 

13764 zzs

Liczba ocen: 4
93%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: ~MHSchaefer
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 58

Folder: TW
Dodano: 2021-11-21 21:56:15
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
Jeśli jako syndrom oblężonej twierdzy można zaliczyć technikę manipulacji to chyba nawet zrealizowałam efekt.

Pozatym... ten zestaw od początku stanął mi ością w gardle. Pomysły były trzy i wszystkie trzy napisałam, ale pierwszy był zbyt rozbudowany na 15 000 zzs, drugi podobał mi się tak długo, jak bohaterce mojego opowiadania małżeństwo po ślubie w Vegas.. Trzeci… no cóż, to dzieło ostatniej chwili i wyszło, jak wyszło.
Odpowiedz
CptUgluk 12 d.
"Bo czymże w obliczu realnego zagrożenia byli rozwścieczeni bogowie?" - jeśli dałaś "czymże", to bardziej by tu chyba pasowało "wściekłość bogów", a nie "rozwścieczeni bogowie".
"Pochylał się niżej, do granicy wytrzymałości odzienia i odsunął, dopiero gdy pierwsze nitki materiału zaczynały niebezpiecznie skwierczeć." - hmm, dałbym raczej "trzeszczeć", bo skwierczenie mocno kojarzy się z ogniem (np. że boczek skwierczy na patelni).
"Chłopiec odwiązał konie i wskoczył na kozła, a powóz ciągnięty przez konie ruszył." – drugie konie można wywalić.
Kurde, bardzo mocne skojarzenia z Wiedźminem miałem - mrukliwy wędrowiec-specjalista od bestii, demon terroryzujący wieś, magia. Jednak końcówka odwróciła trochę kota ogonem - i dobrze! Inaczej wyszłoby mocno przewidywalnie.
Trochę żałuję, że walka z południcą zakończyła się, zanim się na dobre rozkręciła. No ale kumam, że to było tylko przedstawienie dla wieśniaków.
Całkiem spoko, choć inspiracje (lub zbieżność) z innym dziełem literackim silnie wyczuwalna Pozdro!
Odpowiedz
CptUgluk Pa!

Tak sobie myślę, że każde opowiadanie czy powieść fantasy, w którym mrukliwy główny bohater walczy z demonami i stworami, będzie już kojarzone z Wiedzminem. Nie znam osoby, która nie słyszałaby, choć o Wiedzminie, a o fanie fantasy to już w ogóle, więc trochę przerąbane. Zgadzam się, że poszłam trochę w klimat Sapkowskiego i w sumie największym atutem tego opowiadania jest końcówka, która stawia głównego bohatera w trochę innym świetle.

Jeśli zaś chodzi o walkę z południcą, to nie wiem, jak mogłabym rozpisać walkę kogoś mało utalentowanego z demonem w spektakularny sposób. Chyba że południca nagle wymyśliłaby kilka oryginalnych sposobów na pobawienie się z mięchem, ale wtedy nie pasuje to do koncepcji pary oszustów. Dobrze, że przynajmniej widać, że ta walka to tak bardziej na popis, niż żeby kogoś pokonać.

Dzięki za odwiedziny.

M.
Odpowiedz
CptUgluk 11 d.
MHSchaefer Ano, inspirowanie się już powstałymi dziełami to nic złego! Czym się inspirować, jak nie tym, co dobrze wyszło? Końcówka na plus, zdecydowanie.

Hm, co do walki z Południcą to osobiście uważam, że skoro scenka była ustawiona, to tym bardziej mogli poszaleć i dać wieśniakom widowisko, na jakie (prawdopodobnie) liczyli. Mordercze, mrożące krew w żyłach zmagania i niepewność, jak walka się skończy, mogłoby zaowocować powstaniem jeszcze bardziej wzniosłych pieśni na cześć bohatera Ale to tylko moje zdanie i moja wizja, których oczywiście Ci nie narzucam. Poszłaś swoją drogą i też jest git!

Pozdro!
Odpowiedz
CptUgluk może rzeczywiście odrobina fajerwerków i cudów na kiju mogłaby dobrze zrobić opowiadaniu. Można by też trochę przyabsurdzić i może wyszłoby z tego coś fajnego. Kwestia warta przemyślenia na przyszłość.
Odpowiedz
CptUgluk 11 d.
MHSchaefer ano, zawsze można pokombinować, żeby nieco ubarwić ale wiesz, to tylko jedna z dróg, ważne, by znaleźć swoją. Pozdro!
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału!
Odpowiedz
Canulas 10 d.
z dużym wykopem
Serialowa opowieść w dobrym tego słowa znaczeniu. Pełnokrwista, choć w 50% przewidziałem zakończenie.

