CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA PIĄTA: https://t3kstura.eu/showWork-21811
W połowie jedzenia Felek poczuł, że kolejne kęsy kebaba rosną mu w ustach. Siedział jeszcze chwilę pod wyblakłym parasolem przed lokalem, zdołał przełknąć zawartość ust. Zrobił przy tym minę, jakby był właśnie pięciolatkiem, a matka karmiła go płatkami kukurydzianymi na mleku. Serdecznie ich nie znosił. Na samą myśl czuł w buzi smak wymiocin.
Westchnął ciężko, wstał od plastikowego stolika pomazanego niezmywalnymi malunkami penisów i szubienic, na których dyndał uproszczony do granic herb Czerwonych Morowo, po czym podszedł do śmietnika i dyskretnie wyrzucił resztę kebaba. Żaden z dwóch śniadych facetów za ladą w lokalu nie zauważył tego, ale Felek dla pewności oddalił się od Oazy jak najszybciej. W głowie miał przeszywający go wzrok Szyjewskiego i perfidny uśmieszek, od którego włosy same się jeżyły na samo wspomnienie. Włożył ręce do kieszeni i ruszył spękanym, asfaltowym chodnikiem w stronę swojego osiedla. Jeszcze w drodze ściemniło się na dobre. Miasto zaczęło żyć w blokach i domach, ulice zaś zalała żółto-pomarańczowa poświata lamp i reflektorów aut. Chłopak skręcił w boczne odgałęzienie, aby skrócić drogę. Mimo wszystko wolał znaleźć się w mieszkaniu jak najszybciej. Wiedział, że pierwsze co, to odbędzie rozmowę z matką albo ojcem, ewentualnie z dwójką na raz. Właśnie dotarło do niego, że nie miał ze sobą plecaka. W końcu zostawił go na przechowanie Damianowi. Jakoś to będzie, pomyślał. Wymyśli coś na poczekaniu. Głowa i tak ciążyła mu niczym jedna z betonowych kul, które na zawodach Strongman dźwigał Pudzian. Wyjął z kieszeni komórkę, ale jej nie włączył. Zrobi to w domu, o ile nie zapomni. Teraz chciał tylko zobaczyć swoje łóżko i legnąć na nim, jak zabity.
Na osiedlu jedna z lamp na głównej alejce w swoim stylu migała, niczym w jakimś typowym straszaku dla bojaźliwych nastolatków. Felek uśmiechnął się lekko, przypominając sobie jak kilka lat temu w wakacje razem z Damianem zbili w niej klosz starą piłką, którą Felek dostał od dziadków na urodziny wieki temu. Po kilku dniach spółdzielnia załatwiła sprawę i nawet za bardzo nikt nie węszył. Osiemnastolatek zdziwił się trochę, że akurat w takim momencie to wspomnienie postanowiło wrócić. Zamyślony o mało nie zdeptał poczciwego Antka, który tym razem zamiast na ławce, ułożył się obok niej, na chodniku. Bezdomny warknął coś bełkotliwym tonem, unosząc lekko głowę. Twarz okryła mu kurtyna zlepionych brudem i potem włosów.
– Przepraszam – powiedział nerwowo Felek i odszedł niemal truchtem.
Nie bał się Antka, chyba. Nikt nie traktował tego pijaczka poważnie. Kiedyś próbowano go przegonić z osiedla. Wzywano straż miejską i policję, ale facet był twardy. Raczył się rozcieńczonym denaturatem i wyglądało, że póki co jest ze swoją wątrobą za pan brat.
– Tak kończą ci, co myślą, że każdy dostał po równo – powiedział kiedyś Felek, kiedy z Damianem siedzieli w Oazie.
Nadal tak sądził. Mimo wszystko. Jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Zanim zapukał, wziął głęboki oddech. Słyszał jak za drzwiami matka zmywa naczynia. Brzdęk szkła wydawał się głośniejszy niż zawsze. Na drugim a może trzecim planie odzywał się telewizor. Felek złożył palce w pięść i delikatnie uderzył dwa razy. Kroki, szybkie i stanowcze. Ustawił się tak, aby matka zobaczyła go dokładnie w wizjerze. Klosz lampy oświetlającej klatkę na ich piętrze był mocno zabrudzony od wewnątrz, przez co wokoło panował delikatny półmrok. Usłyszał kobiecy głos mówiony nerwowo: W końcu. Potem chrzęst zamka i naciśnięcie klamki.
– Jestem – powiedział, starając się nie zdradzać podenerwowania.
– Czyś ty do reszty zwariował, synu? – pytanie zawisło w powietrzu, jak błękitny dym po ruskich fajkach z bazaru.
Felek wzruszył lekko ramionami, choć bardzo starał się zachować pewność siebie. Otworzył usta aby coś powiedzieć, ale matka go ubiegła.
– Dzwoniłam do Damiana. Od czego masz komórkę?
– Wiem, ale zapomniałem pinu. Wyłączyła mi się – skłamał najnaturalniej, jak tylko potrafił. Kiedyś, gdy trzeba było tłumaczyć się z dziwnych jedynek, o których matka dowiadywała się na wywiadówkach, kombinowanie na poczekaniu szło mu o wiele lepiej. Wyszedł z wprawy.
