online:
Liczba użytkowników online w ciągu ostatnich 60 min.
jasno
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 29
<
S.T.A.L.K.E.R. Zdążyć przed Zoną cz. 28
>
Praca Wyróżniona

Opis:

Postać: Niewidomy

Zdarzenie: Ktoś mnie zabił

Efekt: 50. Kat czy ofiara? Jeśli osoba przydzielająca efekt zobaczy na zegarze minuty, jako nieparzyste liczby - jesteś ofiarą, jeśli parzyste - katem. Dostosuj się do tego w tekście w dowolny sposób. OFIARA

Tagi: #służbazdrowia #przychodnia #poczekalnia

TW#4 – Przychodnia Niezałatwionych Spraw

  „Ech, ile jeszcze?”, myślałem, wpatrując się smętnie w powycierane płytki pod nogami. Ha, nogami! Nie mogłem się odzwyczaić.

  Siedziałem w poczekalni, wokół mnie inni czekający na swoją kolej. Wszyscy – a przynajmniej tak wnioskowałem, sądząc po powtarzających się pomrukach niezadowolenia i ogólnemu wierceniu na siedzeniach – z niecierpliwością wyglądali pojawienia się urzędnika-lekarza. Zastanawiałem się, jak drzwi wejściowe znoszą rzucane im srogie spojrzenia oczekujących. Oczami wyobraźni widziałem, jak pocą się złuszczoną farbą, żałując, że nie mogą wyrwać się spod władania skrzypiących zawiasów. Nie dziwiłem się jednak towarzyszom niedoli, ja również bardzo chciałem, żeby facet w końcu przyciągnął tu to swoje grube dupsko. To znaczy tak zakładałem, że jest gruby – w sumie to nie wiedziałem, bo nigdy na oczy gościa nie widziałem. Wyobraźnia jednak zrobiła swoje. A może tak naprawdę jest chudy jak patyk, a ja go już zdążyłem niesłusznie wrzucić do szuflady jako ociężałego, powolnego grubasa? A co, jeśli on się domyśli, że go tak oceniłem? Może z miejsca mi podziękuje i nic nie załatwię? Cholera, głupia wyobraźnia, zaczynałem się przez nią tylko bardziej nakręcać i stresować.

  W pewnym momencie drzwi zaskrzypiały nieelegancko, a do poczekalni wdarł się podmuch mroźnego powietrza. Poderwałem głowę w nadziei, że przybył grub… urzędnik, ale roztaczający się chórem po wnętrzu jęk zawodu ostudził me nadzieje. To tylko kolejny petent – nieszczęśnik, który za chwilę dołączy do naszej narzekającej, poirytowanej gromady.

  Ponownie wlepiłem wzrok w płytki, próbując zająć czymś myśli. O! W głowię urodził się pomysł — policzę, ile jest czarnych, a ile białych! Jeden, dwa, trzy…

  Gdy doszedłem do sześćdziesięciu trzech, znów usłyszałem skrzypienie zawiasów i poczułem na twarzy zimny powiew. Uniosłem głowę (trochę poirytowany, wolałbym zamknąć wynik w okrągłej liczbie!) i dostrzegłem szczupłego, wysokiego mężczyznę w długim, założonym tył na przód płaszczu. Na twarzy miał ciemne okulary w grubych, staromodnych oprawkach.

  W poczekalni zapanowała cisza, kiedy facet uniósł w górę dłoń.

  – Witam, y, państwa – przemówił nieznajomy i już wiedziałem, że jego sposób mówienia będzie mi działał na nerwy. – Niestety, y, pan Wiśniewski nie może się dziś zjawić w wyniku nieprzewidzianych okoliczności. Zablokował się w, y, przejściu, wychodząc z własnego mieszkania, i w tej chwili, y, wykwalifikowane służby próbują go oswobodzić.

  Zacisnąłem triumfalnie pięść – na tyle dyskretnie, żeby nikt nie zauważył, ale też na tyle pewnie, żebym sam poczuł różnicę – czyli jednak grubas!