Fajny świat. Chyba takie połączenie widzi mi się najbardziej
Odpowiedz
Trochę tu mamy znamiona niedopracowania - już w pierwszym akapicie nazwa miasta wspomniana jest trzy razy i za każdym razem zapisana inaczej- to w końcu jak ono się zwie - Cesere, Casere czy Caser? Takie detale też są istotne.
"Nikt nie zwrócił również uwagi na ozon wiszący w powietrzu" - być może tu trochę z tym przesadzam, ale jeżeli akcja umiejscowiona jest w czasach nazwijmy to okołośredniowiecznych, to również w narracji unikałabym stosowania określeń znamiennych dla czasów późniejszych - w tym wypadku mam na myśli "ozon" - można by rzec, że fantastyka pozwala na pewne sprawy oko przymknąć, być może okres czasowy też nie jest podany tak jeden do jednego, że można by go umiejscowić w rzeczywistości, natomiast mnie to jednak zaburza kreację świata przedstawionego;
"Król to co najwyżej wpisze nas w grafika i jak będziemy mieć szczęście" - jak wyżej, tyle że o ile w narracji prędzej bym zaakceptowała, to w dialogu już raczej nie powinien się pojawić "grafik" - pojęcie bardziej przynależne czasom współczesnym; podobnież później słowo "bestseller" też mnie wybiło zupełnie z klimatu;
"gdy leżąc na łóżku, dochodził już do siebie, wyszła, trzaskając drzwiami. Nie powinni ich razem widzieć" - skoro ich nie powinni razem widzieć, to i trzaskanie drzwiami trochę jest nie na miejscu, bo zwraca uwagę;
Zrzucam to na karb pośpiechu, ale jest dość sporo literówek, warto byłoby jeszcze przeczesać całość. W sumie mam ogólnie dość podobne odczucia, co CptUgluk - trochę żałuję, że sama walka z południcą nie okazała się bardziej spektakularna, zwłaszcza, że faktycznie bohaterowie mogli sobie na to pozwolić. Trochę tym razem mnie klimat nie złapał, natomiast bardzo dobrze zagrało samo zakończenie, bo w jakiś sposób przełamało schematy.
Odpowiedz
alfonsyna Słuszne uwagi. Zazwyczaj mam czas dopracować opowiadanie w tym dopracować świat i podkręcić dialogi, ale to było pisane na kolanie i niestety to widać, bo nie mam jeszcze takiej wprawy, by pośpiech mógł mi ujść na sucho. W normalnym tempie opowiadanie po pierwszej korekcie leżakowałoby kilka dni i potem przemyślawszy wszystko dokładnie, wróciłabym zrobić jeszcze z jedną czy dwie korekty, które zazwyczaj w moim przypadku przesądzają o sukcesie lub jego braku. Tu zabrakło czasu. Mea culpa. Niemniej dzięki za odwiedziny.
M.
Odpowiedz
MHSchaefer znam te bolączki pisania w pośpiechu, więc patrząc przez ten pryzmat sama historia się broni, kwestia lekkiego dopracowania.
Odpowiedz
z dużym wykopem
Bardzo dobre fantasy. Oczywiście uciec od skojarzeń z Wiedźminem się nie da, ale że ja nigdy nie wpisałem się w nurt zauroczenia Sapkowskim, to i większego problemu z tym nie mam. Więcej skojarzeń miałem z filmem "Ostatni smok", bo tam był podobny deal między Bowenem i Draco Fajnie opowiedziałaś tę historię, nie nudziłem się, nic mi się nie dłużyło. Zakończenie do pewnego stopnia przewidywalne, ale i bez zaskoczeń się nie obyło. Niemal piknikowa atmosfera (transparenty, orkiestra) podczas polowania na południcę - świetna sprawa Bardzo spoko.
Odpowiedz
Zdzislav dziękuję za odwiedziny. Bardzo mi miło, że opowiadanie choć troszkę przypadło do gustu.
Odpowiedz
Nie rozumiem dlaczego południcę zdecydowałaś się przeszczepić na kanwę uniwersum fantasy, skoro jest ona naturalna dla wczesnośredniowiecznej Słowiańszczyzny. Nie wiem też skąd wzięła się potrzeba zmiany natury samego demona. Naiwną wydaje mi się scena gdzie cała wieś podąża za magiem by być świadkiem walki maga z demonem, którego przecież panicznie się boją. Jeszcze te orkiestra i transparenty - bardzo współczesne słowo i motyw nie pasujące do klimatu. Poskąpiłaś też opisu walki, jeżeli para oszustów zajmuje się tym zawodowo, tym bardziej powinni umieć zmieniać to w show. Czemu pieniądze trzymała i przekazywała Karczmarka, a nie wójt?
Nie wiem czy to pośpiech, czy brak pomysłu, ale tym razem chyba coś nie pykło.
Odpowiedz
Nazareth och będę bronić pomysłu, bo on naprawdę był. Po prostu nie miał czas dojrzeć. Moje pomysły dojrzewają jak śmierdzący ser i im dłużej leżą tym dla nich lepiej, a ten bidulek przyszedł ostatniego dnia terminu w niedzielę, a że pierwszy przerósł 15000 zzs,a drugi był kretyński stanęło na tym. Zabrakło czasu i dopracowania z tym się mogę zgodzić. Dlaczego Karczmarka trzyma pieniądze? To ona zorganizowała zrzutkę i zatrudniła maga, podczas gdy wójt chciał całą sprawę zamieść pod dywan i skąpił grosza, to i pieniędzy lepiej mu nie powierzać, ale fakt że muszę to tłumaczyć świadczy tylko o tym jak bardzo wszystko jest niedopracowane.