– Co to za Kasia? – Bogumiła wbiła pytające spojrzenie w twarz syna. Nadal stali w progu, Felek od strony klatki, matka w mieszkaniu.
– To… koleżanka z klasy.
– Długo to już trwa? To coś poważnego?
Felek zakasłał. Poczuł jak nogi powoli miękną, ale wytrzymał napór nerwów.
– Nie, po prostu koleżanka. Nic takiego.
– Wiesz, która godzina?
Jakby na potwierdzenie słów Czerwińskiej zegarek elektroniczny Edwarda, leżący na szafce wiszącej obok telefonu zapikał, oznajmiając godzinę dwudziestą.
– Zasiedzieliśmy się z Damianem…
– Albo z Kasią – prychnęła Bogumiła marszcząc czoło. Kątem oka spojrzała na drzwi do salonu. Miała zapewne nadzieję, że Edward dołączy do rozmowy, ale głowa rodziny właśnie smacznie drzemała, chrapoczą lekko z półotwartymi ustami na swoim fotelu.
– Mamo, sorki, ostatni raz.
– Wchodź i nie denerwuj mnie – skwitowała Bogumiła wpuszczając syna. – Idź do ojca – dodała po chwili.
– Przecież śpi.
Czerwińska skrzyżowała ręce na piersiach i zastygła w oczekującej pozie. Felek westchnął cicho, po czym ruszył w stronę salonu.
– A plecak to gdzie? – padło pytanie za plecami.
– U Damiana, nic mu nie będzie.
Bogumiła pokręciła tylko głową Wyglądało, że jest zbyt zmęczona by ciągnąć tę kanonadę niezadowolenia dalej.
Felek wszedł do salonu. Ojciec spał na fotelu z pilotem położonym na brzuchu, który od jakiegoś czasu zaczynał być coraz bardziej wyokrąglony. Felek poczuł się dziwnie. Wszyscy mu mówili, że jest podobny do ojca. Szczególnie jeśli chodzi o uszy i oczy. Na zdjęciach sprzed lat Edward Czerwiński istotnie przypominał nieco poważniejszego i bardziej zmęczonego Felka. Potem pojawiły się wysokie zakola i podobieństwo zaczęło się rozmywać. Felek podszedł do ojca i szturchnął go w ramię. Czerwiński pokręcił głową i powoli otworzył oczy. Wyglądało, że spał twardo.
– O, jesteś. Matka się martwiła. Ja też. Gdzie cię wyniosło.
– U Damiana byłem – odparł Felek. Wersję z Kaśką, którą zmyślił Damian na poczekaniu wolał zachować. Był wdzięczny kumplowi za alibi, ale Kaśka była raczej ostatnią osobą, z którą Felek mógłby się spotkać.
– Więcej tak nie rób. Wiesz, że mama potem się bardzo martwi. Ja też.
W pewnym momencie Edward Czerwiński otrzeźwiał. Do tej pory wyglądał, jakby nadal błądził między snem a jawą.
– Mam nadzieję, że nie zaczynasz z Radzikiem?
Felek stanowczo zaprzeczył.
– Przecież ci mówiłem już tyle razy. Nic z nim nie zaczynam, naprawdę.
– To okropny typ. Cała ta rodzinka jest nie warta funta kłaków. A ten Krzysiek najbardziej. Drań i darmozjad. Obyś się nie musiał przekonać na własnej skórze o tym.
– Przecież…
– Wierzę ci, ale chcę żebyś po prostu nie wlazł w jakieś bagno, synu.
Edward poprawił pozycję na fotelu i wbił wzrok w Felka. Wtedy do pokoju weszła Bogumiła.
– Był z jakąś dziewczyną – powiedziała ze złością, jakby Felek złamał już co najmniej szóste przykazanie.
– To akurat dobrze wróży – odparł Edward, uśmiechając się lekko. – To akurat dobrze.
– Jak dla kogo – nie odpuszczała Bogumiła.
– Ty i te twoje animozje, Boguśka. Odpuść. Chłopak ma osiemnaście lat.
– A propo – podjęła temat Czerwińska. – Kiedy zamierzasz zrobić prawko? Pan Wiśniewski czeka na telefon chyba z miesiąc.
– Zadzwonię do niego w tygodniu – odparł dyplomatycznie Felek.
– Widziałem fajną Astrę w komisie na Wolności – wtrącił Edward. – Nawet nie droga.
– Na początek niech zda egzaminy. O aucie pomyśli się potem – odparła Bogumiła.
Felek poczuł się jakby trafił między młot na kowadło.
– Pójdę już. Padam z nóg – powiedział ruszając w stronę drzwi.