  W poczekalni zapanował harmider. Ludzie przekrzykiwali się i wypytywali okularnika, co w takim razie mają teraz zrobić. Ten ponownie uniósł dłoń, starając się uspokoić rozjuszony tłum. Tym razem potrwało to chwilę dłużej.

  – Proszę, y, o spokój. Zgodziłem się zastąpić dziś pana Wiśniewskiego. Ja państwa przyjmę. Nazywam się, y, Bol. Czesław Bol. Proszę dać mi pięć, y, minutek. Ulokuję się w, y, gabinecie i poproszę pierwszą osobę.

  Gdy skończył mówić, chwiejnym krokiem ruszył w kierunku drzwi, potykając się po drodze o wszystko to, o co potknąć się dało.

  Spojrzałem na karteczkę z numerem. Dwadzieścia. Pocieszałem się tylko tym, że kolejne trzydzieści osób będzie musiało siedzieć tu dłużej niż ja.

  Czas oczekiwania zleciał mi niespodziewanie szybko. Może dlatego, że większość przespałem. Na szczęście ocknąłem się w idealnym momencie. Nie miałem jednak wbudowanego budzika, a ja potrafiłem spać mocno i twardo, więc gdyby nie huk trzaskających drzwi gabinetu urzędnika-lekarza, na pewno spałbym w najlepsze. Zdążyłem się zorientować, że sprawcą hałasu był mężczyzna, który zajmował miejsce naprzeciwko mnie – poznałem po kurtce. Wizyta chyba nie należała do udanych. Miałem nadzieję, że mnie pójdzie lepiej.

  Za drzwiami zniknął wywołany przez Czesława Bola klient z numerkiem dziewiętnastym. No dobra, zaraz ja.

  Płynęły minuty, a ja starałem się ułożyć w głowie kwestie, które chciałem poruszyć w gabinecie. Niestety, mój misternie budowany domek z kart runął, gdy baba siedząca obok trąciła mnie w ramię. Trącenie owo nie nosiło znamion kobiecej delikatności.

  – Pan teraz wchodzi? Pan ma dwudziesty numer, prawda? – dopytywała nie wiadomo po co i dlaczego.

  – Tak, mam numer dwudziesty.

  – A czy ja mogę wejść przed panem? Tylko się coś spytam.

  Spojrzałem na nią sceptycznie.

  – A pani jaki numerek ma?

  – Czterdziesty trzeci.

  Cwaniara, chciała mnie wykiwać i wprosić się w kolejkę.

  – Nie, proszę pani, ja muszę wejść teraz, bo mnie się spieszy.

  Popatrzyła, jakbym powiedział coś niedorzecznego. Dziwna kobieta.

  – A gdzie się panu może spieszyć? – zapytała wielce zdziwiona.

  – A pani gdzie się może spieszyć? – odparłem, przedrzeźniając rozmówczynię. Nie będzie mi się wtrącać w moje sprawy. – Teraz moja kolej i ja wchodzę. Proszę czekać, aż wyczytają pani numerek. Czterdziesty trzeci – dodałem z naciskiem, a w wypowiedź starałem się wcisnąć tyle „udławsiejstwa”, ile tylko się dało.

  Baba prychnęła tylko i naburmuszona zamknęła się w sobie. No!

  – Numer dwadzieścia! – rozległo się wołanie. Przez sytuację z przebiegłym babsztylem nie spostrzegłem, że właśnie dziewiętnastka opuściła gabinet. Do diabła!

  Poderwałem się z siedzenia i pospiesznie wszedłem do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.

  – Proszę, y, usiąść – rzekł pan Bol. – Jak się pan, y, nazywa? Skierowanie jest?

  Spostrzegłem, że przed urzędnikiem-lekarzem leży stos dokumentów, jednak ten wcale się nim nie interesował. Nie zwrócił też najmniejszej uwagi na karteczkę, którą położyłem na biurku bezpośrednio przed nim.

  – Leszczyński, Wacław Leszczyński. Skierowanie jest – potwierdziłem na wszelki wypadek, nieśmiało wskazując na leżący tuż pod nosem Bola papier.

  – I co tam jest, y, napisane, panie Leszczyński? Niezałatwiona sprawa, co?