Dzięki za inspekcje i komentarz.
M.
Odpowiedz
MHSchaefer czekaj, to TW ma limit?! No to poznęcasz się nade mną w następnej edycji... Niestety nie umiem pisać na krótko i zmieścić się w 35k to dla mnie wyzwanie, ale słowo się już rzekło.

Proszę, nie odbieraj tego komentarza jako „inspekcję”. Komentuję zawsze szczerze i bez cukru, bo takie komentarze sam lubię dostawać. Z nich można coś wyciągnąć dla siebie, w przeciwieństwie do „ochów i achów".
Pozdrawiam ciepło.
Odpowiedz
Nazareth soko, nie oczekuję lukru. Konstruktywna krytyka to podstawa w rozwoju, a do tego dążę, więc twój komentarz to dokładanie to, czego oczekuję od czytelnika.

Limity... no właśnie limity. Gwarantuję ci, że je pokochasz. Na początku też miałam z nimi problem, ale potem jakoś się przyzwyczaiłam i szło coraz lepiej. Nauczyłam się pisać sam konkret i eliminować zbędne opis, wątki czy nic niewnoszące fragmenty. I choć nadal nienawidzę tego limitu, to w pewnym sensie troszkę mi pomógł okiełznać moje opowiadania. Taka trudna miłość, jak to mówią. A teraz i tak mamy 15 000 zzs, wcześniej było 12 000 zzs.
Odpowiedz
z wykopem
Hej. Ciekawa opowieść i motyw z "udawanką". Prseczytałam z przyjemnością, ale uważam, że moment walki potraktowany po macoszemu. Miałam nadzieję na większe widowisko
Zgrztły mi transparenty i ozon. Jakoś nie te czasy? Tak mi się wydaje.

"Może kwaśnych kropel uderzało o szyby." I tu morze.

Pozdrawiam!
Odpowiedz
pkropka 5 d.
Hejo,
" Za oknem gospody lało jakby jaka boska panna opłakiwała niewiernego kochanka. Może kwaśnych kropel uderzało o szyby." - może morze?
"Rzucił torbę na łóżko, gotów zakończyć wszystko jak najszybciej i ponownie ruszyć w drogę.
– Załatwmy to jak najszybciej." - 2x jak najszybciej
" Artur zawsze się spóźniał. Choć lepiej dla niego, żeby tym razem, nie musiała wyciągać go pijanego z baru. Dwa siwki zaprzężone do powozu zarżały niecierpliwie, odczytując frustrację swej pani.
Po dwóch minutach na horyzoncie ujrzała Arthura" - dobrze byłoby zdecydować się na jednolitą pisownię imienia.

Gospodyni świetna
Piszesz sprawnie, widać dbałość o szczegóły. Tylko scena walki taka trochę nijaka. Za to zamysł na opowiadanie bardzo ciekawy.
Masz trochę nadmiar przecinków na koniec. Nic tragicznego, ale można je trochę wyczyścić. Np. tu: "Nie ważył się odpowiedzieć, na pytanie".
Odpowiedz
z dużym wykopem
Hej,

fajne to, twist na końcu niezły, girl power zawsze na propsie.

Pozdrosy!
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.