Usiadł na łóżku w swoim pokoju i wbił wzrok w sufit. Chciał aby to wszystko stało się prostsze. Jeszcze niedawno miał plany i od groma nadziei na to, że wszystko się ułoży. Przecież tamci nie mogli zabić Darka. Nawet takie głąby wiedzą, że jest granica. Trup to kupa smrodu. Jeśli go sprzątnęli, policja dojdzie do każdego. Na przesłuchaniach ktoś się wysypie, ktoś pójdzie na ugodę. Felek zamknął na moment oczy, czując się, jakby pociąg z bezpiecznym życiem właśnie odjeżdżał z peronu bezpowrotnie, a on stał i oglądał tył ostatniego wagonu.
– Opanuj się. On żyje. Nie są aż tak pojebani. – Spróbował odzyskać spokój. Udało się.
Zdołał jeszcze wziąć kąpiel i umyć na odwal się zęby. Nim minęła dwudziesta pierwsza leżał w łóżku.
Korytarze świeciły pustką, choć Felek miał wrażenie, że w półmroku coś obserwuje każdy jego ruch. Za oknami świat spowiła gęsta mgła, jakby wszystkie chmury z nieba nagle spłynęły na ziemię. Zrobił krok do przodu. To nie było jego liceum. W takim razie, gdzie był? Próbował to ustalić rozglądając się dookoła. Spękana wylewka z lastryko na podłodze wyglądała tak samo jak w jego szkole, ale reszta… nic więcej się nie zgadzało. Wtedy go zobaczył. Najpierw jako niewyraźną postać wychodzącą z mroku korytarza. Jakby czerń przybrała ludzkie kształty i kolejne szczegóły z każdą następną chwilą.
– Siema Felek. Spłaciłem ich, ale chyba za późno – odezwał się znajomy głos.
Czerwiński przełknął ślinę. Wiedział do kogo należy. Daro.
– Wyliżesz się. Nie są głupi – powiedział by dodać otuchy głównie sobie.
– Też tak myślałem. Serio chciałem ich spłacić w terminie, ale potrzebowałem tej kasy. W końcu miałem coś więcej. Wiesz jak to jest?
Felek próbował się cofnąć, ale nie potrafił. Czuł, że jeśli spróbuje zrobić krok do tyłu, upadnie. Jakby w momencie stracił zdolność chodzenia.
– To nie moja wina. Nie chciałem tego.
– No jak nie? Stary, co ty bredzisz? Już witałeś się z gąską. Odpaliłbyś mnie dla kasy, co nie? Przyznaj.
Felek pokręcił przecząco głową. W postaci Darka było coś dziwnego. Nie widział szczegółów. Postać chłopaka wciąż skryta była w półmroku, który zdawał się za nim podążać. Do czasu. Gdy twarz chłopaka wymknęła się z cienia Felek zadrżał. Wbił wzrok w lewy policzek Darka, na którym spoczęło jego oko. Zwisało na nerwie i puklu naczyń krwionośnych. Na czole widniał odcisk buta wyglądający jak wypalone w jego kształcie rozżarzonym żelastwem znamię. Prawy policzek prawie nie istniał. Był strzępkami skóry za którymi bieliło się kilka zębów, tych, które przetrwały.
– No przyznaj, kurwa!
– Nie, nie zrobili tego. Nie są głupi, nie są!
Trafił w ciemność, która po dłuższej chwili zaczęła przybierać znajome kształty pokoju. Więc to sen, pomyślał. Durny sen. Otarł czoło, po czym wstał i podszedł do biurka. Chwycił za komórkę. Damian dzwonił godzinę wcześniej, o pierwszej w nocy. Widać bardzo mu zależało na rozmowie, skoro dzwonił aż trzy razy. Felek uznał, że skoro i tak na razie nie zaśnie… Wybrał numer i zaczął czekać. Po pięciu sygnałach usłyszał niewyraźny głos z drugiej strony.
– Masz szczęście, że jestem zaspany, bo bym ci nakopał słownie.
Felek uśmiechnął się pod nosem.
– Dzięki za alibi, ale serio, Kaśka?
– Chłopie, ona do mnie zadzwoniła, w sensie twoja matka. Nie było cię u mnie, jakbym powiedział, że jesteś to był chciała do telefonu. Byłem pod ścianą. A poza tym… – Damian zawiesił głos na chwilę.
– Co?
– Nic, po prostu walnąłem pierwsze lepsze – odpowiedział. Jeszcze nie teraz, pomyślał.
– Lepsze to niż nic. Chyba kupili, a ojciec to nawet był zadowolony.
– Każdy ojciec by był. Lepiej mów jak było.
– Pogadamy o tym jutro. Żyję, więc nie najgorzej, co nie?
Damian przytaknął ze spokojem. Felek był pewny, że kumpel nie wyczuł w jego głosie niepewności. Przynajmniej tyle.
– Jeśli to się uda…
– Uda się – powiedział twardo Felek.
– Oby. Do jutra.
– Narka.
Odłożył komórkę na biurko i wrócił do łóżka. Kolejny kwadrans spędził na gapieniu się w sufit. Uda się, powtarzał choć czuł, że część nadziei gdzieś wyparowała.
CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA SIÓDMA:
No i fajnie, no i spoko. Ponieważ wiemy, jak to się skończy, patrzenia na zmartwioną matkę jest tym bardziej przykre. Czekam na kolejne części 
Ja team Radomskie