  Zmarszczyłem brwi. Czy to jakiś test? Gość ze mnie kpi?

  – No… napisali, że sprawa dotyczy nagłej śmierci. Tam ma pan dokładniej nakreślone.

  – Nie mogę, y, przeczytać.

  – Może pan, proszę – odpowiedziałem uprzejmie i żeby zachęcić rozmówcę, podsunąłem kartkę nieco bliżej. Nieśmiały jakiś czy co?

  – Nie mogę, jestem, y, niewidomy.

  – Och. – Więc te okulary i potykanie się o wszystko wynikają z tego. – No dobrze… ale co teraz?

  – A w czym, y, problem?

  Rozmówca zdawał się niewzruszony moimi wątpliwościami. Pewnie dlatego, że nie mógł ich wyczytać z mojej twarzy.

  – Problem w tym, że… ktoś mnie zabił, proszę pana. Chcę wnioskować o pozwolenie na nawiedzanie. Chciałbym zemścić się na draniu, który to zrobił. Potrzaskałbym mu trochę w domu szufladami, stłukłbym to i tamto, wie pan, takie poltergeistowe zagrywki. Przynajmniej na początek. – Czułem jak w moim półprzezroczystym ciele zapłonął ogień zemsty. Czułem i widziałem, bo przez półprzezroczyste powierzchnie można zobaczyć więcej, niż przez nieprzezroczyste.

  – Tak, tak, y, rozumiem – przytakiwał mi Bol, notując coś w międzyczasie w zeszycie przed sobą. Wyglądał, jakby naprawdę zapisywał to, co mówię. Jednak wystarczyło spojrzenie na papier, by przekonać się, że urzędnik-lekarz tylko udawał, kreśląc jedynie niewyraźne szlaczki i bazgroły.

  Popatrzyłem sceptycznie.

  – Proszę, y, mówić, notuję wszystko – zachęcał.

  Westchnąłem z rezygnacją, ale kontynuowałem. Jeśli dzięki temu mogę zyskać czasową licencję na nawiedzenia, to niech będzie.

  – No więc, tak jak wspomniałem, nawiedzałbym mojego oprawcę i chciałbym w rezultacie doprowadzić go do szaleństwa.

  – Rozumiem, y, tak. Prawo zemsty oczywiście obowiązuje i w pewnych, y, sytuacjach dopuszczamy, y, podobne rozwiązania.

  – Tak? – serce zabiło mi szybciej. Zabiłoby, gdyby biło, chciałem powiedzieć.

  – Jednak, y, nie widzę tu zasadności do zastosowania podobnego, y, rozwiązania.

  – Ale jak to? – zdziwiłem się. – Niech pan spojrzy w papiery, dostałem referencje od urzędnika-lekarza prowadzącego!

  – Nie mogę, y, spojrzeć.

  No tak, nie może spojrzeć, więc nie widzi rozwiązania. Wygodne, przyznaję,

  – Ach, racja – zreflektowałem się. – Może w takim razie ja panu przeczytam?

  – Niestety, y, to niemożliwe. Mógłby pan zmyślić treść, skoro ja nie mogę jej sprawdzić.

  Zaczynałem się denerwować.

  – No ale zostałem zadźgany na ulicy, proszę pana! Powiedziano mi, że w przypadku morderstwa tego rodzaju, przysługuje możliwość zemsty.

  – Skąd mogę, y, wiedzieć, że tak było?

  – Jest w dokumentach, mówiłem!

  – Ja mówiłem z kolei, że, y, nie mogę przeczytać, panie Leszczyński.

  Traciłem cierpliwość. Wziąłem głęboki wdech.

  – No to inaczej. Mam tu widoczną bliznę po ranie, która była przyczyną mojej śmierci! Gołym okiem widać…

  – Nie mogę spojrzeć.

  – No tak… Co możemy zrobić? – Myślałem gorączkowo. – O! A może niech pan przesunie moją wizytę na inny dzień. Spotkałbym się z panem Wiśniewskim, tak, jak było w planach. Możemy tak zrobić.

  – Nie, proszę, y, pana. Dziś ja przyjmuję, obiecałem koledze, że go, y, zastąpię. To nie koncert życzeń, widzi pan, ile, y, klientów czeka?

  – No, ja widzę – odparłem złośliwie. – No to niechże go pan zastąpi, jak należy! – nie wytrzymałem.

  – Proszę, y, pana, nie muszę wysłuchiwać wrzasków. Jeśli się pan nie, y, uspokoi, wyproszę pana z, y, gabinetu.

  Zacisnąłem zęby, bo wiedziałem, że kolejne słowa zaprzepaściłyby jakiekolwiek szanse na pozytywne rozpatrzenie sprawy. W międzyczasie doktor „notował” w zeszycie kolejne szlaczki, raz po raz wyjeżdżając długopisem poza papier i znacząc biurko granatowymi liniami.

  – No więc, panie, y, Leszczyński… Nie widzę, y, zasadności, by wystawić panu pozwolenie.

  – Nie widzi pan, czy pan nie chce wystawić? – warknąłem.

  – Nie widzę. Niech pan sobie, y, nie myśli, że, y, próbuję być złośliwy.

  Ze złości aż zbladłem. To znaczy zbladłbym, gdybym miał ludzkie, rumiane ciało. Niech no jeszcze raz typ powie to swoje „y” i uduszę go moją ektoplazmową witką, przysięgam!

  – Więc – zacząłem, próbując opanować drżenie głosu – jakie mam wyjście? Jak mogę inaczej dostać pozwolenie na nawiedzenia? Mam swoje prawa, wiem, że mi to przysługuje.

  – Obawiam się, że, y, nie…

  – Ożeż ty chuju! – wycedziłem i rzuciłem się na faceta, przeskakując biurko. Sam się prosił.

  Kotłowaliśmy się na podłodze, przewracając przy okazji krzesło i stojącą przy biurku lampę. Niestety moje możliwości obijania mordy były mocno ograniczone przez niematerialność ciała. Czesław Bol z kolei, jako że należał do rasy demonów podrzędnych (istoty te wyznaczono do pełnienia funkcji w przychodniach i urzędach tego rodzaju), miał w tej kwestii nieco więcej do powiedzenia. Przynajmniej w teorii, bo – na moje szczęście – zupełnie nie potrafił się bić. Albo zwyczajnie nie widział celu i dlatego jego uderzenia nie stanowiły żadnego zagrożenia.

  Pewnie byśmy się tak jeszcze walali po podłodze, bezskutecznie próbując obezwładnić przeciwnika, ale nagle nasza utarczka została przerwana. Ktoś chwycił mnie za ramiona i ściągnął z niekompetentnego urzędasa! Oprzytomniałem i zobaczyłem, że dokonali tego pacjenci, z którymi siedziałem w poczekalni. Przy akompaniamencie wyzwisk i wrzasków (typu: „przeciąga wizytę, łachudra” czy „nie bij urzędnika-lekarza, gnoju!”) zostałem wyrzucony z budynku, nie załatwiwszy nic. Bezowocna wizyta. Ani przepustki, ani nawet satysfakcji z obicia pyska Bola! Co za los, co za los!

  Smętnym wzrokiem omiotłem szyld na budynku, który głosił: „Urząd do Spraw Powrotów/Przychodnia Niezałatwionych Spraw”. Dotarło do mnie, że skoro władze świata pozagrobowego nie mogły się zdecydować, czy budynek będzie urzędem czy przychodnią, na jaki rezultat mogłem liczyć? Jednego natomiast byłem pewien – „Przychodnia Niezałatwionych Spraw” to cholernie dobra nazwa dla miejsca jak to.

11847 zzs

Liczba ocen: 7
99%
0%
25%
50%
75%
100%
© Copyright - wszystkie prawa zastrzeżone.
Autor: !CptUgluk
Kategoria: trening-wyobrazni

Liczba wejść: 91

Dodano: 2021-11-21 23:53:01
Komentarze.
Witamy nowy tekst TW Przypominamy o wrzuceniu linku do wątku https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?id_watku=18
Odpowiedz
CptUgluk 12 d.
TreningWyobrazni dobra, dobra, zaraz wrzucę
Odpowiedz
Dzień dobry!
Właśnie ruszyło głosowanie!

Głosujemy tutaj:
https://t3kstura.eu/Forum/nowy_w.php?ktg=trening%2

Zapraszamy do czynnego udziału!
Odpowiedz
Canulas 10 d.
z dużym wykopem
Jestem na finiszu, i jak dla mnie najlepsze opko na ten moment. Rewelacja. Dograne aż tylko. Pilipiuk miał podobne opko w jednym zbiorze. Zajebiście podskoczył Ci styl.
Odpowiedz
CptUgluk 10 d.
Canulas Jestem w równym stopniu wdzięczny za docenienie i piękną pochwałę oraz zaskoczony, że miałeś tak pozytywny odbiór. Wrzucałem tekst parę minut przed deadlinem i myślałem, że będzie to właśnie taki deadline'owy bękart stworzony jedynie w celu "podtrzymania gatunku" A tu taka niespodzianka. Kłaniam się w pas, a nawet bardziej. Dziękuję za wizytę!
Odpowiedz
alfonsyna 10 d.
z dużym wykopem
Ależ to było brawurowe! Poziom absurdu akurat taki, jak w naszych polskich urzędach spotyka się na co dzień, co powoduje natychmiastowe zaangażowanie emocjonalne w całą historię. Trochę mnie to ubawiło, a trochę było mi szkoda biednego głównego bohatera - czyli zostało to zrobione zawodowo. Wysoko jesteś w tym rozdaniu! Tylko sobie literówki popraw!
Odpowiedz
CptUgluk 10 d.
alfonsyna Powtórzę to, co odpisałem Canowi - wrzucałem tekst na chwilę przed końcem czasu, bez nadziei i wiary w powodzenie misji. A tu o! I nawet jakieś emocje wzbudziło, ha. Dziękuję ślicznie i też się w pas ukłonię, a co mi tam.
Cholera, nic nie poratuje, nic nie wskaże, rzuci tylko suche: "popraw" i męcz się teraz człeku biedny z wyszukiwaniem baboli! Nie no, spoko, w pośpiechu dokańczałem i wrzucałem, więc literówki z pewnością mogły się przekraść. Przepatrzę sobie. Dziękuję
Odpowiedz
alfonsyna 10 d.
CptUgluk widać deadline Ci służy, choć sama dobrze wiem po minionej niedzieli, że to sztuka niełatwa!
No prawdziwy miszcz sam literówek szuka, przyzwyczajaj się!
Odpowiedz
alfonsyna deadline wzmaga adrenalinkę, ale lepiej się nie przyzwyczajać
Ech, no dobra, poradzę se! Dzięki za nic!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Ho, ho, Panie Kolego, znakomite! Jest kilka zabawnych tekstów na wysokim poziomie w tej edycji TW, ale Twoja opowieść rozłożyła mnie na łopatki. Przy "Ożeż ty chuju!" spadłem z krzesła Piękna groteska. Zasłużona wygran... Ups, przepraszam, nic nie mówiłem.
Odpowiedz
Zdzislav Hello! Kurka wodna, Panie Zdzichu, przepraszam, że naraziłem na kontuzję przy spadaniu z krzesła, ale w sumie pady chyba jeszcze pamiętasz, więc raczej ufam, żeś sobie krzywdy większej nie wyrządził
Bardzo mi przyjemnie słuchać tak miłych słów, tym bardziej, że (jak już wspominałem powyżej) nie spodziewałem się ni w ząb. Dziękuję ślicznie!
Haha, prorok czy co? Zobaczymy, co to wyjdzie. Jeśli się sprawdzi, zgłoszę się na priv po numery totolotka.
Dzięki za wizytację!
Odpowiedz
z dużym wykopem
Matko, rewelacja. Jak prawdziwa wizyta u rodzinnego
Nic dodać nic ująć.
Pozdrawiam z wykopem!
Odpowiedz
justyska He, dziękuję ślicznie za przemiłe słowa I życzę na przyszłość lepszych wizyt, skoro tekst tak bardzo skojarzył się z rzeczywistością ;D A najlepiej to nie chorować wcale! Pozdro!
Odpowiedz
pkropka 5 d.
Hejo,
"Ponownie wgapiam się w płytki, próbując zająć czymś myśli." - na początku narrację prowadzisz w czasie przeszłym, a tu na chwilę przechodzisz w teraźniejszy, by wrócić do przeszłego...

Widzę, ze doktor Wiśniewski jest Kubusiem Puchatkiem

No i zdenerwowałeś mnie. Za dobrze oddałeś realia nie dość, że kolejki to i poziomu profesjonalności naszych cudownych lekarzy.
Za dobrze ci to wyszło
Odpowiedz
pkropka Hejo! Aj, masz mnie, fajnie, że wychwyciłaś babola "czasowego", bo tekst zacząłem pisać w czasie teraźniejszym, a potem podjąłem decyzję o zmianie na przeszły i w tym jednym miejscu musiało mi umknąć przy przerabianiu. Poprawię to, dzięki

Ha, Puchatkiem, słuszna uwaga

Przepraszam za zdenerwowanie i dziękuję za dobre słowo i wizytację Pozdro!
Odpowiedz
z dużym wykopem
No, to pojechałeś, Pan. Ładne to, badzo ciekawe, z dobrym twistem i prawie-obiciem-mordy. Gratuluję
Odpowiedz
KluczDoPiwnicy Dziękuję pięknie, najlepsze, że w ogóle nie było pomysłu na zestaw Prawie-obicie-mordy skończyło się na prawie-obiciu, bo zabrakło czasu na pisanie (deadline chuchał już w kark). Ale może to i lepiej wyszło, że tak? Dzięki śliczne za wizytę!
Odpowiedz
Mia123a 4 d.
z dużym wykopem
O wow, jakie cudo 😍
Świetnie oddałeś klimat panujący w poczekalniach. Rozmowa z urzędnikiem - lekarzem, genialnie rozpisana
Super!

Odpowiedz
Mia123a Dziękuję najserdeczniej! Poczekalnie to złe miejsca, po prostu złe
Rozmowami lubię się bawić, fajnie, że tu wyszło. Senk ju for wizitejszyn! Pozdrowionka!
Odpowiedz
jotka 3 d.
z dużym wykopem
Nie mam mocy, kapitanie na ochy i achy, ale wiedz, że przeczytałam z przyjemności, logując się tu, żeby coś w komentarzu napisać. Pamiętam, jak kiedyś marudziłam na opko z autobusy, że dużo opisów, że absurdalne, że tyle określeń, a tutaj pasuje mi wszystko. Zabawne, trochę z przekąsem dialogi, które mogą być przeklejką z niejednej przychodni/urzędu. Zawsze ktoś taki się znajdzie. No i ta rodzącą się bezsilności bohatera, która jednak ewoluuje w piękny wybuch "o żesz"! 🤣 Super! Super x2, że nie ma szczęśliwego końca 😅.
Odpowiedz
jotka Ochy i achy nie są moim priorytetem (choć przyznaję, że miło ich czasem posłuchać ), bardziej się cieszę z samego zaglądnięcia i komentarza. A Twojego niegdysiejszego komenta nie traktuję w kategorii marudzenia – ot mieliśmy inne punkty widzenia, co też jest bardzo ważne. Dzięki temu autor może spojrzeć na swoje dzieło oczami niezwiązanego sentymentalnie z tekstem czytelnika
Tak sobie myślę, że tym tematem chyba trafiłem w sedno, bo chyba każdy ma w zanadrzu jakieś negatywne doświadczenie w tym zakresie
Bardzo się cieszę, że Ci się dobrze czytało, dziękuję za dobre słowa i wizytację. Pozdro serdeczne!
Odpowiedz
jacek79 2 d.
Gratulacje!!! Wrzucam do kolejki i jak przeczytam dam znać
Odpowiedz
jacek79 Dziękuję! Oczywiście, zapraszam w wolnej chwili - mam otwarte całą dobę
Odpowiedz

Polub nas na facebooku!

fb-t3kstura TW-t3kstura

Strona Główna  ·  Forum  ·  Pomoc  ·  Kontakt  ·  Regulamin  · 

Foldery  ·  Tagi  

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.